[PATRONAT] Rozdział trzeci "Jego obietnica" Anna Ciołko
Rozdział trzeci
Pierwszego
dnia nowej pracy budzi mnie własny krzyk. Od dłuższego czasu przesypiałam noce
bez snów, ale tym razem przeżywam stały koszmar na nowo. Rozkopuję kołdrę wokół
siebie. Jest duszno i gorąco. Dłuższą chwilę zajmuje mi zrozumienie, że już nie
śnię. Ciało jest napięte i gotowe do ucieczki, a przerażenie wciąż zaciska
swoje szpony na piersi.
Dopiero
po kilku minutach strach opuszcza moje ciało. Nie ruszam się z miejsca,
pozwalając, by ciemność rozproszyła się powoli i do końca. Dopiero wtedy, gdy
resztki snu opuszczają moją świadomość, wstaję z łóżka. Patrzę na drzwi pokoju
i odliczam sekundy, aż usłyszę pukanie.
–
To tylko zły sen – mamroczę przepraszająco, kiedy do pokoju wchodzi tato.
Wiem,
że zastanawia się, czy pytać o koszmar, czy zostawić mnie w spokoju. Przez
ostatni miesiąc scenariusz powtórzył się już kilkukrotnie. Budziłam się z
krzykiem, a chwilę później w drzwiach pojawiał się tato. Za każdym razem chciał
się upewnić, że to tylko sen, nic więcej. Jego troska była krępująca i kojąca
jednocześnie.
Ojciec
nigdy nie był typem gaduły. Potrafił za to sprawić, że człowiek, z którym
rozmawiał, czuł się zauważony. Poświęcał całą uwagę drugiej osobie, w taki
sposób traktował również mnie. Już jako dziecko zadawałam mnóstwo pytań, a on
nie lekceważył żadnego z nich.
Dociera
do mnie, że choć nie chcę zwierzać się ze snów czy zmartwień, to cieszę się, że
jestem jego córką. Przez ponad cztery lata, kiedy mieszkałam oddzielnie, udało
mi się usamodzielnić i stworzyć własną przestrzeń. Jednak gdy w ciągu jednego
dnia zniszczono wszystko, co sobie wypracowałam, przestałam czuć, że gdzieś
należę. Pierwsza część dorosłego życia okazała się mydlaną bańką, która szybko
pękła. Mój świat nie pasował do tego, w który mnie wrzucono. Otwartość, z jaką
przyjechałam do stolicy, okazała się tak naprawdę naiwnością.
Jesteś taka łatwowierna. Głupia.
Naiwna. Jego słowa brzęczą w mojej głowie jak
trzmiel. Odganiam je, ale wciąż powracają. Potrzebuję kogoś, kto przypomni mi,
że to, kim jestem, nie jest złe. Potrzebuję kogoś, kto da mi przestrzeń i
wsparcie, kiedy będę zaczynać od nowa.
Tato
przygląda się mojej twarzy, szukając odpowiedzi na przemilczane pytania. W
końcu odpuszcza.
–
Chcesz coś na śniadanie? Jajecznica? Omlet?
–
Nie powinieneś dziś trochę pospać? – pytam, pamiętając, że dziś będzie pracował
na drugą zmianę.
Wzrusza
ramionami
–
Już nie jestem śpiący, a poza tym pomyślałem, że przed pracą zdążę skosić
trawnik. To co, omlet?
–
Daj mi czas na szybki prysznic. Zaraz będę na dole.
Zamyka
drzwi i słyszę, że schodzi po schodach. Budzik powinien zadzwonić dopiero za
pół godziny, ale wiem, że i tak nie mogłabym już zasnąć.
Wpadam
pod prysznic, by zmyć z siebie resztki nocy. Staram się zrobić wszystko w
ekspresowym tempie. Samo suszenie długich, brązowych włosów zawsze zajmuje
dobry kwadrans. Kiedy wychodzę z łazienki, czuję zapach karmelizowanych jabłek.
Rezygnuję z ubierania się przed śniadaniem. Omlet taty mnie wzywa.
–
Pachnie smakowicie – przyznaję, gdy schodzę do kuchni.
Mężczyzna,
który powołał mnie na świat, uśmiecha się, a następnie podsuwa ogromny talerz.
Siadamy naprzeciwko i jemy w ciszy, delektując się tym prostym, ale pysznym
daniem. W powietrzu unosi się zapach cynamonu i kawy, która parzy się w
ekspresie.
–
Pierwszy dzień w nowej pracy, hmm?
Patrzę,
jak nabija na widelec kolejny kawałek omleta i karmelizowanego jabłka.
