[PATRONAT] Rozdział trzeci "Jego obietnica" Anna Ciołko

 


Rozdział trzeci

 

Pierwszego dnia nowej pracy budzi mnie własny krzyk. Od dłuższego czasu przesypiałam noce bez snów, ale tym razem przeżywam stały koszmar na nowo. Rozkopuję kołdrę wokół siebie. Jest duszno i gorąco. Dłuższą chwilę zajmuje mi zrozumienie, że już nie śnię. Ciało jest napięte i gotowe do ucieczki, a przerażenie wciąż zaciska swoje szpony na piersi.

Dopiero po kilku minutach strach opuszcza moje ciało. Nie ruszam się z miejsca, pozwalając, by ciemność rozproszyła się powoli i do końca. Dopiero wtedy, gdy resztki snu opuszczają moją świadomość, wstaję z łóżka. Patrzę na drzwi pokoju i odliczam sekundy, aż usłyszę pukanie.

– To tylko zły sen – mamroczę przepraszająco, kiedy do pokoju wchodzi tato.

Wiem, że zastanawia się, czy pytać o koszmar, czy zostawić mnie w spokoju. Przez ostatni miesiąc scenariusz powtórzył się już kilkukrotnie. Budziłam się z krzykiem, a chwilę później w drzwiach pojawiał się tato. Za każdym razem chciał się upewnić, że to tylko sen, nic więcej. Jego troska była krępująca i kojąca jednocześnie.

Ojciec nigdy nie był typem gaduły. Potrafił za to sprawić, że człowiek, z którym rozmawiał, czuł się zauważony. Poświęcał całą uwagę drugiej osobie, w taki sposób traktował również mnie. Już jako dziecko zadawałam mnóstwo pytań, a on nie lekceważył żadnego z nich.

Dociera do mnie, że choć nie chcę zwierzać się ze snów czy zmartwień, to cieszę się, że jestem jego córką. Przez ponad cztery lata, kiedy mieszkałam oddzielnie, udało mi się usamodzielnić i stworzyć własną przestrzeń. Jednak gdy w ciągu jednego dnia zniszczono wszystko, co sobie wypracowałam, przestałam czuć, że gdzieś należę. Pierwsza część dorosłego życia okazała się mydlaną bańką, która szybko pękła. Mój świat nie pasował do tego, w który mnie wrzucono. Otwartość, z jaką przyjechałam do stolicy, okazała się tak naprawdę naiwnością.

Jesteś taka łatwowierna. Głupia. Naiwna. Jego słowa brzęczą w mojej głowie jak trzmiel. Odganiam je, ale wciąż powracają. Potrzebuję kogoś, kto przypomni mi, że to, kim jestem, nie jest złe. Potrzebuję kogoś, kto da mi przestrzeń i wsparcie, kiedy będę zaczynać od nowa.

Tato przygląda się mojej twarzy, szukając odpowiedzi na przemilczane pytania. W końcu odpuszcza.

– Chcesz coś na śniadanie? Jajecznica? Omlet?

– Nie powinieneś dziś trochę pospać? – pytam, pamiętając, że dziś będzie pracował na drugą zmianę.

Wzrusza ramionami

– Już nie jestem śpiący, a poza tym pomyślałem, że przed pracą zdążę skosić trawnik. To co, omlet?

– Daj mi czas na szybki prysznic. Zaraz będę na dole.

Zamyka drzwi i słyszę, że schodzi po schodach. Budzik powinien zadzwonić dopiero za pół godziny, ale wiem, że i tak nie mogłabym już zasnąć.

Wpadam pod prysznic, by zmyć z siebie resztki nocy. Staram się zrobić wszystko w ekspresowym tempie. Samo suszenie długich, brązowych włosów zawsze zajmuje dobry kwadrans. Kiedy wychodzę z łazienki, czuję zapach karmelizowanych jabłek. Rezygnuję z ubierania się przed śniadaniem. Omlet taty mnie wzywa.

– Pachnie smakowicie – przyznaję, gdy schodzę do kuchni.

Mężczyzna, który powołał mnie na świat, uśmiecha się, a następnie podsuwa ogromny talerz. Siadamy naprzeciwko i jemy w ciszy, delektując się tym prostym, ale pysznym daniem. W powietrzu unosi się zapach cynamonu i kawy, która parzy się w ekspresie.

– Pierwszy dzień w nowej pracy, hmm?

Patrzę, jak nabija na widelec kolejny kawałek omleta i karmelizowanego jabłka.

