Recenzja Rachel Van Dyken „Upadek bogów”

 Mówili, że bogowie to mit. Że giganci są tylko bohaterami opowieści snutych przy dogasających ogniskach. Kłamali.

Bogowie nie umarli – jedynie śpią, uwięzieni w śmiertelnych ciałach, rozproszeni po całym świecie i czekający na iskrę, która ich przebudzi. A mój ojciec jest najbardziej bezwzględny z nich wszystkich.

Nauczył mnie posłuszeństwa. Przelewania krwi. Tego, bym w odpowiedniej chwili stała się jego bronią. Teraz wysyła mnie na Uniwersytet Endiru – miejsce pełne potomków pradawnych rodów i zabójczych sekretów – żebym odzyskała Mjölnir, legendarny młot. Jeśli zawiodę, wszyscy, których kocham, zginą.

Ale Aric Erikson nie był częścią planu. Dziedzic wrogiego rodu. Zdystansowany, niebezpieczny i w pewien sposób… znajomy. Odgrodził się lodowym murem, a im głębiej próbuję go rozpracować, tym trudniej mi odróżnić, gdzie kończy się kłamstwo, a zaczynam ja.
Od końca świata dzieli mnie tylko misja, na którą się nie pisałam, i mężczyzna, którego nigdy nie miałam pokochać.
Ale jeśli ja jestem iskrą, może on jest lontem. A bogowie? Wkrótce się przebudzą. I będą wściekli.
 



Wydawnictwo: Hype
Rok wydania:  2026
Format: Książka
Liczba stron: 528
Cykl: Upadek bogów
Tom I


„Upadek bogów” to  książka, wobec której miałam naprawdę duże oczekiwania. Już sam opis zapowiadał wszystko, co uwielbiam w romantasy, nordycką mitologię, mroczny klimat akademii, pradawne moce, konflikt między rodami i relację opartą na napięciu oraz sekretach. To miał być jeden z tych tytułów, które pochłania się bez snu i przerw. Ostatecznie dostałam historię, która momentami bardzo mnie wciągała, ale równie często sprawiała, że czułam niedosyt. 

Głowną bohaterką książki autorstwa Rachel Van Dyken pod tytułem „Upadek bogów”  jest Rey, córka Odyna, wychowana jak wojownik niż dziecko. Dziewczyna od najmłodszych lat była uczona posłuszeństwa, przemocy i wykonywania rozkazów bez zadawania pytań. Jej ojciec nie traktuje jej jak córki, a raczej jak broń, którą można wykorzystać do własnych celów. Kiedy wysyła ją na Uniwersytet Endiru, Rey dostaje zadanie odnalezienia legendarnego Mjölnira. Problem polega na tym, że aby tego dokonać, musi zbliżyć się do Arica Eriksona, potomka gigantów, dawnego narzeczonego i człowieka, który szczerze jej nienawidzi. Czy uda jej się wykonać misję?

 „Upadek bogów” to jedna z tych historii, które zaczynają się jak opowieść o akademii pełnej tajemnic, a bardzo szybko zamieniają się w coś znacznie mroczniejszego, bardziej intensywnego i emocjonalnie angażującego. Pomysł na historię naprawdę mi się podobał. Uśpieni bogowie i giganci żyjący pośród ludzi, ukryte moce, tajemnicza uczelnia i widmo nadchodzącej katastrofy tworzyły świetną bazę pod mroczne, emocjonalne fantasy. Fabuła rozwija się dynamicznie, ale największą siłą książki nie są same wydarzenia, tylko napięcie między bohaterami. Relacja między główną bohaterką, a Arikiem Eriksonem to klasyczny motyw hate-love, ale autorka nadaje mu więcej ciężaru. Ich interakcje są pełne niedopowiedzeń, chłodu i dziwnej, niepokojącej bliskości, która od początku wydaje się czymś więcej niż przypadkiem. „Upadek bogów” to książka, która potrafi wciągnąć i jednocześnie zostawić czytelnika z lekkim dyskomfortem. Tu nie ma miejsca na komfort czy bezpieczne wybory. Bohaterka nie jest wyjątkowa, jest złamana, ukształtowana przez przemoc i zmuszona do podejmowania decyzji, które zawsze będą miały swoją cenę. Zaczęłam ją rozumieć i jej wybory, nie znała niczego innego, wychowana przez bezwzględnego ojca, została przygotowana do wykonywania rozkazów. Najciekawszy jest dla mnie motyw tożsamości. Kim jesteś, jeśli całe życie ktoś mówił ci, kim masz być? Czy można odciąć się od własnego dziedzictwa, jeśli to ono definiuje twoją siłę? Czy miłość jest w stanie cokolwiek zmienić? Rachel Van Dyken pisze lekko i bardzo przystępnie, więc przez książkę dosłownie się płynie. To jedna z tych historii, które czyta się szybko, nawet jeśli ma się świadomość ich niedociągnięć.



W s p ó ł p r a c a    r e k l a m o w a


Komentarze

Popularne posty