–
Redaktor naczelna wydaje się całkiem okej – mówię, nie przerywając jedzenia.
–
To dobrze. Przyzwoity szef to ważna sprawa.
Krztuszę
się, słysząc te słowa, ale udaję, że to przez jabłko. Nawet nie wiesz, jak ważna. Tato podsuwa sok pomarańczowy. Popijam,
zyskując trochę czasu na doprowadzenie myśli do porządku.
–
Zobaczymy, jak będzie. No wiesz, to początki… Będę musiała wyrobić jakiś rytm
pracy.
Tato
kiwa głową. Przyglądam się jego jasnym włosom, które zaczynają przybierać siwą
barwę, a potem patrzę w błękitne oczy. Są takie jak moje. Przypominają topaz,
choć kiedy jesteśmy wkurzeni, stają się niemal fioletowe. Właściwie, poza
kolorem oczu, nie jesteśmy do siebie podobni. To po mamie odziedziczyłam ciemną
barwę włosów, śmiech i figurę. Ojciec to wysoki człowiek z uroczym brzuszkiem,
który pojawił się z wiekiem. Mama jest niska i drobna. Jak twierdzą rodzice,
pod względem charakteru jestem mieszanką. Zazwyczaj jestem spokojna i cicha jak
tato, ale gdy walczę o coś, na czym mi zależy, albo gdy coś mnie wkurzy,
potrafię pokazać pazury i być nieprzewidywalna jak mama.
Uśmiecham
się do swoich myśli. Dochodzi dopiero siódma rano, ale wyglądając przez okno,
łatwo stwierdzić, że będzie to kolejny upalny dzień.
–
Spotkałam wczoraj Gaję – przerywam ciszę. – Podobno ostatnio gorzej się czułeś.
Czekam
na reakcję ojca. Przez dłuższą chwilę udaje, że jest zajęty jedzeniem, ale
potrafię dostrzec, że moje słowa nieco go zdenerwowały.
–
Ta kobieta ma za długi język.
–
Więc to prawda? Masz problemy z sercem?
–
Bez przesady, aż tak bym tego nie określił. Kilka skoków ciśnienia nie oznacza,
że z moim sercem jest coś nie tak – obrusza się, choć przecież wcale go nie
atakuję.
Jego
reakcja pokazuje mi, że tak naprawdę martwi się tym ciśnieniem. Zamiatanie obaw
pod dywan to nasza rodzinna specjalność. Nie okazujemy strachu, dopóki nas nie dopadnie
na całego.
–
Gaja twierdzi, że powinieneś pójść do szpitala na badania – dodaję, jakbym nie
słyszała jego wcześniejszych tłumaczeń.
–
Gaja nie ma pojęcia, o czym mówi.
–
Przecież możesz zgłosić się na jeden dzień. Zrobiliby wszystkie badania i wysłali
do domu.
–
Pewnie, że mogę, ale nie chcę! A teraz dokończ śniadanie i zbieraj się do
pracy, jeśli nie chcesz się spóźnić.
–
Auć. Poczułam się właśnie jak mała dziewczynka, którą zawsze musiałeś siłą
wyganiać do szkoły. – Rozładowuję napięcie żartem i ściskam swojego upartego
ojca, po czym biegnę na górę.
Mam
pół godziny, żeby się ubrać i pomalować. Zakładam białe spodenki i błękitną cienką
koszulę z długimi rękawami, które podwijam.
Jeśli w redakcji nie działa klimatyzacja, to nie ma sensu męczyć się w bardziej
formalnym stroju. Może nikt nie wyrzuci mnie stamtąd za pokazanie kawałka nóg.
Włosy związuję w luźny koczek. Szybko robię dzienny makijaż, stawiając na
naturalność. Jedynym szaleństwem, na jakie sobie pozwalam, są pomarańczowe
usta. Mam bzika na punkcie szminek i właściwie codziennie maluję się innym
kolorem. Pięć minut i gotowe.
Przyglądam
się swojemu odbiciu. Po odejściu z wcześniejszej pracy spędzałam całe dnie w
dresach, nie wychylając się z mieszkania. Teraz jednak nie mogłam pozwolić
sobie na to, by straszyć ludzi. Nie jestem fanką szpachlowania twarzy, ale lubię
zabawę makijażem. Mimo że w środku czułam się odrobinę zagubiona, wygląd musiał
maskować moje demony. Może w końcu sama uwierzę, że jestem tak silna i pewna
siebie, na jaką wyglądam.
Do
granatowej torby wrzucam notatnik, którego używałam od początków pracy.
Zakładam balerinki, przygotowana na długi dzień na nogach, i wychodzę z domu.
