[PATRONAT] Rozdział pierwszy "Conor" A. Zavarelli
Conor
– Gdzie się, do jasnej
cholery, podziewaliście? – pyta Crow, kiedy Rory i ja siadamy na stołkach
barowych w Sláinte.
Irlandzki lokal ze striptizem o tak późnej porze
nadal tętni życiem, ale ja jestem wykończony. Dzisiejszy wieczór miał być
zwykłym wypadem, ale w syndykacie nic nigdy nie może być proste. Wydaje się, że
co tydzień jakiś nowy chujek przeszkadza nam w pracy.
– Te kutasy znowu wpierdoliły się w nasze dostawy –
warczy Rory. – Te Loco Salva, czy jakkolwiek się tam, kurwa, nazywają.
– Znowu? – Crow marszczy brwi. – To już drugi raz w
tym tygodniu.
– Wątpię, żeby chcieli niedługo odpuścić – mówię. – Biorąc
pod uwagę, że właśnie zdjęliśmy pięciu ludzi z ich ekipy.
Mój rozmówca ponownie marszczy brwi, jakbym mu o
czymś przypomniał, ale cokolwiek to jest, nie mówi o tym.
– Na litość boską, Conor, nadal masz krew na twarzy.
Idź się umyć – warczy Crow, przyglądając mi się z odrazą.
Chociaż należę do bractwa już od kilku lat, nadal
jestem najmłodszym z chłopaków. Więc kiedy Crow każe mi coś zrobić, po prostu
to robię. Wstaję z miejsca i schodzę do podziemi klubu, tam, gdzie zazwyczaj
odbywają się gry hazardowe i egzekucje.
Czasami bycie żółtodziobem jest upierdliwe, ale
nawet jeśli zajmie mi to całe życie, chcę się wykazać przed bractwem. Bez nich
byłbym już pięć metrów pod ziemią – bezużyteczny – jak zawsze wmawiał mi
ojciec. Crow może i przez większość czasu daje mi gównianą robotę, ale ostatnio
zrzucił na mnie dużo więcej odpowiedzialności. W ostatecznym rozrachunku nie ma
znaczenia, o co mnie poprosi. Oddałbym życie za tę drużynę, a wszystko inne nie
ma znaczenia.
Dlatego nie waham się, gdy kończę swoje sprawy, a
Crow gestem zaprasza mnie za sobą do jednego z prywatnych saloników na balkonie.
Mężczyzna emanuje spokojem, opiera się o barierkę, omiatając wzrokiem tłum pod
nami.
– Dostrzegasz coś, co nie do końca tutaj pasuje,
Conor? – podejmuje, gdy zatrzymuję się obok niego.
Przesuwam wzrokiem po morzu twarzy, ale wszystko
jest zamazane. O tej porze większość chłopaków zbiera się tutaj na drinka i
pogaduchy na koniec ciężkiego dnia. Tancerki są te same co zawsze, stałe pary
cycków i tyłki przechadzające się po sali. Mogłoby się zdawać, że chłopakom
znudzi się patrzenie na nie, ale nic bardziej mylnego.
Jestem zmęczony i nie mam pojęcia, o co może
chodzić, ale to musi być coś ważnego. Crow lubi od czasu do czasu poddawać mnie
próbie, żeby się przekonać, jak daleko udało mi się zajść, bo kiedy do nich
dołączyłem, byłem jeszcze dzieciakiem, który wpadł w sam środek wojny gangów.
Jest wiele rzeczy, które może mieć na myśli. Facet,
który za mocno zapędza się z łapskami do jednej z tancerek. Para kolesi,
których już kiedyś stąd wykopaliśmy za zbyt agresywne zachowanie. Kilku
podejrzanie wyglądających gości w kącie, którzy prawdopodobnie walą sobie
konia. Ale to nie o nich chodzi. Mogę się mylić, ale instynkt podpowiada mi, że
tak nie jest.
To, co wydaje mi się najbardziej nie na miejscu, to
mała ptaszyna siedząca z tyłu, wybijająca palcami nerwowy rytm na stole. W
blasku migających świateł jej włosy wydają się niemal białe, ale da się
stwierdzić, że jest blondynką. Wygląda na bardzo kruchą istotę. Niemal zapada
się w krześle, nie może ważyć więcej niż moja jedna noga. Wydaje się zbyt
delikatna, żeby siedzieć tu samotnie. Mam złe przeczucia.