– Redaktor naczelna wydaje się całkiem okej – mówię, nie przerywając jedzenia.

– To dobrze. Przyzwoity szef to ważna sprawa.

Krztuszę się, słysząc te słowa, ale udaję, że to przez jabłko. Nawet nie wiesz, jak ważna. Tato podsuwa sok pomarańczowy. Popijam, zyskując trochę czasu na doprowadzenie myśli do porządku.

– Zobaczymy, jak będzie. No wiesz, to początki… Będę musiała wyrobić jakiś rytm pracy.

Tato kiwa głową. Przyglądam się jego jasnym włosom, które zaczynają przybierać siwą barwę, a potem patrzę w błękitne oczy. Są takie jak moje. Przypominają topaz, choć kiedy jesteśmy wkurzeni, stają się niemal fioletowe. Właściwie, poza kolorem oczu, nie jesteśmy do siebie podobni. To po mamie odziedziczyłam ciemną barwę włosów, śmiech i figurę. Ojciec to wysoki człowiek z uroczym brzuszkiem, który pojawił się z wiekiem. Mama jest niska i drobna. Jak twierdzą rodzice, pod względem charakteru jestem mieszanką. Zazwyczaj jestem spokojna i cicha jak tato, ale gdy walczę o coś, na czym mi zależy, albo gdy coś mnie wkurzy, potrafię pokazać pazury i być nieprzewidywalna jak mama.

Uśmiecham się do swoich myśli. Dochodzi dopiero siódma rano, ale wyglądając przez okno, łatwo stwierdzić, że będzie to kolejny upalny dzień.

– Spotkałam wczoraj Gaję – przerywam ciszę. – Podobno ostatnio gorzej się czułeś.

Czekam na reakcję ojca. Przez dłuższą chwilę udaje, że jest zajęty jedzeniem, ale potrafię dostrzec, że moje słowa nieco go zdenerwowały.

– Ta kobieta ma za długi język.

– Więc to prawda? Masz problemy z sercem?

– Bez przesady, aż tak bym tego nie określił. Kilka skoków ciśnienia nie oznacza, że z moim sercem jest coś nie tak – obrusza się, choć przecież wcale go nie atakuję.

Jego reakcja pokazuje mi, że tak naprawdę martwi się tym ciśnieniem. Zamiatanie obaw pod dywan to nasza rodzinna specjalność. Nie okazujemy strachu, dopóki nas nie dopadnie na całego.

– Gaja twierdzi, że powinieneś pójść do szpitala na badania – dodaję, jakbym nie słyszała jego wcześniejszych tłumaczeń.

– Gaja nie ma pojęcia, o czym mówi.

– Przecież możesz zgłosić się na jeden dzień. Zrobiliby wszystkie badania i wysłali do domu.

– Pewnie, że mogę, ale nie chcę! A teraz dokończ śniadanie i zbieraj się do pracy, jeśli nie chcesz się spóźnić.

– Auć. Poczułam się właśnie jak mała dziewczynka, którą zawsze musiałeś siłą wyganiać do szkoły. – Rozładowuję napięcie żartem i ściskam swojego upartego ojca, po czym biegnę na górę.

Mam pół godziny, żeby się ubrać i pomalować. Zakładam białe spodenki i błękitną cienką koszulę z długimi rękawami, które podwijam. Jeśli w redakcji nie działa klimatyzacja, to nie ma sensu męczyć się w bardziej formalnym stroju. Może nikt nie wyrzuci mnie stamtąd za pokazanie kawałka nóg. Włosy związuję w luźny koczek. Szybko robię dzienny makijaż, stawiając na naturalność. Jedynym szaleństwem, na jakie sobie pozwalam, są pomarańczowe usta. Mam bzika na punkcie szminek i właściwie codziennie maluję się innym kolorem. Pięć minut i gotowe.

Przyglądam się swojemu odbiciu. Po odejściu z wcześniejszej pracy spędzałam całe dnie w dresach, nie wychylając się z mieszkania. Teraz jednak nie mogłam pozwolić sobie na to, by straszyć ludzi. Nie jestem fanką szpachlowania twarzy, ale lubię zabawę makijażem. Mimo że w środku czułam się odrobinę zagubiona, wygląd musiał maskować moje demony. Może w końcu sama uwierzę, że jestem tak silna i pewna siebie, na jaką wyglądam.

Do granatowej torby wrzucam notatnik, którego używałam od początków pracy. Zakładam balerinki, przygotowana na długi dzień na nogach, i wychodzę z domu. Przed odjazdem żegnam się z ojcem, który kręci się przy kosiarce.