Przed odjazdem żegnam się z ojcem, który kręci się przy kosiarce.
–
Nie ma jeszcze ósmej. Nie za wcześnie na koszenie?
–
Mama się wścieknie, że ją zbudzę, ale co tam. – Szczerzy zęby w uśmiechu i
macha na pożegnanie.
Wyjeżdżam
na ulicę, słuchając ulubionej muzyki. Z głośników sączą się łagodne dźwięki LP
– Other People, a ja staram się po prostu cieszyć kolejnym dniem.
Spoglądam
na piórko zawieszone pod lusterkiem i dotykam go palcami. Od dołu jest
ciemnoszafirowe. Wyżej przechodzi w morski błękit. Jest już nieco zakurzone i
wyblakłe, ale nie potrafię się z nim rozstać. To mój osobisty talizman. Pamiątka
z dzieciństwa i wspomnienie niedzielnych spacerów po parku. Przynosiło mi
szczęście od dnia, w którym je znalazłam. Miałam cholerną nadzieję, że dziś
znów tak będzie.
Szybko
zajeżdżam przed redakcję. Ponownie przed budynkiem nie stoi zbyt wiele samochodów.
Parkuję w cieniu. Wczesnym rankiem jest jeszcze chłodno, ale na błękitnym
niebie nie dostrzegam nawet jednej chmurki. Po cichu liczę, że naprawiono
klimatyzację.
Uff.
W
środku wita mnie przyjemny chłód. Zdenerwowanie zaczyna domagać się uwagi, ale
spycham je na tył głowy. Zza redakcyjnych drzwi dochodzą odgłosy sprzeczki.
Wsuwam się do środka.
–
Dzień dobry – witam się z szefową.
–
Cześć, cześć.
Marta
siedzi za małym biurkiem razem z jakimś mężczyzną. Facet ma rude, prawie
pomarańczowe włosy i ubrany jest w odcienie brązu, przez co przypomina mi
płonącą gałąź. Jego długie nogi wystają zza biurka naczelnej.
–
Dzień dobry. – Nieznajomy podchodzi do mnie i wymieniamy uściski dłoni. – Nowa
w zespole?
Kiwam
głową. Mężczyzna wydaje się dużo starszy albo przynajmniej robi wrażenie o
wiele starszego, zachowując się dość powściągliwie.
–
Saro, to nasz grafik, Wiktor. Właśnie bierzemy się za ostatnie poprawki przy
składaniu gazety. Zaraz się tobą zajmę i wszystko pokażę, tylko daj nam minutę
– mówi Marta, wskazując mi ręką krzesło pod oknem.
Zajmuję
miejsce i spokojnie rozglądam się po biurze. Wczoraj tak bardzo skupiłam się na
rozmowie, że rzuciłam jedynie okiem na miejsce pracy. Teraz mam czas, by
zauważyć szczegóły. Cały pokój był niewielkim pomieszczeniem, w którym
ustawiono dwa biurka. Pod ścianami piętrzyły się stosy gazet i pudła z jakimś
sprzętem oraz stała szafa z segregatorami. Wszystko to przypominało bardziej
rekwizyty niż praktyczne narzędzia pracy. Na ścianach zawisły mapa całego
województwa i niewielka reprodukcja Van Gogha. Na parapecie zauważyłam malutką
wieżę, a obok niej porozrzucanych kilkanaście płyt z muzyką. Zbyt daleko, bym
ze swojego miejsca mogła dostrzec nazwy wykonawców. Postanawiam to sprawdzić
przy następnej okazji. Teraz nie chcę kręcić się po biurze i przeszkadzać.
Zwłaszcza że nowa szefowa kłóci się coraz głośniej z grafikiem, który ciągle donośnie
wzdycha i powtarza słowa: „Ale tak się nie da”. Obserwowanie tej dwójki podczas
pracy jest zabawne. Marta, która założyła zieloną sukienkę w groszki i
zaczesała jasne włosy w stylu pin-up, wygląda jak słodka dziewczyna. Tymczasem
jej głos dudni w całym pomieszczeniu, kiedy stara się przekonać Wiktora, że jej
pomysł musi zostać zrealizowany.
–
W moim słowniku nie ma wyrażenia: „Nie da się”. – Marta wbija palec w pierś
biednego mężczyzny, który teraz zrobił się czerwony ze złości.
Czekam,
aż grafik wybuchnie i każe spadać szefowej na drzewo, ale ku swojemu zdumieniu
widzę, jak szybko się uspokaja i po prostu szuka rozwiązania problemu.
–
Ha! Czyli jednak się da!
