[PATRONAT] Prolog "Conor" A. Zavarelli
Conor
Istnieją dwie rzeczy, o
których mój ojciec mówił mi, że są nieuniknione. Śmierć i niewola. Od chwili,
gdy szpital przybił pieczątkę na moim akcie urodzenia, moje lata są policzone.
Mam to zapisane w DNA, tak jak irlandzką krew płynącą w żyłach.
Odkąd sięgam pamięcią, mój ojciec
lądował w pudle i z niego wychodził. Nigdy nie umiał żyć normalnie. Próbował
kilka razy, ale po tygodniu czy dwóch smażenia burgerów, wracał do planowania
następnego dużego zarobku. Podejrzewam, że od zawsze wiedział, że to go w końcu
zabije. Ale gdy kiedyś zapytałem go o to, powiedział mi, że woli pójść na dno w
świetle chwały niż udławić się galaretką w domu starców.
Już kiedy byłem dzieciakiem,
zrozumiałem, że tak samo będzie ze mną. Czy miałem inny wybór? Zostałem
wychowany w przekonaniu, że jedynym sposobem zarabiania na życie jest napadanie
na ciężarówki i obrabianie banków. Jeśli chcesz czegoś od tego świata, musisz
sobie to wziąć. Najlepiej siłą.
Więc stojąc tu teraz, skazany na śmierć
w blasku chwały, nie mogę powiedzieć, żebym był zaskoczony. Jedyna różnica jest
taka, że nie walczę z ochroniarzami ani gliniarzami, ale z sześcioma członkami
Lenox Hill.
W najlepszym wypadku zdążę oddać jeden
strzał, zanim oni wsadzą kulkę we mnie i zamierzam zrobić z tego dobry użytek.
Jeśli jest to ostatnia rzecz, jaką zrobię, ten tłusty skurwiel z zaczesanymi do
tyłu włosami i wyłupiastymi oczami będzie miał w głowie wielki rozgrzany
kawałek ołowiu. Cokolwiek stanie się potem, będzie tego warte.
Pocieram tatuaż na ramieniu i patrzę mężczyźnie
w oczy. Alkohol krążący mi w żyłach niemal mnie powala, kiedy sięgam po spluwę.
Kiedy buzuje adrenalina, wszystko wydaje się szybsze i bardziej intensywne.
Serce dudni mi w piersi, dłonie mam spocone.
Przeżywałem tę chwilę w myślach setki razy, nie mając wątpliwości, jak to się skończy.
Ale rzeczywistość rzadko pokrywa się z naszymi wyobrażeniami. Kiedy do tego
kawałka gówna po drugiej stronie magazynu dociera, co się dzieje, nie przynosi
mi to takiej ulgi, jakiej się spodziewałem.
Dopadają mnie wątpliwości. Kula w łeb
jest zbyt szybka, to uprzejmość, na którą on nie zasługuje. Jeśli będę miał
szczęście, będę mógł napawać się jego cierpieniem zaledwie przez krótką
sekundę, zanim moja własna czaszka zostanie rozłupana i rozpryśnie się na
betonowej posadzce. Ale nie mam innej opcji. Jego ekipa zbliża się do mnie, a
ja podnoszę spluwę i patrzę mu w oczy.
– Za Brady’ego.
Następuje gwałtowne poruszenie, gdy
wszyscy sięgają po swoją broń i przez chwilę zastanawiam się, czy mój ojciec
uznałby, że zrobiłem dobrze. W jego mniemaniu zawsze podejmowałem złe decyzje,
ale chciałbym wierzyć, że z powodu tej jednej rzeczy byłby ze mnie dumny.
I Brady też.
Ale to marzenie zostaje mi odebrane,
zanim mam szansę je zrealizować. Kiedy rozlegają się wokół mnie eksplozje
wystrzałów, pozostała mi tylko jedna ostatnia przerażająca myśl: Nawet
to spieprzyłem, ponieważ dorwali mnie pierwsi.