– Nie ma jeszcze ósmej. Nie za wcześnie na koszenie?

– Mama się wścieknie, że ją zbudzę, ale co tam. – Szczerzy zęby w uśmiechu i macha na pożegnanie.

Wyjeżdżam na ulicę, słuchając ulubionej muzyki. Z głośników sączą się łagodne dźwięki LP – Other People, a ja staram się po prostu cieszyć kolejnym dniem.

Spoglądam na piórko zawieszone pod lusterkiem i dotykam go palcami. Od dołu jest ciemnoszafirowe. Wyżej przechodzi w morski błękit. Jest już nieco zakurzone i wyblakłe, ale nie potrafię się z nim rozstać. To mój osobisty talizman. Pamiątka z dzieciństwa i wspomnienie niedzielnych spacerów po parku. Przynosiło mi szczęście od dnia, w którym je znalazłam. Miałam cholerną nadzieję, że dziś znów tak będzie.

Szybko zajeżdżam przed redakcję. Ponownie przed budynkiem nie stoi zbyt wiele samochodów. Parkuję w cieniu. Wczesnym rankiem jest jeszcze chłodno, ale na błękitnym niebie nie dostrzegam nawet jednej chmurki. Po cichu liczę, że naprawiono klimatyzację.

Uff.

W środku wita mnie przyjemny chłód. Zdenerwowanie zaczyna domagać się uwagi, ale spycham je na tył głowy. Zza redakcyjnych drzwi dochodzą odgłosy sprzeczki. Wsuwam się do środka.

– Dzień dobry – witam się z szefową.

– Cześć, cześć.

Marta siedzi za małym biurkiem razem z jakimś mężczyzną. Facet ma rude, prawie pomarańczowe włosy i ubrany jest w odcienie brązu, przez co przypomina mi płonącą gałąź. Jego długie nogi wystają zza biurka naczelnej.

– Dzień dobry. – Nieznajomy podchodzi do mnie i wymieniamy uściski dłoni. – Nowa w zespole?

Kiwam głową. Mężczyzna wydaje się dużo starszy albo przynajmniej robi wrażenie o wiele starszego, zachowując się dość powściągliwie.

– Saro, to nasz grafik, Wiktor. Właśnie bierzemy się za ostatnie poprawki przy składaniu gazety. Zaraz się tobą zajmę i wszystko pokażę, tylko daj nam minutę – mówi Marta, wskazując mi ręką krzesło pod oknem.

Zajmuję miejsce i spokojnie rozglądam się po biurze. Wczoraj tak bardzo skupiłam się na rozmowie, że rzuciłam jedynie okiem na miejsce pracy. Teraz mam czas, by zauważyć szczegóły. Cały pokój był niewielkim pomieszczeniem, w którym ustawiono dwa biurka. Pod ścianami piętrzyły się stosy gazet i pudła z jakimś sprzętem oraz stała szafa z segregatorami. Wszystko to przypominało bardziej rekwizyty niż praktyczne narzędzia pracy. Na ścianach zawisły mapa całego województwa i niewielka reprodukcja Van Gogha. Na parapecie zauważyłam malutką wieżę, a obok niej porozrzucanych kilkanaście płyt z muzyką. Zbyt daleko, bym ze swojego miejsca mogła dostrzec nazwy wykonawców. Postanawiam to sprawdzić przy następnej okazji. Teraz nie chcę kręcić się po biurze i przeszkadzać. Zwłaszcza że nowa szefowa kłóci się coraz głośniej z grafikiem, który ciągle donośnie wzdycha i powtarza słowa: „Ale tak się nie da”. Obserwowanie tej dwójki podczas pracy jest zabawne. Marta, która założyła zieloną sukienkę w groszki i zaczesała jasne włosy w stylu pin-up, wygląda jak słodka dziewczyna. Tymczasem jej głos dudni w całym pomieszczeniu, kiedy stara się przekonać Wiktora, że jej pomysł musi zostać zrealizowany.

– W moim słowniku nie ma wyrażenia: „Nie da się”. – Marta wbija palec w pierś biednego mężczyzny, który teraz zrobił się czerwony ze złości.

Czekam, aż grafik wybuchnie i każe spadać szefowej na drzewo, ale ku swojemu zdumieniu widzę, jak szybko się uspokaja i po prostu szuka rozwiązania problemu.

– Ha! Czyli jednak się da!