Niemal
parskam śmiechem, kiedy Marta wyrzuca dłoń do góry w triumfalnym geście, a
Wiktor niechętnie przyznaje jej rację. Ich praca trwa jeszcze kilka minut, ale
już w spokojniejszej atmosferze. Sprawdzam godzinę w komórce. Ósma trzydzieści.
A ja jeszcze nic nie zrobiłam. Powinnam pracować od trzydziestu minut,
tymczasem nikt nade mną nie stoi i mnie nie pogania. To przyjemne, ale jednocześnie
nieznane mi uczucie. Po minucie słyszę szuranie, które wyrywa mnie z zamyślenia.
Marta jest już wolna. Wiktor żegna się i zostawia nas same.
–
Przepraszam, że musiałaś czekać, ale musieliśmy to skończyć do dziewiątej
trzydzieści. Później wysyłamy całość do drukarni.
–
Nie szkodzi. Obserwowanie waszej dwójki było ciekawym doświadczeniem. – Uśmiecham
się, licząc, że nie uzna tego komentarza za niestosowny.
–
Oj tak, założę się, że tak było. – Chichocze. Ma szczery, przyjemny śmiech,
który w drugim człowieku rezonuje przez długą chwilę. – Wiktor to facet z
charakterem. Trochę leniwy. Ale ma talent, który staram się wykorzystać dla
dobra gazety. A to, że czasem muszę na niego pokrzyczeć… – Urywa.
–
Długo ze sobą pracujecie?
–
Ponad rok. Poznaliśmy się już dość dobrze, więc wiem, na ile marudzenia mogę
sobie z Wiktorem pozwolić. Na szczęście widzę, że poranny pokaz cię nie odstraszył
i nadal tu jesteś.
–
Jestem – potwierdzam i czuję, że to prawda. Jestem tu i teraz. Gotowa do pracy.
I do rozpoczęcia nowego rozdziału w życiu.
–
To działajmy.
Przez
kolejne kilka minut biegam za Martą po budynku w poszukiwaniu mojego laptopa
służbowego, sprzętu do nagrywania i aparatu fotograficznego. Gazeta korzysta głównie
z własnych zdjęć, ale nie ma fotografa, więc zadaniem dziennikarzy jest
dołączenie do każdego materiału kilku obrazków. Jak się okazuje, biuro gazety
to nie tylko maleńki pokoik redaktor naczelnej, ale także dwa przyległe
pomieszczenia, w których znajduje się jeszcze większa liczba gazet, biurek,
szaf, krzeseł obrotowych oraz kilka drukarek.
–
Jeśli chcesz, możesz zająć któryś z pokoi. W tym większym siedzi nasz
handlowiec, który pojawia się tu trzy razy w tygodniu. Dziś ma akurat wolne,
więc poznacie się jutro. Reszta zespołu wpada rzadko. Ale jeśli chcesz, możesz
siedzieć w pokoju ze mną. Biurko pod oknem nie ma właściciela, bo reszta
zazwyczaj wybiera wolne pokoje. Pewnie nie mogą ze mną wytrzymać.
Marta
czeka na mój wybór.
–
Zostanę, jeśli nie masz nic przeciwko. Chcę przekonać się, czy naprawdę jesteś
tak przerażająca – droczę się.
W
ciągu następnych minut przekonuję się, że Marta jest naprawdę równą babką.
Rozsiadam
się wygodnie za biurkiem. Zakładam służbowy e-mail i przez kolejne dziesięć
minut uczę się obsługi nieznanego mi wcześniej sprzętu do nagrywania i robienia
zdjęć. Omawiam też z Martą pomysły na tematy do kolejnego wydania. Tak jak się
spodziewałam, dużą część mojej pracy będą stanowić relacje z wydarzeń. Cieszę
się, bo po wcześniejszych doświadczeniach lekkie tematy są tym, czego potrzebuję.
Wiem, że może są mniej wymagające od tego, nad czym pracowałam, ale
przynajmniej są bezpieczniejsze.
Skupiam
się na przeglądaniu lokalnych stron internetowych w poszukiwaniu najbliższych
wydarzeń. Sesja Rady Miasta, otwarcie wystawy, koncert charytatywny – powoli
uświadamiam sobie, czym będę zapełniać dni. Cieszę się, że będę mogła skupić
się na śledzeniu miejskiego życia społeczno-kulturalnego. Zapisuję wszystko w
notatniku, a następnie wysyłam propozycje szefowej e-mailem.
Jest
zajęta swoimi zadaniami, więc do tej pory pracowałyśmy w przyjemnej ciszy.
