Recenzja Patrycja Pelica „Milczące”

 Z wodą nic nie wiadomo. Jest jak serce człowieka. Kto by się domyślił, co kryje na dnie?


Wiosna 1928. Komisarz Eryk Maciejowski przyjeżdża do Włodawy. Spokój sennego, kresowego miasteczka burzy tragedia – śmierć córki młynarza w pobliskiej rzece. Wszystko wskazuje, że uwielbiana przez wszystkich Julianka została utopiona niemal w przeddzień własnego ślubu. Okazuje się, że to nie jedyny taki incydent: wcześniej w wodzie zginęły już inne dziewczęta, w tym całkiem niedawno Rachela Goldberg. Mieszkańcy nie chcą jednak zdradzić swoich tajemnic, uparcie zrzucając winę na wodnika. Komisarz musi się zmierzyć nie tylko z ludową wiarą w dybuki, topielce i rusałki, ale i własnymi demonami, które dręczą go od czasów wojny bolszewickiej. By rozwiązać zagadkę, będzie musiał zakwestionować wszystko, w co do tej pory wierzył.
Kto stoi za tajemniczymi morderstwami?
Gdzie czai się zło: w ludowych podaniach czy w ludzkich sercach?
Rzeka pochłania kolejną ofiarę…

 


Wydawnictwo: Replika
Rok wydania:  2026
Format: Książka


Nie spodziewałam się, że historia osadzona w niewielkiej miejscowości na Polesiu tak mocno mnie pochłonie. „Milczące” Patrycji Pelicy okazały się dla mnie książką, w której kryminalna zagadka jest zaledwie jednym z elementów większej, znacznie bardziej wielowymiarowej opowieści. Jest tu historia, są tajemnice, są zbrodnie, ale przede wszystkim jest niezwykły klimat. Taki, który powoli wciąga czytelnika i sprawia, że zaczyna on patrzeć na otaczający bohaterów świat trochę inaczej. 

W książce „Milczące” fabuła przedstawia pojawienie się pewnej osoby do Włodawy. Do miasta przybywa komisarz Eryk Maciejowski, który ma wyjaśnić śmierć młodej dziewczyny. Julianka, córka miejscowego młynarza, ginie w rzece tuż przed planowanym ślubem. Dla mieszkańców sprawa wydaje się mieć swoje oczywiste wyjaśnienie, ale Maciejowski nie zamierza bez zastanowienia przyjąć miejscowych opowieści. To nie była pierwsza taka tragedia. Wcześniej również ginęły dziewczęta, a ich śmierć pozostawała niewyjaśniona. Mieszkańcy mają jednak własną wersję wydarzeń. Wierzą w siły, których komisarz nie jest skłonny uznać za rzeczywiste. Wodnik, rusałki, dybuki, topielce i inne istoty obecne w lokalnych opowieściach stają się częścią prowadzonego śledztwa. Początkowo można się uśmiechnąć na myśl o tym, że ktoś tłumaczy zbrodnie działalnością demona, z czasem przestaje być tak zabawnie. Jaka okaże się prawda? 

„Milczące” to kryminał osadzony w 1928 roku, ale jego siła nie opiera się wyłącznie na zagadce kolejnych śmierci. Autorka umiejętnie połączyła klasyczne śledztwo z lokalnymi wierzeniami, kresowym klimatem i opowieścią o człowieku, który sam musi zmierzyć się z własną przeszłością. W trakcie lektury wielokrotnie zastanawiałam się, komu można zaufać. Każda kolejna informacja potrafiła zmienić sposób patrzenia na wcześniejsze wydarzenia. Lubię kryminały, które nie podają rozwiązania na tacy i pozwalają czytelnikowi samemu układać elementy układanki. Nie mamy tutaj wielkiego, tętniącego życiem miasta, w którym policjant może swobodnie prowadzić dochodzenie. Jest natomiast niewielka społeczność, gdzie wszyscy się znają, każdy ma swoje zdanie, a cudzy sekret może być równie interesujący jak własne życie. Komisarz chce dowodów. Mieszkańcy mają swoją opowieści. On szuka sprawcy. Oni wskazują na demony.  „Milczące” to nie jest książka, w której co kilka stron ktoś zostaje zamordowany, a bohater pędzi od jednej sceny do następnej. Tempo jest spokojniejsze, ale dzięki temu mamy możliwość dokładniejszego poznania miejsca i ludzi. Patrycja Pelica potrafi pisać w sposób niezwykle obrazowy. Jej opisy są rozbudowane, ale dzięki nim miejsce akcji nabiera życia.



W s p ó ł p r a c a    r e k l a m o w a


Komentarze

Popularne posty