Niemal parskam śmiechem, kiedy Marta wyrzuca dłoń do góry w triumfalnym geście, a Wiktor niechętnie przyznaje jej rację. Ich praca trwa jeszcze kilka minut, ale już w spokojniejszej atmosferze. Sprawdzam godzinę w komórce. Ósma trzydzieści. A ja jeszcze nic nie zrobiłam. Powinnam pracować od trzydziestu minut, tymczasem nikt nade mną nie stoi i mnie nie pogania. To przyjemne, ale jednocześnie nieznane mi uczucie. Po minucie słyszę szuranie, które wyrywa mnie z zamyślenia. Marta jest już wolna. Wiktor żegna się i zostawia nas same.

– Przepraszam, że musiałaś czekać, ale musieliśmy to skończyć do dziewiątej trzydzieści. Później wysyłamy całość do drukarni.

– Nie szkodzi. Obserwowanie waszej dwójki było ciekawym doświadczeniem. – Uśmiecham się, licząc, że nie uzna tego komentarza za niestosowny.

– Oj tak, założę się, że tak było. – Chichocze. Ma szczery, przyjemny śmiech, który w drugim człowieku rezonuje przez długą chwilę. – Wiktor to facet z charakterem. Trochę leniwy. Ale ma talent, który staram się wykorzystać dla dobra gazety. A to, że czasem muszę na niego pokrzyczeć… – Urywa.

– Długo ze sobą pracujecie?

– Ponad rok. Poznaliśmy się już dość dobrze, więc wiem, na ile marudzenia mogę sobie z Wiktorem pozwolić. Na szczęście widzę, że poranny pokaz cię nie odstraszył i nadal tu jesteś.

– Jestem – potwierdzam i czuję, że to prawda. Jestem tu i teraz. Gotowa do pracy. I do rozpoczęcia nowego rozdziału w życiu.

– To działajmy.

Przez kolejne kilka minut biegam za Martą po budynku w poszukiwaniu mojego laptopa służbowego, sprzętu do nagrywania i aparatu fotograficznego. Gazeta korzysta głównie z własnych zdjęć, ale nie ma fotografa, więc zadaniem dziennikarzy jest dołączenie do każdego materiału kilku obrazków. Jak się okazuje, biuro gazety to nie tylko maleńki pokoik redaktor naczelnej, ale także dwa przyległe pomieszczenia, w których znajduje się jeszcze większa liczba gazet, biurek, szaf, krzeseł obrotowych oraz kilka drukarek.

– Jeśli chcesz, możesz zająć któryś z pokoi. W tym większym siedzi nasz handlowiec, który pojawia się tu trzy razy w tygodniu. Dziś ma akurat wolne, więc poznacie się jutro. Reszta zespołu wpada rzadko. Ale jeśli chcesz, możesz siedzieć w pokoju ze mną. Biurko pod oknem nie ma właściciela, bo reszta zazwyczaj wybiera wolne pokoje. Pewnie nie mogą ze mną wytrzymać.

Marta czeka na mój wybór.

– Zostanę, jeśli nie masz nic przeciwko. Chcę przekonać się, czy naprawdę jesteś tak przerażająca – droczę się.

W ciągu następnych minut przekonuję się, że Marta jest naprawdę równą babką.

Rozsiadam się wygodnie za biurkiem. Zakładam służbowy e-mail i przez kolejne dziesięć minut uczę się obsługi nieznanego mi wcześniej sprzętu do nagrywania i robienia zdjęć. Omawiam też z Martą pomysły na tematy do kolejnego wydania. Tak jak się spodziewałam, dużą część mojej pracy będą stanowić relacje z wydarzeń. Cieszę się, bo po wcześniejszych doświadczeniach lekkie tematy są tym, czego potrzebuję. Wiem, że może są mniej wymagające od tego, nad czym pracowałam, ale przynajmniej są bezpieczniejsze.

Skupiam się na przeglądaniu lokalnych stron internetowych w poszukiwaniu najbliższych wydarzeń. Sesja Rady Miasta, otwarcie wystawy, koncert charytatywny – powoli uświadamiam sobie, czym będę zapełniać dni. Cieszę się, że będę mogła skupić się na śledzeniu miejskiego życia społeczno-kulturalnego. Zapisuję wszystko w notatniku, a następnie wysyłam propozycje szefowej e-mailem.