Słyszę piknięcie jej laptopa, więc wiem, że dostała moją wiadomość. Po
przeczytaniu przedstawia mi swoje zdanie, zwracając uwagę na to, czego oczekuje
od każdej relacji. Punktuję jej uwagi, dopisując też własne, które pojawiają
się podczas dyskusji. Podoba mi się to, w jaki sposób wzajemnie się
uzupełniamy. Ponieważ dawno nie było mnie w mieście, to Marta pełni rolę mojego
przewodnika po lokalnych powiązaniach. Dzięki niej udaje mi się dostrzec
aspekty wydarzeń, które są znajome jedynie komuś, kto tu mieszka i śledzi życie
miasta. Ja dodaję jedynie własne warsztat i umiejętności.
–
E-mailem wysłałam ci zaproszenie na dzisiejsze spotkanie w starostwie. To może
być coś wartego uwagi. – Redaktor naczelna odstawia pracę na bok i skupia się
na mnie. – Poza tym jest jeszcze jedna rzecz, o której chciałabym pogadać
pierwszego dnia twojej pracy.
Czekam
na to, co powie. Przez moment boję się, że dowiedziała się o prawdziwym
powodzie, dla którego wyleciałam z poprzedniej pracy. Moje ręce lekko drżą,
dlatego wsuwam je pod uda, by ukryć wyraźny objaw zdenerwowania. W głowie
staram się odnaleźć właściwe słowa, by umiała spojrzeć na tamte wydarzenia z
mojej perspektywy, ale zanim panika złapie mnie za gardło, Marta zaczyna mówić.
–
Sprzedaż tygodnika spada z miesiąca na miesiąc. To nie jest żadna tajemnica.
Oddycham
z ulgą. Kiwam głową, pozwalając, by kobieta kontynuowała.
–
Nie chcę zwalać winy na internet i mówić, że dziennikarstwo online wypiera prasę.
To wszystko prawda, ale nie jest tak źle, jak wszyscy psioczą. Przynajmniej u
nas, w mediach lokalnych.
Myślę
o jej słowach i wiem, że ma rację. Moi dziadkowie od lat kupują te same gazety,
a tato woli wydanie papierowe ulubionego tygodnika, chociaż wykupiłam mu na rok
wydanie elektroniczne. Wśród młodszego pokolenia to już inna sprawa, ale w
małych społecznościach czytanie lokalnej prasy jest tradycją i często jedną z
lepszych form zdobywania wiedzy o tym, co dzieje się za płotem sąsiada. Koniec
prasy nie nastąpi tu jeszcze przez wiele lat, jeśli w ogóle.
–
Oczywiście, pojawiło się kilka portali internetowych, które odebrały nam
młodszych czytelników, ale wciąż mamy dla kogo pisać. Problem polega na tym, że
przez długi czas za bardzo zanudzaliśmy czytelnika nic niewnoszącymi
sprawozdaniami. – Marta przerywa, dając mi możliwość przetrawienia jej słów. –
Spodobało mi się to, co powiedziałaś na rozmowie kwalifikacyjnej. Dziennikarz
ma odkrywać prawdę dla czytelnika, a nie tylko zarzucać go górą informacji, które
nic nie wnoszą. Chcę skupić się na ludziach. Pisać dla nich i o nich. Ale nie
chcę taniej sensacji. – Znów milknie i wpatruje się we mnie przez dłuższą chwilę.
– Cholera, brzmię jak wariatka, co? Ale wiem, że mnie rozumiesz. Dlatego mam
nadzieję, że pomożesz mi zmienić tygodnik w taką gazetę, na jakiej każdy
kolejny numer ludzie będą czekać z niecierpliwością.
–
Rany, naprawdę czuję, jakbyś włożyła mi na plecy stukilowy worek wypełniony
oczekiwaniami i nadzieją. – Krzywię się, udając, że ciężar przygniata mnie do
biurka.
–
Niezły z ciebie śmieszek, Sara. To dobrze. W tej pracy poczucie humoru czasem
ratuje nam tyłek, zresztą pewnie dobrze o tym wiesz. Wyobrażam sobie, że presja
towarzyszyła ci często w Warszawie.
–
Tak było – potwierdzam i szybko zmieniam temat, bo nie chcę, by Marta wciągnęła
mnie w prywatną rozmowę. – Spotkanie w starostwie jest za czterdzieści minut.
Zaraz będę się zbierać. Zjem tylko kanapkę, bo umieram z głodu.
–
Pewnie, rób przerwy, kiedy chcesz.
Szefowa
wraca do stukania w klawiaturę, a ja wgryzam się w kanapkę z tuńczykiem i
awokado.
W
trakcie jedzenia sprawdzam jeszcze raz temat konsultacji, na które jadę.
Dotyczą budowy centrum spotkań. Nie mam pojęcia, co miałoby się tam odbywać.
