[PATRONAT] Rozdział drugi "Conor" A. Zavarelli
Ivy
Minęły dwie godziny,
odkąd facet w skórzanej kurtce powiedział mi, że mogę dla niego pracować. Mówią
na niego Crow i wiem, że prowadzi ten klub, ale podejrzewam, że ma na swojej
głowie znacznie więcej niż to.
Jest cholernie przerażający, ale alternatywa jest po
stokroć gorsza. To dlatego siedzę jak przyklejona do tego krzesła, które
okupuję od zeszłego tygodnia, modląc się i mając nadzieję, że nikt mnie tu nie
znajdzie.
Na początku, gdy pytałam o pracę, Crow śmiał mi się
w twarz. Ale dziś, z nieznanych mi przyczyn, w końcu się nade mną zlitował.
Mogłabym wymyślić wiele sposobów, na które może skończyć się to źle, ale w
chwili obecnej jestem po prostu wdzięczna. Choć to miejsce nie jest zbyt
bezpieczne, to wiem, że Locos tu nie przyjdą. Kiedy jesteś pomiędzy młotem a
kowadłem, należy wybierać mniejsze zło. W moim przypadku jest to pieprzona
irlandzka mafia. Bronią swojego terytorium z taką zaciekłością, że każdy
gangster niskich lotów dwa razy zastanowi się, zanim przekroczy tę granicę.
Jeśli zdołam zniknąć z ich radarów na miesiąc, skrzętnie zbierając każdego
centa, którego zarobię, będę wreszcie mogła zostawić to miasto – i całą moją
fatalną przeszłość – za sobą.
Nie mogę się doczekać, by zacząć, ale najwyraźniej
Crow nie podziela moich chęci. Siedzę tu już cały wieczór i sala zaczyna
wirować mi przed oczami. Jestem zmęczona, zmarznięta, a żołądek zwija mi się od
wszechobecnego głodu, który przenika aż do moich kości. Naprawdę, kurwa,
potrzebuję tej roboty.
Pada na mnie cień i kiedy podnoszę wzrok, znajduję
się na celowniku pary oczu tak zielonych, że to powinno być zabronione. Po
karku przebiega mi dreszcz, kiedy taksuję spojrzeniem tego górującego nade mną
nieznajomego, który wszedł nieproszony w moją prywatną przestrzeń. Jest wysoki,
dobrze zbudowany i tajemniczy w sposób charakterystyczny dla mafiosów. Jeszcze
zanim otworzy usta, wiem, że należy do ekipy Crowa. Jest stuprocentowym Irlandczykiem,
ale jest młodszy od tych wszystkich kolesi, którzy się tu kręcą. I nie wydaje
się taki szorstki w obejściu. Jego twarz nie jest taka cyniczna, ale jest w nim
coś chłodniejszego. Jakaś hardość w jego rysach mówi mi, że to nie jest
mężczyzna, z którym można sobie pogrywać.
Kiwa podbródkiem w moją stronę, mrużąc oczy i
przyglądając mi się.
– Jestem Conor. Crow przysłał mnie, żebym ci wszystko
pokazał – mówi, a jego ton ocieka męskością.
Siadam prosto na krześle, czuję się mała i niepewna
siebie pod ciężarem jego spojrzenia.
– Cześć. Jestem Ivy.
– Ivy. – Wymawia moje imię z irlandzkim akcentem,
przez co brzmi grzesznie. – Brzmi, jakby było zmyślone.
– Nie jest – zapewniam go. Nawet jeśli to moje
drugie, nadal jest to moje imię. Uznałam, że rozsądniej będzie używać go
zamiast pierwszego imienia, Elizabeth, pod którym znają mnie Locos.
Conor przeszywa mnie wzrokiem z precyzją godną
lasera, wykrzywiając usta z obrzydzeniem. Nie wiem, co we mnie dostrzegł, ale nie
podoba mi się jego reakcja. Fala gorąca rozlewa mi się po szyi i pali mnie wraz
z tłumioną nienawiścią, którą odczuwam do mężczyzn jego pokroju. Mężczyzn,
którzy myślą, że obdarzywszy mnie jednym spojrzeniem, już wszystko o mnie
wiedzą. Widziałam to już tysiące razy. Twierdzą, że jestem słaba. Chuda
laleczka z wielkimi cyckami i małym móżdżkiem. Odwiecznie mylne wyobrażenia. Jestem
wychudzona i osowiała – w ich mniemaniu na pewno wyglądam tak, bo ćpam, a nie
dlatego, że jestem głodna. Na pewno też uważają mnie za dziwkę, bo byłam z
Muerto. Jasne, prosiłam się o to wszystko…
Eh, widziałam takie reakcje już wcześniej, więc
milczący osąd Conora nic dla mnie nie znaczy, a przynajmniej nie powinien. Ale
z jakiejś przyczyny, jeśli mam być szczera, boli mnie trochę bardziej niż inne
przypadki. Może się mylę, ale kiedy nasze spojrzenia się spotkały, odniosłam
wrażenie, że widzę w nim coś innego. Coś innego niż mafijnego dupka.
Nieważne, jego opinia i tak nie ma znaczenia. Nie
interesują mnie tacy faceci jak Conor ani to, co mogą o mnie myśleć. Im
szybciej uda mi się spieprzyć od niego i jemu podobnym, tym lepiej dla mnie.