Jest zajęta swoimi zadaniami, więc do tej pory pracowałyśmy w przyjemnej ciszy. Słyszę piknięcie jej laptopa, więc wiem, że dostała moją wiadomość. Po przeczytaniu przedstawia mi swoje zdanie, zwracając uwagę na to, czego oczekuje od każdej relacji. Punktuję jej uwagi, dopisując też własne, które pojawiają się podczas dyskusji. Podoba mi się to, w jaki sposób wzajemnie się uzupełniamy. Ponieważ dawno nie było mnie w mieście, to Marta pełni rolę mojego przewodnika po lokalnych powiązaniach. Dzięki niej udaje mi się dostrzec aspekty wydarzeń, które są znajome jedynie komuś, kto tu mieszka i śledzi życie miasta. Ja dodaję jedynie własne warsztat i umiejętności.

– E-mailem wysłałam ci zaproszenie na dzisiejsze spotkanie w starostwie. To może być coś wartego uwagi. – Redaktor naczelna odstawia pracę na bok i skupia się na mnie. – Poza tym jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałabym pogadać pierwszego dnia twojej pracy.

Czekam na to, co powie. Przez moment boję się, że dowiedziała się o prawdziwym powodzie, dla którego wyleciałam z poprzedniej pracy. Moje ręce lekko drżą, dlatego wsuwam je pod uda, by ukryć wyraźny objaw zdenerwowania. W głowie staram się odnaleźć właściwe słowa, by umiała spojrzeć na tamte wydarzenia z mojej perspektywy, ale zanim panika złapie mnie za gardło, Marta zaczyna mówić.

– Sprzedaż tygodnika spada z miesiąca na miesiąc. To nie jest żadna tajemnica.

Oddycham z ulgą. Kiwam głową, pozwalając, by kobieta kontynuowała.

– Nie chcę zwalać winy na internet i mówić, że dziennikarstwo online wypiera prasę. To wszystko prawda, ale nie jest tak źle, jak wszyscy psioczą. Przynajmniej u nas, w mediach lokalnych.

Myślę o jej słowach i wiem, że ma rację. Moi dziadkowie od lat kupują te same gazety, a tato woli wydanie papierowe ulubionego tygodnika, chociaż wykupiłam mu na rok wydanie elektroniczne. Wśród młodszego pokolenia to już inna sprawa, ale w małych społecznościach czytanie lokalnej prasy jest tradycją i często jedną z lepszych form zdobywania wiedzy o tym, co dzieje się za płotem sąsiada. Koniec prasy nie nastąpi tu jeszcze przez wiele lat, jeśli w ogóle.

– Oczywiście, pojawiło się kilka portali internetowych, które odebrały nam młodszych czytelników, ale wciąż mamy dla kogo pisać. Problem polega na tym, że przez długi czas za bardzo zanudzaliśmy czytelnika nic niewnoszącymi sprawozdaniami. – Marta przerywa, dając mi możliwość przetrawienia jej słów. – Spodobało mi się to, co powiedziałaś na rozmowie kwalifikacyjnej. Dziennikarz ma odkrywać prawdę dla czytelnika, a nie tylko zarzucać go górą informacji, które nic nie wnoszą. Chcę skupić się na ludziach. Pisać dla nich i o nich. Ale nie chcę taniej sensacji. – Znów milknie i wpatruje się we mnie przez dłuższą chwilę. – Cholera, brzmię jak wariatka, co? Ale wiem, że mnie rozumiesz. Dlatego mam nadzieję, że pomożesz mi zmienić tygodnik w taką gazetę, na jakiej każdy kolejny numer ludzie będą czekać z niecierpliwością.

– Rany, naprawdę czuję, jakbyś włożyła mi na plecy stukilowy worek wypełniony oczekiwaniami i nadzieją. – Krzywię się, udając, że ciężar przygniata mnie do biurka.

– Niezły z ciebie śmieszek, Sara. To dobrze. W tej pracy poczucie humoru czasem ratuje nam tyłek, zresztą pewnie dobrze o tym wiesz. Wyobrażam sobie, że presja towarzyszyła ci często w Warszawie.

– Tak było – potwierdzam i szybko zmieniam temat, bo nie chcę, by Marta wciągnęła mnie w prywatną rozmowę. – Spotkanie w starostwie jest za czterdzieści minut. Zaraz będę się zbierać. Zjem tylko kanapkę, bo umieram z głodu.

– Pewnie, rób przerwy, kiedy chcesz.

Szefowa wraca do stukania w klawiaturę, a ja wgryzam się w kanapkę z tuńczykiem i awokado.