W każdej chwili spodziewam się
przeszywającego bólu, gdy kule rozorają moje ciało. Mija sekunda, potem druga,
a ja nadal stoję. Nie oddałem ani jednego strzału, ale kiedy rozglądam się
wokół siebie, widzę, że załoga Lenox Hill ucieka w poszukiwaniu schronienia.
Chwiejnym krokiem podchodzę do ściany i
zerkam zza ścianki działowej, usiłując zrozumieć, co się dzieje. Krzyki. Ciche
jęki z któregoś kąta. Nie mam pojęcia, ile to może potrwać, ale kiedy nastaje
cisza, w panice wybiegam na zewnątrz w poszukiwaniu mojego celu. Ale zamiast
tego czuję zimną lufę przytkniętą do tyłu mojej głowy.
– Nie tak szybko, chłopcze – poucza mnie
irlandzki intruz. – Dokąd to się wybierasz w takim pośpiechu?
Próbuję odepchnąć go od siebie, skanując
wzrokiem magazyn w poszukiwaniu mężczyzny w niebieskiej koszuli. Zauważam go,
jak zerka zza sterty pudeł ustawionych wzdłuż ściany i ruszam w tamtym
kierunku, zanim mój umysł zaczyna nadążać za logiką. Jestem pół kroku od celu,
gdy delikwent stojący za mną ponownie mnie łapie i rzuca na podłogę.
– Pozwól mi tylko go zabić – stękam. –
Potem możesz wsadzić mi kulkę w łeb.
Irlandczyk mruży oczy i spogląda na
swojego kompana w okularach. Ci faceci nie są członkami jakiegoś ulicznego
gangu. Są zbyt czyści i twardzi. To taki typ gości, którzy noszą zbyt eleganckie
ubrania, jak na tę okolicę. Nie ma wątpliwości kim lub czym są. Biorąc pod
uwagę ich akcent, podobny do mojego, mogą należeć jedynie do irlandzkiego
syndykatu.
– Od kiedy Lenox Hill zadaje się z
takimi roztrzęsionymi chłopaczkami? – pyta koleś w okularach.
– Nie jestem z nimi. – Spoglądam przez
ramię, zauważając niebieską tkaninę. – A on mi zwieje, jeśli nie pozwolisz mi
go sprzątnąć. I tak chcieliście go zabić, więc tylko o to was proszę.
Pozwólcie, żebym to ja go załatwił.
Desperacja w moim głosie miesza się z
alkoholem płynącym w żyłach i to nie jest najlepsza kombinacja. Nie jestem w
stanie mówić wyraźnie, bełkoczę, a moje ruchy są powolne i naprawdę mam głęboko
w dupie, kim są te kutasy. Kiedy nikt mi nie odpowiada, zaczynam cofać się na
czworakach, a oni przyglądają mi się z rozbawieniem.
Koleś w skórzanej kurtce potrząsa głową.
– Trzeba mu przyznać, że jest
zdeterminowany.
Jego śmiech zamiera, kiedy wyciągam
swoją spluwę i obracam się na podłodze, zbyt pijany, by wstać. Ręka mi się
trzęsie, gdy celuję w faceta w niebieskiej koszuli, a palec drży mi na spuście.
Jestem ułamek sekundy od pociągnięcia za niego, gdy koleś w okularach podchodzi
i kopniakiem wytrąca mi broń z ręki.
– Uspokój się, chłopcze – mówi do mnie,
podczas gdy ja czołgam się, by dosięgnąć do gnata. – Nie wiesz, że jeśli masz
osiągnąć coś tym sposobem… to kulka w
łeb nie jest najlepszym rozwiązaniem?
Nie ruszam się na tyle długo, że mogę na
niego spojrzeć.
– To co proponujesz?
– Dobre pytanie – odpowiada ten drugi
mężczyzna. – Mój kolega z pewnością chętnie ci na nie odpowie. Ale najpierw to,
co najważniejsze, chłopcze. Co dokładnie zrobił ten kutas, że tak cię nabuzował?
Whisky w moim żołądku bulgocze i
przełykam gorycz prostej prawdy.
– Ten kutas zabił mojego brata – wyznaję.





Komentarze
Prześlij komentarz