Notatka na stronie starostwa jest uboga w szczegóły, dlatego lista spraw, o
które będę musiała zapytać, jest długa.
Dokańczam
posiłek i wychodzę z redakcji. Mam jeszcze dwadzieścia minut, ale wolę być
wcześniej. Im bliżej do celu, tym większą odczuwam adrenalinę. Minęło już
trochę czasu, od kiedy ostatni raz wykonywałam swój zawód. Wiedziałam jednak,
że konfrontacja z własnym strachem jest koniecznością. Jeśli będę w stanie
robić to, co kocham, udowodnię sobie, że kilka miesięcy temu nie popełniłam
błędu.
Łapie
mnie lekki stres, bo chociaż to moje rodzinne miasto, nie wiem, czego
spodziewać się po lokalnej władzy. Jestem dość młoda,
więc dotychczas ludzie traktowali mnie pobłażliwie. Przynajmniej ci zajmujący
wysokie stanowiska. Radziłam
sobie z tym całkiem dobrze, starając się szybko pokazać, że wiek nie umniejsza moim
umiejętnościom. Oczywiście w stolicy młodość wygrywała, ale tu, w niewielkim
mieście? Niekoniecznie.
Dojeżdżam
do budynku kilka minut przed rozpoczęciem spotkania. Sprawdzam torbę, w której
udało mi się schować sprzęt do nagrywania i aparat. Wszystko jest na swoim
miejscu, więc pędzę w poszukiwaniu odpowiedniego pokoju. Kiedy udaje mi się
odnaleźć właściwe drzwi, wpadam do środka. Gapię się przez
dłuższą chwilę na mężczyzn w garniturach i szykownie ubrane kobiety, wśród których niestety żadna nie ma
krótkich spodenek. Cholera. Dam radę. Jestem dziennikarzem, a oni słyną z
ekscentrycznego ubioru. Choć słowo „nieodpowiedni” pasowałoby lepiej.
Przynajmniej moja koszula sprawia wrażenie eleganckiej. Trudno. Za późno na
zmianę planów. Zresztą i tak większość ludzi zauważyła już moje wejście, więc
ucieczka niewiele by dała. Rozglądam się za miejscem, gdzie mogłabym usiąść. Zajmuję
krzesło na samym końcu sali. Wyciągam sprzęt i ustawiam na stoliku obok.
–
Pani z gazety?
Najpierw
zauważam wysokie szpilki, a gdy unoszę wzrok, trafiam na spojrzenie blondynki w
czerwonym komplecie. Przypomina mi Reese Witherspoon z czasów Legalnej blondynki.
Podnoszę się. Mimo szpilek jest ode mnie dużo niższa. Włączam tryb
profesjonalistki i przedstawiam się.
–
Sara Mróz.
–
Monika Kochańska, referent do spraw promocji. – Jej prezentacja jest tak
szybka, że nawet nie mam szans na dodanie, jaką gazetę reprezentuję.
Pokazuję
jej plakietkę z nazwą tygodnika. Okazuje się, że miejsce dla prasy znajduje się
na samym przedzie, tuż przed panelem, który zajmą prowadzący spotkanie.
–
Och, rozumiem, ale czy mogłabym dziś wyjątkowo zostać z tyłu? Mój strój… – Urywam,
mając nadzieję, że urzędniczka, która założyła elegancki, modny kostium
zrozumie.
–
Dobrze. Ale następnym razem zapraszam do przodu. Zawsze przygotowujemy dla
prasy gotowe materiały informacyjne.
–
Gotowe materiały informacyjne?
–
Informację prasową przygotowaną przeze mnie – tłumaczy, wyraźnie niezadowolona
z mojego braku wiedzy. – Zazwyczaj wysyłamy to do mediów, które przedrukowują
tekst w całości.
Jezu, nie wierzę.
–
Oczywiście. – Mam nadzieję, że nie słyszy mojego sarkazmu. Po co komu
dziennikarz, skoro można pójść na łatwiznę i zamieścić gotowca? Mam ochotę
uderzyć głową o ścianę i gorzko zapłakać.
Kobieta
szybko znika. Sala jest zapełniona tylko w połowie, ale większość ludzi
pojawiła się dużo wcześniej, więc widzę jedynie ich plecy. Sprawdzam dyktafon i
czekam na rozpoczęcie. Monika biega z przodu, rozdając broszurki informacyjne.
Jestem pełna podziwu dla prędkości, jaką osiąga w tych wysokich szpilkach.