W trakcie jedzenia sprawdzam jeszcze raz temat konsultacji, na które jadę. Dotyczą budowy centrum spotkań. Nie mam pojęcia, co miałoby się tam odbywać. Notatka na stronie starostwa jest uboga w szczegóły, dlatego lista spraw, o które będę musiała zapytać, jest długa.

Dokańczam posiłek i wychodzę z redakcji. Mam jeszcze dwadzieścia minut, ale wolę być wcześniej. Im bliżej do celu, tym większą odczuwam adrenalinę. Minęło już trochę czasu, od kiedy ostatni raz wykonywałam swój zawód. Wiedziałam jednak, że konfrontacja z własnym strachem jest koniecznością. Jeśli będę w stanie robić to, co kocham, udowodnię sobie, że kilka miesięcy temu nie popełniłam błędu.

Łapie mnie lekki stres, bo chociaż to moje rodzinne miasto, nie wiem, czego spodziewać się po lokalnej władzy. Jestem dość młoda, więc dotychczas ludzie traktowali mnie pobłażliwie. Przynajmniej ci zajmujący wysokie stanowiska. Radziłam sobie z tym całkiem dobrze, starając się szybko pokazać, że wiek nie umniejsza moim umiejętnościom. Oczywiście w stolicy młodość wygrywała, ale tu, w niewielkim mieście? Niekoniecznie.

Dojeżdżam do budynku kilka minut przed rozpoczęciem spotkania. Sprawdzam torbę, w której udało mi się schować sprzęt do nagrywania i aparat. Wszystko jest na swoim miejscu, więc pędzę w poszukiwaniu odpowiedniego pokoju. Kiedy udaje mi się odnaleźć właściwe drzwi, wpadam do środka. Gapię się przez dłuższą chwilę na mężczyzn w garniturach i szykownie ubrane kobiety, wśród których niestety żadna nie ma krótkich spodenek. Cholera. Dam radę. Jestem dziennikarzem, a oni słyną z ekscentrycznego ubioru. Choć słowo „nieodpowiedni” pasowałoby lepiej. Przynajmniej moja koszula sprawia wrażenie eleganckiej. Trudno. Za późno na zmianę planów. Zresztą i tak większość ludzi zauważyła już moje wejście, więc ucieczka niewiele by dała. Rozglądam się za miejscem, gdzie mogłabym usiąść. Zajmuję krzesło na samym końcu sali. Wyciągam sprzęt i ustawiam na stoliku obok.

– Pani z gazety?

Najpierw zauważam wysokie szpilki, a gdy unoszę wzrok, trafiam na spojrzenie blondynki w czerwonym komplecie. Przypomina mi Reese Witherspoon z czasów Legalnej blondynki. Podnoszę się. Mimo szpilek jest ode mnie dużo niższa. Włączam tryb profesjonalistki i przedstawiam się.

– Sara Mróz.

– Monika Kochańska, referent do spraw promocji. – Jej prezentacja jest tak szybka, że nawet nie mam szans na dodanie, jaką gazetę reprezentuję.

Pokazuję jej plakietkę z nazwą tygodnika. Okazuje się, że miejsce dla prasy znajduje się na samym przedzie, tuż przed panelem, który zajmą prowadzący spotkanie.

– Och, rozumiem, ale czy mogłabym dziś wyjątkowo zostać z tyłu? Mój strój… – Urywam, mając nadzieję, że urzędniczka, która założyła elegancki, modny kostium zrozumie.

– Dobrze. Ale następnym razem zapraszam do przodu. Zawsze przygotowujemy dla prasy gotowe materiały informacyjne.

– Gotowe materiały informacyjne?

– Informację prasową przygotowaną przeze mnie – tłumaczy, wyraźnie niezadowolona z mojego braku wiedzy. – Zazwyczaj wysyłamy to do mediów, które przedrukowują tekst w całości.

Jezu, nie wierzę.

– Oczywiście. – Mam nadzieję, że nie słyszy mojego sarkazmu. Po co komu dziennikarz, skoro można pójść na łatwiznę i zamieścić gotowca? Mam ochotę uderzyć głową o ścianę i gorzko zapłakać.

