Recenzja Keri Lake „Nocticadia”
Mroczna, nastrojowa opowieść o śmiertelnych sekretach i zakazanej miłości.
Mortui vivos docent.
Umarli uczą żywych.
Po latach patrzenia na to, jak moja matka ulega tajemniczej chorobie, obiecałam
sobie dwie rzeczy. Znajdę lekarstwo na to, co ją zniszczyło. I opuszczę
przeklęte miasto, w którym mnie zostawiła.
Cztery lata później dostaję list z potwierdzeniem przyjęcia na Uniwersytet
Dracadia, jedną z najstarszych i najbardziej prestiżowych uczelni w kraju.
Położony na samotnej wyspie u wybrzeży Maine, podobno nawiedzany jest przez
dusze zesłanych tam przed wiekami pacjentów szpitala psychiatrycznego. Tych,
których kości – jak głosi legenda – tworzą białe, piaszczyste brzegi wyspy.
A niespokojne duchy to wcale nie jego najmroczniejsza strona. Devryck Bramwell,
znany na kampusie jako Doktor Śmierć, to genialny patolog kierujący nocnym
laboratorium. Jest także obezwładniająco przystojnym wykładowcą, który ewidentnie
nie znosi upartych studentek pierwszego roku – takich jak ja. A jednak jego
mroczne, enigmatyczne spojrzenie zdradza wszystkie sposoby, na jakie by mnie
pochłonął, gdyby tylko nadarzyła się okazja, a jego skradzione pocałunki palą
mi usta od zakazanej zazdrości.
Pragnę jego autorytetu. On łaknie odkupienia. Razem jesteśmy toksyczną
mieszanką. Idealna pożywka dla wścibskich oczu ludzi pragnących odkopać
spróchniałe szkielety przeszłości. Bo umarli mogą nas wiele nauczyć, a niedługo
wskrzeszony zostanie nawet najbardziej wynaturzony sekret Dracadii – to tylko
kwestia czasu.
Wydawnictwo: Hype
Rok wydania: 2026
Format: Książka
Liczba stron: 640
Przyznam, że podchodziłam do niej z mieszanką ekscytacji i ostrożności. Z jednej strony uwielbiam mroczne, duszne klimaty, tajemnice ukryte za murami starych budynków i bohaterów, którzy mają więcej sekretów niż odpowiedzi. Z drugiej jednak strony dobrze wiem, że ogromne oczekiwania potrafią czasem zepsuć nawet najlepszą lekturę. Bałam się, że „Nocticadia” okaże się kolejną historią opartą wyłącznie na popularnych motywach, które widziałam już dziesiątki razy. Już po kilku rozdziałach zrozumiałam jednak, że Keri Lake przygotowała coś znacznie bardziej złożonego. Zanim się obejrzałam, całkowicie przepadłam. Nie dla samego romansu, nie dla popularnych motywów i nie dla internetowych zachwytów, ale dla niezwykłego klimatu, który Keri Lake stworzyła z niemal chirurgiczną precyzją. Dawno żadna historia nie wywołała we mnie tak silnego poczucia, że przekraczam próg miejsca, do którego być może wcale nie powinnam wchodzić, a mimo to nie potrafię zawrócić.
Główną bohaterką
książki autorstwa Keri Lake pod tytułem „Nocticadia” jest jest Lilia Vespertine,
to młoda kobieta, która od lat żyje w cieniu tragedii, jaką była śmierć jej
matki. To właśnie wspomnienia związane z tajemniczą chorobą, która stopniowo
odbierała jej matce zdrowie i kontakt z rzeczywistością, stają się siłą
napędową wszystkich decyzji Lilii. Nie potrafi pogodzić się z brakiem
odpowiedzi, dlatego wybiera drogę nauki, wierząc, że gdzieś istnieje
wyjaśnienie wydarzeń, które naznaczyły jej dzieciństwo. Poszukiwania prowadzą
ją na Uniwersytet Dracadia, to miejsce, które wydaje się bardziej legendą niż
zwyczajną uczelnią. Położony na odizolowanej wyspie kampus otaczają mroczne
opowieści o dawnym szpitalu psychiatrycznym, niewyjaśnionych zgonach i
sekretach, które od pokoleń pozostają ukryte przed światem. Na swojej drodze
Lilia spotyka Devrycka Bramwella, cenionego patologa i wykładowcę, którego
studenci nie bez powodu nazywają Doktorem Śmierć. To postać owiana aurą
tajemnicy, budząca jednocześnie fascynację i niepokój. Czy dziewczynie uda się otrzymać
upragnione odpowiedzi?
Po zamknięciu „Nocticadii” przez dłuższą chwilę siedziałam w ciszy, próbując wrócić myślami do rzeczywistości. Są historie, które dostarczają rozrywki na kilka wieczorów, a potem stopniowo zacierają się w pamięci. Są też takie, które zostawiają po sobie konkretnych bohaterów czy ulubione sceny. „Nocticadia” zrobiła ze mną coś zupełnie innego. Ona zostawiła we mnie przede wszystkim uczucie trudne do opisania, niepokojące, a jednocześnie niezwykle satysfakcjonujące. Najbardziej podobało mi się to, że fabuła nie podaje odpowiedzi na tacy. Autorka pozwala czytelnikowi samodzielnie składać rozsypane elementy układanki. Niektóre tropy prowadzą donikąd, inne okazują się kluczowe, a kiedy wydaje się, że wszystko zaczyna mieć sens, Keri Lake potrafi zaskoczyć kolejnym odkryciem. Dzięki temu przez całą lekturę towarzyszyło mi uczucie nieustannej ciekawości i potrzeby poznania prawdy ukrytej za mroczną historią Dracadii. W „Nocticadii” najbardziej urzekło mnie jednak to, że autorka nie poszła na łatwiznę, nie otrzymałam kolejnego schematycznego romansu osadzonego w murach prestiżowej uczelni. Dostałam historię pełną mroku, obsesji, tajemnic i emocji, które momentami były równie fascynujące, co niekomfortowe. To książka, która wymaga zaangażowania, ale właśnie dla takich historii warto zarwać noc, zapomnieć o obowiązkach i całkowicie zatracić się w fikcyjnym świecie.
W s p ó ł p r a c a r e k l a m o w a






Komentarze
Prześlij komentarz