Recenzja Emilia J.Lee „Lumin. Książę i Melodia Martwej Ciszy”
Dawno temu, gdy modlitwy wznosiły się ku niebu, acz słyszane bywały i niżej, w krainie gór, mgieł tudzież cmentarnej ciszy, żyła dziewczyna o sercu gołębim. Alchemiczka, przez matkę nazwana Eleonorą. Żywot miała ciężki, aliści nigdy nań nie narzekała. Była pracowita, cicha i bogobojna.
Dnia pewnego na jej drodze stanął mężczyzna nieznajomy. W płaszczu ciemnym, z
kapturem na głowie, dzierżył w dłoni kiść magii zaklętej. Przedstawił się
dziewce jako posłaniec.
Niestety nie Tego tam, na górze, co pieczę nad wszystkim sprawuje. Posłańcem
bowiem był grajka, który piekielną melodią skrzypiec potrafił strącać anioły z
niebios. Zaproponował Eleonorze spełnienie życzeń, a potem wręczył księgę,
którą po serii nieszczęsnych zdarzeń okrzyknięto Księgą Upadłych Aniołów.
Prequel książki: Sanguis: Księga Upadłych Aniołów.
Historia uczucia tak silnego, iż poruszyło niebo, a potem strąciło Światło w
ciemność.
Wydawnictwo: KDW
Rok wydania: 2026
Format: Książka
Liczba stron: 488
Nieczęsto trafiam na książki, które wymagają ode
mnie odrobiny cierpliwości już od pierwszych stron, ale kiedy w końcu pozwolę
im się poprowadzić, odwdzięczają się czymś naprawdę wyjątkowym. „Lumin. Książę i
Melodia Martwej Ciszy” to
powieść, której nie da się czytać w pośpiechu. Trzeba dać się jej otulić,
wsłuchać w rytm opowieści i zaakceptować, że tutaj najważniejsze są emocje,
atmosfera i znaczenie ukryte między słowami. To historia, która nie próbuje za
wszelką cenę zaskakiwać na każdej stronie. Zamiast tego powoli wciąga
czytelnika do świata pełnego ciszy, magii i trudnych wyborów, sprawiając, że z
każdym kolejnym rozdziałem coraz trudniej się od niej oderwać. Kiedy tylko
zobaczyłam książkę Emilli J. Lee wiedziałam, że musze ją przeczytać, tym
bardziej, że „Sanguis. Księga Upadłych Aniołów” jest w mojej biblioteczce i na
wysokim miejscu w moim rankingu ulubionych książek.
Główną bohaterką książki autorstwa Emilii J.Lee pod tytułem „Lumin. Książę i Melodia Martwej Ciszy” jest Eleonora, młoda alchemiczka żyjąca w niewielkiej górskiej osadzie. Jej codzienność daleka jest od szczęścia. Wychowana przez surowego ojca, przywykła do wyrzeczeń i cierpienia, jednak mimo wszystko nie zatraciła w sobie dobra. Kiedy los jej siostry zaczyna wymykać się spod kontroli, postanawia zawalczyć o jej przyszłość. Ta decyzja prowadzi ją do spotkania z tajemniczym Luminem oraz do odkrycia Księgi Upadłych Aniołów, niezwykłego artefaktu, dzięki któremu można odmienić czyjś los. Problem w tym, że magia nigdy nie działa za darmo, a każde wypowiedziane życzenie pozostawia po sobie ślad. Co księga przyniesie Eleonorze? Czy spełni jej pragnienia? Co odbierze w zamian?
„Lumin. Książę i
Melodia Martwej Ciszy” okazał
się dla mnie niezwykle klimatyczną, dopracowaną i poruszającą historią. To
powieść o miłości, poświęceniu, odpowiedzialności za własne wybory i cienkiej
granicy między światłem a mrokiem. Autorka nie opowiada historii o spełnianiu
marzeń, lecz o odpowiedzialności za własne decyzje. Pokazuje, że nawet jeśli
kierujemy się miłością i dobrymi intencjami, nie jesteśmy w stanie uciec przed
konsekwencjami. Eleonora szybko zdobyła moją sympatię. Nie jest bohaterką,
która ratuje świat za pomocą niezwykłych mocy. Jej największą siłą okazują się
dobroć, odwaga i gotowość do poświęcenia dla najbliższych. „Lumin. Książę i Melodia Martwej Ciszy” to książka, która zdecydowanie zasługuje
na uwagę, nie tylko ze względu na piękno jej wydania. Na uznanie zasługuje styl
Emilii J. Lee. Archaizowany język początkowo wydawał mi się wyzwaniem, ale z
każdą kolejną stroną coraz bardziej doceniałam ten zabieg. To element budujący
całą tożsamość tej historii. Dzięki niemu książka wyróżnia się na tle wielu
współczesnych powieści fantasy i pozostawia wrażenie obcowania z dawną legendą
albo zapomnianą kroniką. Po zamknięciu książki czułam przede wszystkim
satysfakcję. Otrzymałam opowieść inną niż większość współczesnych romantasy,
bardziej refleksyjną, spokojniejszą, ale jednocześnie niezwykle emocjonalną.
Emilia J. Lee stworzyła świat, który zachwyca klimatem, bohaterami i
dopracowanym stylem. Zakończenie dostarczyło mi wielu emocji. Nie było
przewidywalne, a ostatnie strony zostawiły mnie z poczuciem zachwytu i lekkiego
niedosytu, bo nie chciałam jeszcze opuszczać tego świata.
W s p ó ł p r a c a r e k l a m o w a







Komentarze
Prześlij komentarz