– Co chcesz mi pokazać? – pytam, a mój głos jest
twardszy niż jeszcze chwilę temu.
Conor nie rusza się z miejsca i ja również. Nie
spuszcza ze mnie wzroku, a ja siedzę jak sparaliżowana i nie mogę się ruszyć.
Uważnie mnie obserwuje, czeka, aż pęknę, jednocześnie rozbierając mnie
wzrokiem, przez co czuję się zupełnie naga. Zaciskam dłonie na kolanach,
usiłując rozładować napięcie, ale tak naprawdę mam ochotę zwinąć się w kłębek i
schować.
W końcu Conor odwraca się i wykonuje lekceważący
gest dłonią.
– Chodź za mną na zaplecze. Pokażę ci, gdzie są
garderoby.
Idę za nim korytarzem, usiłując skupiać się na
otoczeniu, ale zamiast tego mój wzrok ciągle wędruje do Conora. W jego chodzie
widać śmiałość, która mówi mi, że jest pewny swoich umiejętności i przyznaję,
że prawdopodobnie powinien być. Ma szerokie ramiona i jest zbudowany jak
wojownik, założę się, że pod tą marynarką skrywa tatuaże. Ma tak ogromne
dłonie, że prawdopodobnie mógłby dwukrotnie owinąć je wokół mojej szyi,
jednocześnie paląc papierosa i dusząc mnie dwoma palcami.
Zastanawiam się, ilu zabił ludzi. A potem przychodzi
mi do głowy jeszcze coś gorszego. Czy on co noc posuwa tutejsze tancerki? Za to
jest odpowiedzialny? Wystarcza mi jedno spojrzenie na jego kwadratową szczękę i
już wiem, że to nie może być prawda. Nie wygląda na faceta, który czerpie
przyjemność z czegokolwiek. Pewnie pieprzy się jak wiking, nie interesując się
kobietami, gdy już zapłodni je synami dla swojego klanu.
Otrząsam się z tych popapranych myśli, kiedy odwraca
się do mnie, a jego wzrok przesuwa się po moim ciele z taką brutalnością,
jakiej wcześniej w nim nie było.
– Mam nadzieję, że wiesz, jak się ogarnąć. W takim
stanie jak teraz, wiele nie zdziałasz – stwierdza, przyglądając mi się krytycznie.
Zaciskam szczęki, ale zmuszam się do uśmiechu,
przypominając samej sobie, jak bardzo potrzebuję tej pracy.
– To żaden problem – wyduszam, siląc się na
uprzejmość.
Nie wydaje się usatysfakcjonowany ze swojej obelgi,
więc dodaje więcej jadu:
– Będziesz potrzebowała sporo makijażu.
– Słuszna uwaga – podsumowuję, z ledwością
powstrzymując się, aby nie powiedzieć czegoś wrednego. – Dużo makijażu.
Właściwie nie mam żadnych kosmetyków, ale mam
nadzieję, że któraś z tancerek pożyczy mi swoje.
– Tam jest też prysznic. – Wskazuje na drzwi z tyłu
pokoju. – Powinnaś z niego skorzystać.
Wstyd przyćmiewa wszelką dumę, jaka jeszcze mi
pozostała, grożąc tym, że stracę tę szansę, zanim jeszcze z niej skorzystałam.
Nie wiem, dlaczego czuje potrzebę bycia takim dupkiem, ale to nie jest
konieczne. Już sama siebie wystarczająco nienawidzę, dlatego nie musi mnie
dobijać. W dodatku wiem, że nie ma nic bardziej upokarzającego niż
wyczołgiwanie się każdego ranka zza śmietnika.
Dziś rano umyłam się w łazience na stacji
benzynowej, ale nie trzeba być filozofem, żeby odkryć, że nadal wyglądam jak
śmieć. Moje włosy są skołtunione i rozpaczliwie potrzebują gorącej wody i
odżywki, a mojej skórze przydałoby się coś innego niż resztki zaschniętego
mydła.
Krzyżuję ramiona, by ukryć, że się trzęsę. Jest tu
lodowato zimno, a przy mojej niskiej wadze często się przeziębiam.
– Co jeszcze powinnam wiedzieć? – dopytuję.
– Dostaniesz wejście na trzy kawałki – mówi. –
Lepiej się postaraj. Crow nie trzyma dziewcząt, jeśli klienci ich nie lubią.
Cholera jasna. Myślałam, że mam już tę robotę w
garści, ale faktycznie, jeśli nawalę, wylecę. Nie ma znaczenia, że skłamałam i
powiedziałam, że mam doświadczenie; ci faceci muszą wierzyć, że mam. Dzięki
Bogu, że przesiadywałam tu przez cały tydzień, obserwując inne dziewczęta, bo
inaczej nie miałabym pojęcia, co robić.
Conor po raz ostatni przeszywa mnie spojrzeniem i
potrząsa głową, jakby nie rozumiał, dlaczego tu jestem.
– Zbieraj się. – Zerka na zegarek. – Masz pół godziny, żeby zrobić na nas wrażenie, albo stąd wypierdalasz.





Komentarze
Prześlij komentarz