Oprócz cichych rozmów słychać jedynie szum niewielkiego wiatraka ustawionego na
drugim końcu pomieszczenia. Wreszcie rozmowy cichną, a miejsce przy panelu
zajmuje dwóch mężczyzn. Rozpoznaję starostę i burmistrza. Monika przedstawia
plan całego spotkania i wymienia nazwiska wszystkich osób, które zabiorą głos w
sprawie centrum spotkań. Notuję hasłami, mając nadzieję, że mój dyktafon dobrze
zbiera dźwięk. Okazuje się, że budynek ma powstać na działce należącej do miasta,
ale inwestycja finansowana będzie także z funduszy powiatu. Połowę kosztów
pokryje dotacja unijna. Centrum ma pełnić rolę miejsca, gdzie odbywać się będą
konferencje, wykłady, niewielkie koncerty, warsztaty. Ma być platformą, na
której będą spotykać się różne światy – biznesu, nauki, sztuki.
Głos
zabierają kolejno zaproszeni goście. Odkładam dyktafon, uważając, by
przypadkiem go nie wyłączyć. Chcę zrobić trochę zdjęć. Staram się nie
hałasować, więc pstrykam kilka ujęć ogólnych i parę zbliżeń. Sprawdzam zdjęcia.
Są dobre mimo kiepskiego światła. Siadam z powrotem i notuję. Spotkanie trwa
już prawie godzinę, a mój notatnik zapełnia się różnymi hasłami wychwyconymi z
dyskusji.
Po
zakończeniu planuję pogadać z burmistrzem i z przedstawicielem firmy
budowlanej, która podejmie się realizacji projektu. Później zamierzam też
zajrzeć na ulice miasta i przeprowadzić krótką sondę wśród mieszkańców. Podczas
spotkania wszyscy wypowiadają się z wielkim entuzjazmem. Chcę się przekonać,
czy mieszkańcy podzielają to zdanie.
Lubię
pracę z drugim człowiekiem. Bezpośrednią rozmowę. Obserwowanie reakcji twarzą w
twarz. Zanim jednak to zrobię, Monika zapowiada ostatnią osobę mającą zabrać
głos. Podnoszę wzrok, poganiając w duchu mężczyznę. Chciałabym jak najszybciej
zabrać się do przeprowadzania wywiadów. Widzę jedynie tył głowy tego faceta.
Nie spieszy się, powoli przesuwając pomiędzy zajętymi miejscami. Wydaje się
młodszy od przedmówców, ale z tej odległości mogę się mylić. Brunet w końcu
dociera do Moniki i przejmuje od niej bezprzewodowy mikrofon. Moje serce na
kilka sekund gubi rytm, po czym przyspiesza i pędzi. Słowa, które docierają do
uszu, się rozmywają.
To
On. Architekt, który zaprojektował centrum, to Zielonooki Przystojniak z siłowni.
Staram się skupić na tym, co mówi, ale jedyne, co do mnie dociera, to brzmienie
jego głosu. Ma ciepłą, piaskową barwę. Przez pierwszych kilka chwil jego mowa
brzmi jak szept, ale wraz z mijającym czasem rozwija się do mocnych, szybkich
tonów. To głos silnego, pewnego siebie mężczyzny, który nie musi krzyczeć, by
przyciągać uwagę. Mówiąc, delikatnie urywa końcówki. Jakby to, co ma przekazać
sekundę później, było dużo ważniejsze, więc nie martwi się idealnym kończeniem
poprzednich zdań. Uderzam się lekko w uda, by skoncentrować się na jego
słowach.
–
To oczywiście jedynie wstępna wersja projektu. Centrum musi być funkcjonalne,
ale powinno też wpasowywać się w przestrzeń, w jakiej powstanie. – Odwraca się
tyłem do publiczności i mówi coś do Moniki.
W
międzyczasie zerkam na otwarty przede mną notatnik i odnajduję to, czego
szukam. „Mikołaj Strzelecki”. Powtarzam w myślach jego imię. Brzmi jak moja
własna mantra.
–
Zależało mi, by budynek był maksymalnie otwarty, by zachęcał do wejścia. To nie
powinno być kolejne onieśmielające miejsce.