Kobieta szybko znika. Sala jest zapełniona tylko w połowie, ale większość ludzi pojawiła się dużo wcześniej, więc widzę jedynie ich plecy. Sprawdzam dyktafon i czekam na rozpoczęcie. Monika biega z przodu, rozdając broszurki informacyjne. Jestem pełna podziwu dla prędkości, jaką osiąga w tych wysokich szpilkach. Oprócz cichych rozmów słychać jedynie szum niewielkiego wiatraka ustawionego na drugim końcu pomieszczenia. Wreszcie rozmowy cichną, a miejsce przy panelu zajmuje dwóch mężczyzn. Rozpoznaję starostę i burmistrza. Monika przedstawia plan całego spotkania i wymienia nazwiska wszystkich osób, które zabiorą głos w sprawie centrum spotkań. Notuję hasłami, mając nadzieję, że mój dyktafon dobrze zbiera dźwięk. Okazuje się, że budynek ma powstać na działce należącej do miasta, ale inwestycja finansowana będzie także z funduszy powiatu. Połowę kosztów pokryje dotacja unijna. Centrum ma pełnić rolę miejsca, gdzie odbywać się będą konferencje, wykłady, niewielkie koncerty, warsztaty. Ma być platformą, na której będą spotykać się różne światy – biznesu, nauki, sztuki.

Głos zabierają kolejno zaproszeni goście. Odkładam dyktafon, uważając, by przypadkiem go nie wyłączyć. Chcę zrobić trochę zdjęć. Staram się nie hałasować, więc pstrykam kilka ujęć ogólnych i parę zbliżeń. Sprawdzam zdjęcia. Są dobre mimo kiepskiego światła. Siadam z powrotem i notuję. Spotkanie trwa już prawie godzinę, a mój notatnik zapełnia się różnymi hasłami wychwyconymi z dyskusji.

Po zakończeniu planuję pogadać z burmistrzem i z przedstawicielem firmy budowlanej, która podejmie się realizacji projektu. Później zamierzam też zajrzeć na ulice miasta i przeprowadzić krótką sondę wśród mieszkańców. Podczas spotkania wszyscy wypowiadają się z wielkim entuzjazmem. Chcę się przekonać, czy mieszkańcy podzielają to zdanie.

Lubię pracę z drugim człowiekiem. Bezpośrednią rozmowę. Obserwowanie reakcji twarzą w twarz. Zanim jednak to zrobię, Monika zapowiada ostatnią osobę mającą zabrać głos. Podnoszę wzrok, poganiając w duchu mężczyznę. Chciałabym jak najszybciej zabrać się do przeprowadzania wywiadów. Widzę jedynie tył głowy tego faceta. Nie spieszy się, powoli przesuwając pomiędzy zajętymi miejscami. Wydaje się młodszy od przedmówców, ale z tej odległości mogę się mylić. Brunet w końcu dociera do Moniki i przejmuje od niej bezprzewodowy mikrofon. Moje serce na kilka sekund gubi rytm, po czym przyspiesza i pędzi. Słowa, które docierają do uszu, się rozmywają.

To On. Architekt, który zaprojektował centrum, to Zielonooki Przystojniak z siłowni. Staram się skupić na tym, co mówi, ale jedyne, co do mnie dociera, to brzmienie jego głosu. Ma ciepłą, piaskową barwę. Przez pierwszych kilka chwil jego mowa brzmi jak szept, ale wraz z mijającym czasem rozwija się do mocnych, szybkich tonów. To głos silnego, pewnego siebie mężczyzny, który nie musi krzyczeć, by przyciągać uwagę. Mówiąc, delikatnie urywa końcówki. Jakby to, co ma przekazać sekundę później, było dużo ważniejsze, więc nie martwi się idealnym kończeniem poprzednich zdań. Uderzam się lekko w uda, by skoncentrować się na jego słowach.

– To oczywiście jedynie wstępna wersja projektu. Centrum musi być funkcjonalne, ale powinno też wpasowywać się w przestrzeń, w jakiej powstanie. – Odwraca się tyłem do publiczności i mówi coś do Moniki.

W międzyczasie zerkam na otwarty przede mną notatnik i odnajduję to, czego szukam. „Mikołaj Strzelecki”. Powtarzam w myślach jego imię. Brzmi jak moja własna mantra.

– Zależało mi, by budynek był maksymalnie otwarty, by zachęcał do wejścia. To nie powinno być kolejne onieśmielające miejsce.

