Recenzja Carissa Broadbent „Matka śmierci i świtu”
Powiedz, motylku, co takiego zrobisz dla miłości?
Tisaanah i Maxantarius ponieśli druzgocącą porażkę i zostali rozdzieleni.
Bohaterka za wszelką cenę stara się uwolnić Maxa z niewoli, nawet jeśli w tym
samym czasie ludzie, na których jej zależy, coraz zacieklej walczą o wolność. W
murach Ilyzath umysł Maxa stał się tylko cieniem dawnego siebie – skrywając
jego przeszłość w mroku, a przyszłość pozostawiając na łasce okrutnej nowej
królowej Ary.
Aefe, dzięki władcy, który przysięga zniszczyć dla niej całe cywilizacje,
ponownie trafia na ziemie Feyów. Nawet jeśli upomina się o nią przeszłość, dziś
jest już zupełnie inną osobą.
Tisaanah, Max i Aefe zostają wrzuceni w sam środek katastrofy rozgrywającej się
pomiędzy światem ludzi a krainą Feyów. Niezwykła magia, która ich łączy,
stanowi klucz do zwycięstwa w tej wojnie… albo do zagłady.
Niestety moc żąda ofiary. Tisaanah może stanąć w obliczu wyboru pomiędzy
miłością a obowiązkiem. Max nie odzyska przyszłości, nie mierząc się z tym, co
kryje jego przeszłość. Aefe natomiast musi zdecydować, czy wrócić do tego, kim
była, czy może postawić na tę, którą się stała.
Ich decyzje albo na zawsze zmienią ten świat… albo doprowadzą do jego upadku.
Wydawnictwo: Hype
Rok wydania: 2026
Format: Książka
Liczba stron: 688
Cykl: Wojna Straconych Serc
Tom III
„Matka śmierci i świtu” to nie jest finał, który daje ukojenie. Najpierw łamie, potem skleja, a na końcu zostawia z dziwną ciszą, w której trzeba sobie wszystko poukładać. Nie macie pojęcia, jak długo czekałam na zwieńczenie historii Tisaanah i Maxantriusa. Polubiłam pióro autorki, dlatego też nie wyobrażałam sobie tego, aby nie przeczytać tej historii, ani kolejnych książek Carissy Broadbent. w tej historii nie będzie już miejsca na półśrodki. Bohaterowie znaleźli się w punkcie, z którego nie ma łatwego odwrotu, a konsekwencje wcześniejszych decyzji zaczynają zbierać swoje żniwo. Brzmi intrygująco, ciekawie i mrocznie.
Główną bohaterką
książki autorstwa Carissy Broabent pod tytułem „Matka śmierci i świtu” jest
Tisaanah, kobieta była niewolnicą, jej życie było bardzo ciężkie. Tisaanah nie potrafi
pogodzić się z utratą człowieka, który stał się dla niej kimś więcej niż tylko
sprzymierzeńcem. Postanawia zrobić wszystko, by go odnaleźć nawet jeśli oznacza
to kolejne ryzyko i jeszcze większe poświęcenie. Max trafia do niewoli w
Ilyzath, gdzie jego umysł i wspomnienia są stopniowo niszczone. Zmuszony do
konfrontacji z własną przeszłością, staje się cieniem samego siebie, a jego
przyszłość zależy od tego, czy zdoła odzyskać kontrolę nad własną tożsamością.
Królowa Ary jest wyjątkowo okrutną kobietą.
Czy Tisaanah uda się ocalić świat, czy pogrąży się w upadku?
„Matka śmierci i świtu” to książka obszerna, ale ani przez moment nie miałam poczucia, że coś się dłuży. To nie tylko finał Wojny Straconych Serc, ale przede wszystkim emocjonalne domknięcie historii, która przez trzy tomy konsekwentnie budowała napięcie, pogłębiała relacje i zmuszała bohaterów do coraz trudniejszych wyborów. To jedna z tych książek, które nie kończą się na ostatniej stronie, nie dla czytelnika. Fabuła książki jest gęsta, intensywna i momentami przytłaczająca, w bardzo pozytywnym sensie. Wojna między ludźmi, a Feyami nie jest tylko tłem. Ona zmienia bohaterów, wymusza decyzje, których nikt nie chce podejmować. Magia nie jest czymś pięknym i zachwycającym, jest ciężarem, odpowiedzialnością, a czasem wręcz przekleństwem. Każdy dar coś odbiera, a zwycięstwo coś niszczy. Autorka ukazuje, że nie ma sposobu, żeby wyjść z problemów bez ran. Pod względem konstrukcji to bardzo dynamiczna opowieść, krótkie rozdziały, zmieniające się perspektywy, ciągłe napięcie. Dla mnie to nie tempo było najważniejsze, ale emocje. „Matka śmierci i świtu” to zakończenie, które naprawdę robi wrażenie. Bolesne, momentami brutalne emocjonalnie, ale jednocześnie niezwykle satysfakcjonujące. Ta książka spełniła moje oczekiwania, może nawet je przekroczyła. Nie była łatwa, nie była komfortowa, ale była szczera.
W s p ó ł p r a c a r e k l a m o w a






Komentarze
Prześlij komentarz