[PATRONAT] Rozdział pierwszy "Jego obietnica" Anna Ciołko
Rozdział
pierwszy
W
trakcie swojego krótkiego życia byłam na czternastu rozmowach kwalifikacyjnych.
Pierwszym dwóm towarzyszyły ogromny stres i strach. Od trzeciej czułam jedynie
podekscytowanie. Nakręcała mnie myśl o poznaniu nowej osoby.
Miałam gdzieś sztywne reguły.
Potrzebowałam kilku minut, by przejąć rolę rekrutera. Ciekawość
wyprzedzała dobre wychowanie, liczył się tylko kontakt z nową osobą.
Nowe wyzwanie. Nowe emocje do uchwycenia i zapamiętania.
Moi potencjalni pracodawcy kończyli spotkania rekrutacyjne z otwartymi
ustami. Potrafiłam zdominować rozmowę, choć to nie ja siedziałam w fotelu
szefa. Sama do końca nie rozumiałam, skąd brała się moja śmiałość. Nie miało to
większego znaczenia.
Dzięki tym doświadczeniom nauczyłam się, że ludzie są różni.
Niektórzy byli jak matrioszka: trzeba było zdjąć kilkanaście warstw,
by dotrzeć do prawdy. To wymagające i pracochłonne zadanie, ale opłacało się.
Inni byli dokładnie tacy, na jakich wyglądali. Ich charakter określała pełniona
przez nich rola społeczna. Albo coś innego, czego się trzymali – tytuł przed
nazwiskiem, status związku czy liczba zer na koncie. Wystarczyła krótka chwila
we wspólnym towarzystwie, by zrozumieć, co kryje się w ich wnętrzu. To nie było
złe. Każdy miał swój sposób na radzenie sobie z życiem. A ja nie oceniałam.
Obserwowałam. Czytałam ludzi bez najmniejszych problemów.
Jednak pewnego dnia umiejętność, która otwierała drzwi i serca,
obróciła się przeciwko mnie. Trzy tysiące sto dwadzieścia wyrazów i jeden
reportaż później nic nie było już takie samo. Przekonałam się na własnej
skórze, że słowa nigdy nie są tylko słowami. Zanim jednak zdążyłam to w pełni
zrozumieć, było za późno. Kiedy dopadły mnie konsekwencje, strach wypełnił i pochłonął
moją radość pisania, uniemożliwiając normalne funkcjonowanie. W jednej chwili
straciłam jakąkolwiek szansę na pracę w zawodzie w Warszawie.
I oto jestem, z debetem na koncie i ze sporą luką w CV.
Przez moment, gdy wspomnienia napływają, czuję, jak gniew rozpala moją
twarz. Szybko jednak biorę się w garść, nie pozwalając sobie na smutek.
Nie dziś. Nie teraz.
Szykując się na piętnastą rozmowę, po raz pierwszy wpadam w panikę.
Nie czuję radości. Jest tylko niepewność. I mnóstwo wątpliwości. Wiem, że tym
razem nie będę zadawać pytań. To ja będę odpowiadać. Może trochę kłamać.
Wszystko, byle zdobyć pracę.
Krytycznie przyglądam się swojemu odbiciu w lustrze. Dłonią wygładzam
dół ulubionej białej sukienki z muślinu. Dobrałam do niej klasyczne kremowe
szpilki, które stapiają się ze skórą. Nie chcę wyglądać zbyt ekstrawagancko,
ale ten prosty strój wydaje się zbyt nijaki. Z drugiej strony to powinno
wystarczyć. Nie staram się przecież o pracę w prestiżowym magazynie, a w lokalnej
gazecie, w Tomaszowie Lubelskim. W mieście, do którego planowałam wracać
jedynie na urlopy i święta. Jedna decyzja sprawiła, że to niewielkie, senne
miasteczko na Lubelszczyźnie ma stać się moim azylem, choć traktuję to bardziej
jak zesłanie. Wzdycham i odpuszczam użalanie się nad sobą. Trzeba grać takimi
kartami, jakie rozdaje życie.
Chcę oderwać się od ponurych myśli, dlatego sięgam po telefon i wybieram
numer przyjaciółki. Dominika odbiera po trzecim sygnale.
– Myślałam, że tam, gdzie teraz jesteś, nie ma zasięgu.
– Ten twój wredny, paskudny
charakter kiedyś się na tobie zemści! – Opadam na łóżko, uważając, by nie
pognieść sukienki. – Co słychać w wielkim mieście?
– Beznadziejnie. Warszawa bez ciebie nie ma żadnych zalet.