Nie przyszła tu, żeby oglądać tancerki, nie usiłuje
też wyrwać klientów. Więc tak naprawdę nie ma żadnego interesu w tym, żeby być
w tym klubie. Jednak nadal waham się przed wypowiedzeniem moich podejrzeń na
głos, wciąż nie jestem zbyt pewny siebie. Zerkam na Crowa i widzę, że badawczo
mi się przygląda, czekając na mój błąd.
– Więc? – pyta. – Wyduś to wreszcie, Conor. Nie mam
całej nocy.
– Blondyna.
Crow przechyla głowę na bok, w kącikach jego ust
igra uśmiech.
– Co z nią? – dopytuje, ani na moment nie odrywając
ode mnie spojrzenia.
– Jest sama. Wydaje mi się, że była tu już
wcześniej, ale nie ma powodu, by tutaj przychodzić. Przynajmniej ja żadnego nie
dostrzegam – relacjonuję.
– Aye, masz rację – mówi Crow, puszczając mi
oczko. – Nie ma.
Rozpiera mnie duma, że zdołałem go zadowolić. Crow
jest moim mentorem i naszym przywódcą i jest dla mnie bardzo ważne, aby
wiedział, że jestem warty zaufania. Ale beztroska znika z jego twarzy i zostaje
zastąpiona czymś mroczniejszym. Widziałem już wcześniej ten wyraz twarzy i nie
podoba mi się on. Ponieważ jeśli Crow nie jest z czegoś zadowolony, ja również
nie będę.
– Prawda jest taka, że wydaje mi się, że mamy
malutki problemik, Conor. – Drapie się po brodzie w zamyśleniu.
– O co chodzi?
Zaciska palce na poręczy, przyglądając się kobiecie.
– Często się tutaj kręci. Jest płochliwa jak
pieprzona myszka. Kilka razy pytała mnie o pracę. Od samego początku
podejrzewałem, że coś jest z nią nie tak. A potem usłyszałem, że Locos szukają
takiej dziewczyny jak ona. Wygląda na to, że to była dziewczyna tego psychola,
którego nazywali Muerto.
– Tego, którego zabiliśmy?
– Aye, tego samego – odpowiada, wypuszczając
głośno powietrze. – Mam wiarygodne źródło, które przekazało mi, że ona była
wtedy w tamtym domu.
– O cholera – syczę. – Myślisz, że coś widziała?
– Nie wiem. – Crow wzrusza ramionami. – Dom
przysięga, że kiedy kropnął tego kolesia, nikogo innego nie było w pokoju, ale
mam dobrego informatora, który twierdzi, że ona tam była.
Jego słowa ciążą mi na żołądku jak ołów. Jeśli ona
jest potencjalnym świadkiem, to może oznaczać tylko jedno. Irlandczycy nie
zostawiają za sobą świadków i do tego właśnie zmierza Crow.
– To ważna sprawa. – Odwraca się do mnie. – Ale
wierzę, że sobie z nią poradzisz, Conor. Mogę na ciebie liczyć?
Wpycham ręce w kieszenie i zmuszam się do
potwierdzenia.
– Bez dwóch zdań.
Kiwa głową z powagą.
– Chcę, żebyś miał ją na oku. Dowiedz się
wszystkiego, co się da o niej i o tym, co wie. Ah, i nie spuszczaj jej z oczu.
Zrób, co musisz, żeby to rozwiązać.
Odwracam się z powrotem w stronę balkonu,
zastanawiając się, na co tak dokładnie się zgodziłem. Ta mała ptaszyna jest
młoda, prawdopodobnie w okolicach dwudziestki, jak ja. Jest cholernie gorąca,
ale workowate ubrania nie podkreślają jej urody, mimo to widać, że ma ładną
twarz. Szkoda byłoby ją zabić, ale jeśli mam wybierać pomiędzy moimi braćmi a
nią, zawsze wybiorę braci.
– Jak mam ją obserwować, nie wzbudzając jej
podejrzeń? – pytam.
Crow klepie mnie w ramię i odchodzi w kierunku schodów.
– Jestem pewien, że coś wymyślisz. To nie powinno być zbyt trudne, biorąc pod uwagę, że właśnie zatrudniłem ją jako tancerkę.





Komentarze
Prześlij komentarz