Mikołaj
szepcze cicho z Moniką, która kręci się przy rzutniku. Wygląda na
zniecierpliwionego. Ubrany w ciemnozieloną koszulę i eleganckie grafitowe
spodnie wydaje się górować nad malutką blondynką, która uśmiecha się do niego
przepraszająco. Jego mięśnie napinają materiał koszuli, kiedy opiera się o
biurko i stara znaleźć rozwiązanie problemu technicznego, który uniemożliwia
uruchomienie rzutnika. W końcu na ścianie pojawia się projekt centrum wraz z
wizualizacją. Przyglądam się przez chwilę. To zadziwiająca budowla z kamienia i
szkła, piękna w swojej prostocie. Robię szybkie zdjęcie projektu i skupiam całą
uwagę na mężczyźnie, który opowiada o układzie sal, o materiałach, z których
powstanie budynek, i innych rzeczach, jakie staram się notować, ale wciąż
śledzę ruchy Mikołaja. Stoi zwrócony do publiczności bokiem, podczas mówienia
gestykuluje delikatnie, ale chyba nawet nie zdaje sobie z tego sprawy. Jego
długie palce poruszają się szybko w powietrzu, kreśląc linie projektu. Postawa mężczyzny
emanuje pewnością siebie i energią, która mnie do niego przyciąga. Myślałam, że
nic nie pobije widoku tych mięśni. Ale teraz? Kiedy jedynym odkrytym skrawkiem
ciała są dłonie? Wiem, że w tym facecie seksowna jest każda część ciała. Nawet
ta nieoczywista.
–
Sercem budynku jest sala widowiskowa. Jej projekt konsultowałem z kilkoma
zaprzyjaźnionymi akustykami. Widoczne na slajdzie kształt, wykończenie jak i
wymiary są efektem tych dyskusji. – Włącza kolejny slajd, prezentując
wizualizację auli. – Koncerty czy spektakle będzie mogła oglądać czterystuosobowa
publiczność.
Przez
chwilę zapada cisza, więc podnoszę wzrok, by sprawdzić, dlaczego przerwał.
Nasze spojrzenia się krzyżują.
Zauważył mnie.
Wiercę
się pod jego intensywnym wzrokiem. Jesteśmy w pomieszczeniu pełnym ludzi, ale
jemu nie przeszkadza publiczność. Patrzy na mnie wystarczająco długo, by stało
się to krępujące. W końcu jednak odwraca spojrzenie, a na twarzy pojawia się
znany mi grymas niezadowolenia. Korzystam z okazji, że jest zajęty dyskusją, i
nie ruszając się z miejsca, robię mu zdjęcie. Włączam podgląd w aparacie i
przybliżam fotkę.
Ma
twarz zwróconą w stronę rozmówcy i lekko rozchylone usta. Intensywnie zielone
oczy są szeroko otwarte. Blizna na policzku jest mniej widoczna niż wczoraj.
Pozostawił zarost, który częściowo ukrywa szramę. Zastanawiam się, czy to
celowy zabieg, czy po prostu lubi się nosić na drwala.
Odkładam
aparat, by obserwować Mikołaja. Celowo omija mnie wzrokiem, chociaż osoba, na
której pytania teraz odpowiada, siedzi dwa krzesła przede mną. Mam ochotę
stanąć tuż przed nim, by przestał mnie ignorować. Jednak to pragnienie jest
dziecinne i szybko mija. Mogłabym przecież podnieść rękę i zadać mu pytanie,
ale myśl, że potraktuje mnie tak jak na siłowni, skutecznie studzi mój zawodowy
profesjonalizm. Poza tym potrafię rozpoznać kogoś, kto nosi w sobie ból i mrok.
A Mikołaj ma w sobie tego całe mnóstwo. Zauważyłam to już wczoraj. Mogłam to
dostrzec podczas krótkiej chwili, kiedy siedząc na suwnicy, czułam jego
wsparcie. Widziałam to też dziś. Na jego twarzy ani razu nie pojawił się
uśmiech. A doświadczenie z Warszawy nauczyło mnie, że powinnam unikać ludzi,
których życie nie oszczędzało.
Dla
ich własnego dobra.
Zaciskam
oczy, starając się zatrzymać łzy, które pojawiły się pod wpływem wspomnień.
Nienawidzę tego, że przez własną głupotę stałam się zagubiona i niepewna. W
mojej głowie znajduje się za dużo złych emocji. To coś, czego nigdy w sobie nie
miałam. Coś, co nie pasowało do mojej natury.
Szybko
wracam do siebie i skupiam się na zakończeniu spotkania. Mikołaj dziękuje za
dyskusję i wraca na swoje miejsce. Odprowadzam go wzrokiem, choć wiem, że on na
mnie nie spojrzy.
Przeglądam notatki i szykuję się na moment, kiedy będę mogła porozmawiać z paroma osobami. Potrzebuję zaledwie kilku zdań, które zamierzam wykorzystać do tekstu. Monika dziękuje za przybycie i zaprasza na poczęstunek. Wstaję i przeciskam się na przód. Mijam Mikołaja, a nasze łokcie zderzają się lekko. Ja idę do przodu, a on wychodzi z sali. Biorę się do pracy.


Komentarze
Prześlij komentarz