Uśmiecham się, słysząc jej słowa, chociaż wiem, że mówi tak, bym
poczuła się lepiej.
Poznałyśmy się na pierwszym roku studiów. Dość szybko się okazało, że
tworzymy udany duet. Przy Dominice nie sposób było się nudzić. Dawałyśmy sobie
to, co liczyło się dla nas najbardziej – wsparcie, dobre słowo i motywację do
ciągłego rozwoju. Poza tym łączyło nas zamiłowanie do wina i jedzenia. Okres
wspólnego mieszkania wspominam jako przepełniony zapachem cząbru, tymianku i bazylii
oraz innych świeżych ziół, które Dominika ustawiała w kuchni na każdej wolnej przestrzeni.
– A co w pracy? – pytam.
Jestem stuprocentowo pewna, że wywraca oczami.
– Bez zmian. Znoszę humory Maryli i jej wieczne niezadowolenie z tego,
co zrobię. Już to mówiłam, ale powinna się z kimś przespać. Zobaczysz,
przyjdzie taki dzień, że naprawdę nie wytrzymam i ją zabiję!
– Daj znać, kiedy planujesz zabójstwo. Pomogę ci w stworzeniu alibi.
– Wiedziałam, że mnie nie zawiedziesz. Ale koniec z gadaniem o mnie.
Zestresowana?
Przez chwilę milczę. Ostatnio wszystko w moim życiu dzieje się tak
szybko, że przestaję nadążać. Rozeznanie się w uczuciach sprawia trudność, tym
bardziej że blokuję wszystko, co wydarzyło się w ciągu ostatnich miesięcy. Nie
wiem, czy przez obojętność, którą sobie wypracowałam, przebija cokolwiek prócz
paniki. Z zamyślenia wyrywa mnie głos Dominiki.
– Sara, jesteś tam?
– Mhm – mruczę. – Jestem. Daję radę, ale mam wrażenie, że ta cała
sprawa ze zmianą pracy i pobytem w domu nie jest… realna.
Teraz to ona milczy dłuższą chwilę.
– Posłuchaj, nie chciałam o to pytać, ale... czy… Słowiński odzywał
się do ciebie?
Wstrzymuję oddech, gdy słyszę znajome nazwisko. Obracam je w myślach
przez trzy sekundy i wyrzucam z głowy. Nie pozwolę, by cokolwiek popsuło mój humor, a na
pewno nie jakiś warszawski dupek.
– Nie odzywał – odpowiadam i bronię
się przed dalszym przesłuchaniem, pytając przyjaciółkę o tysiąc spraw, które
kiedyś były częścią mojego życia w stolicy. O cokolwiek, byle odsunąć
niewygodne myśli.
Rozmawiamy jeszcze dobrych piętnaście minut, aż w końcu zerkam na
zegarek. Zostało pół godziny do rozmowy kwalifikacyjnej. Do redakcji mam raptem
pięć minut jazdy, ale wolę być wcześniej. Kończę rozmowę, a następnie zbiegam
do wyjścia.
Cieszę się, że jestem sama w domu. Dzięki temu mogę uniknąć
niezręcznych słów zachęty rodziców, którzy mimo że cieszą się z mojej
obecności, są też zaniepokojeni. Nie mają pojęcia, dlaczego wróciłam, a ja
jeszcze nie jestem gotowa, by podzielić się prawdziwym powodem. Może nigdy nie
będę. Ale teraz mam zadanie do wykonania, którego nie mogę odpuścić. Ta praca
musi być moja. Potrzebuję pieniędzy, a jeśli nie uda mi się zatrudnić w jednym
z dwóch lokalnych mediów w okolicy, w najlepszym wypadku zostanę kelnerką.
Rynek pracy w małych miasteczkach nie daje wielu możliwości, chyba że przerzucę
się na branżę kosmetyczną. Wśród moich koleżanek nie brakowało chętnych na
wachlarz sztucznych rzęs, nie mówiąc już o nowych pazurkach minimum raz na dwa
tygodnie. Moje umiejętności ograniczały się jednak do nałożenia równej warstwy
odżywki na paznokcie, więc obawiam się, że muszę się postarać na dzisiejszym
spotkaniu.
Tak czy siak, na mnie już czas.