Mikołaj szepcze cicho z Moniką, która kręci się przy rzutniku. Wygląda na zniecierpliwionego. Ubrany w ciemnozieloną koszulę i eleganckie grafitowe spodnie wydaje się górować nad malutką blondynką, która uśmiecha się do niego przepraszająco. Jego mięśnie napinają materiał koszuli, kiedy opiera się o biurko i stara znaleźć rozwiązanie problemu technicznego, który uniemożliwia uruchomienie rzutnika. W końcu na ścianie pojawia się projekt centrum wraz z wizualizacją. Przyglądam się przez chwilę. To zadziwiająca budowla z kamienia i szkła, piękna w swojej prostocie. Robię szybkie zdjęcie projektu i skupiam całą uwagę na mężczyźnie, który opowiada o układzie sal, o materiałach, z których powstanie budynek, i innych rzeczach, jakie staram się notować, ale wciąż śledzę ruchy Mikołaja. Stoi zwrócony do publiczności bokiem, podczas mówienia gestykuluje delikatnie, ale chyba nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Jego długie palce poruszają się szybko w powietrzu, kreśląc linie projektu. Postawa mężczyzny emanuje pewnością siebie i energią, która mnie do niego przyciąga. Myślałam, że nic nie pobije widoku tych mięśni. Ale teraz? Kiedy jedynym odkrytym skrawkiem ciała są dłonie? Wiem, że w tym facecie seksowna jest każda część ciała. Nawet ta nieoczywista.

– Sercem budynku jest sala widowiskowa. Jej projekt konsultowałem z kilkoma zaprzyjaźnionymi akustykami. Widoczne na slajdzie kształt, wykończenie jak i wymiary są efektem tych dyskusji. – Włącza kolejny slajd, prezentując wizualizację auli. – Koncerty czy spektakle będzie mogła oglądać czterystuosobowa publiczność.

Przez chwilę zapada cisza, więc podnoszę wzrok, by sprawdzić, dlaczego przerwał. Nasze spojrzenia się krzyżują.

Zauważył mnie.

Wiercę się pod jego intensywnym wzrokiem. Jesteśmy w pomieszczeniu pełnym ludzi, ale jemu nie przeszkadza publiczność. Patrzy na mnie wystarczająco długo, by stało się to krępujące. W końcu jednak odwraca spojrzenie, a na twarzy pojawia się znany mi grymas niezadowolenia. Korzystam z okazji, że jest zajęty dyskusją, i nie ruszając się z miejsca, robię mu zdjęcie. Włączam podgląd w aparacie i przybliżam fotkę.

Ma twarz zwróconą w stronę rozmówcy i lekko rozchylone usta. Intensywnie zielone oczy są szeroko otwarte. Blizna na policzku jest mniej widoczna niż wczoraj. Pozostawił zarost, który częściowo ukrywa szramę. Zastanawiam się, czy to celowy zabieg, czy po prostu lubi się nosić na drwala.

Odkładam aparat, by obserwować Mikołaja. Celowo omija mnie wzrokiem, chociaż osoba, na której pytania teraz odpowiada, siedzi dwa krzesła przede mną. Mam ochotę stanąć tuż przed nim, by przestał mnie ignorować. Jednak to pragnienie jest dziecinne i szybko mija. Mogłabym przecież podnieść rękę i zadać mu pytanie, ale myśl, że potraktuje mnie tak jak na siłowni, skutecznie studzi mój zawodowy profesjonalizm. Poza tym potrafię rozpoznać kogoś, kto nosi w sobie ból i mrok. A Mikołaj ma w sobie tego całe mnóstwo. Zauważyłam to już wczoraj. Mogłam to dostrzec podczas krótkiej chwili, kiedy siedząc na suwnicy, czułam jego wsparcie. Widziałam to też dziś. Na jego twarzy ani razu nie pojawił się uśmiech. A doświadczenie z Warszawy nauczyło mnie, że powinnam unikać ludzi, których życie nie oszczędzało.

Dla ich własnego dobra.

Zaciskam oczy, starając się zatrzymać łzy, które pojawiły się pod wpływem wspomnień. Nienawidzę tego, że przez własną głupotę stałam się zagubiona i niepewna. W mojej głowie znajduje się za dużo złych emocji. To coś, czego nigdy w sobie nie miałam. Coś, co nie pasowało do mojej natury.

Szybko wracam do siebie i skupiam się na zakończeniu spotkania. Mikołaj dziękuje za dyskusję i wraca na swoje miejsce. Odprowadzam go wzrokiem, choć wiem, że on na mnie nie spojrzy.

Przeglądam notatki i szykuję się na moment, kiedy będę mogła porozmawiać z paroma osobami. Potrzebuję zaledwie kilku zdań, które zamierzam wykorzystać do tekstu. Monika dziękuje za przybycie i zaprasza na poczęstunek. Wstaję i przeciskam się na przód. Mijam Mikołaja, a nasze łokcie zderzają się lekko. Ja idę do przodu, a on wychodzi z sali. Biorę się do pracy.





Komentarze

Popularne posty