Przed wyjściem z domu chwytam kremowy żakiet z szafy. Na dworze panuje
pierwszy czerwcowy upał, ale wolę zakryć nagie ramiona. Nie mam pojęcia, kim
jest redaktor naczelna tygodnika. Być może to starsza pani, która wolałaby,
żebym do pracy przychodziła w garsonkach? Normalnie poświęciłabym kilka minut,
by poznać życiorys potencjalnego szefa. Ale teraz… nie jestem tą Sarą co
kiedyś. Moja iskra zagubiła się po drodze i przestałam walczyć o to, by ją
odnaleźć. Tego jednak ta kobieta nie musi wiedzieć. Przez kilka minut muszę
udawać dawną Sarę – dociekliwą, entuzjastycznie nastawioną do świata
dziennikarkę pracującą na swój sukces i mającą jakieś ambicje.
Ha, ha, co za kłamstwo – śmieję się w duchu i wsiadam do auta.
Znam każdy zakamarek miasta na pamięć, więc drogę na obrzeża, gdzie
mieści się redakcja, pokonuję mechanicznie. Zwalniam i zatrzymuję się przed
przejściami dla pieszych i na światłach, przez co mam czas, by obserwować mijany
krajobraz. Tak dawno mnie tu nie było, że dopiero teraz zauważam subtelne
zmiany. Odnowione kamienice, kilka szklanych biurowców, które wyrosły w miejscu
dawnych ruder, i nowe centrum handlowe – słyszałam o tym wszystkim przez
telefon od rodziców, ale odbierałam to jako informacje o miejscu, które
traktowałam jak przeszłość. Nie interesowały mnie nowinki o rewitalizacji parku
czy śródmieścia. Cieszyłam się, że miasto się rozwija, chociaż wiedziałam, że
jest to ślimacze tempo w porównaniu ze stolicą. Z własnego doświadczenia wiem
jednak, że Warszawa każdego może przeżuć i wypluć bez sentymentów. Zanim zdążę
na nowo powrócić do rozmyślań o wcześniejszym życiu, docieram na miejsce.
Parking przed niewielkim biurowcem zieje pustką. Co za miła
niespodzianka. Rzucam ostatnie spojrzenie w lusterko, ale szybko odwracam wzrok,
dostrzegając zagubienie w niebieskich tęczówkach. Nie ociągając się, wysiadam z
samochodu.
Biurowiec wygląda na nowy – powierzchnie z białego kamienia przeplata drewno.
Na parterze nie spotykam żywej duszy, więc wspinam się od razu na pierwsze
piętro. Sukienka szybko zaczyna kleić się do pleców – widocznie klimatyzacja
nie działa, a przeszklone, sięgające podłogi okna na korytarzu są zamknięte.
Rozglądam się, szukając wskazówek, gdzie znajduje się redakcja, ale na białych
ścianach wisi jedynie instrukcja przeciwpożarowa. Pukam do pierwszych lepszych
drzwi.
– Dzień dobry, byłam umówiona na
rozmowę kwalifikacyjną do gazety.
– Drzwi na prawo, koniec korytarza – recytuje kobieta, nie odrywając
wzroku od komputera.
Ach ta małomiasteczkowa uprzejmość.
Wycofuję się na korytarz i zmierzam we wskazanym kierunku. Poprawiam
szybko włosy, które zaczęły lepić się do czoła, i wchodzę do środka. Nie mam
czasu na reakcję. Zza biurka dosłownie wyskakuje uśmiechnięta blondynka.
– Pani Sara? Zapraszam! – Ściska mocno moją dłoń.
Uśmiecham się, starając się patrzeć jej prosto w oczy. Kobieta wskazuje
na krzesło po drugiej stronie mebla. Zwracam uwagę na wymyślne, fioletowe
szpilki, które założyła do dziewczęcej wzorzystej sukienki.
Luzara – notuję w głowie, starając się, by nie zauważyła, że się przyglądam.
Wydaje się kilka lat starsza ode mnie, choć nie mam pewności. Poprawiam się na siedzeniu,
ignorując strużki potu na dłoniach.
– Przepraszam, ale wysiadła
klimatyzacja i trudno tu dziś wytrzymać. – Najwyraźniej czyta w moich myślach.
– Nie szkodzi.
Jej baczne spojrzenie mnie dezorientuje. Po raz pierwszy od dawna nie
wiem co mówić i robić. Czuję się zmęczona i przytłoczona, jednak przyklejam
uśmiech do twarzy.
– Nie będę trzymać pani długo w tej
saunie, więc przejdę do konkretów. Ma pani imponujące CV. – Pozwala tym słowom
zawisnąć w ciszy, a ja uśmiecham się nieśmiało. Komplementy zawsze mnie
krępowały. – Teksty, które dostałam, również są świetne i widać, że ma pani
talent.
– Ale? Bo czuję, że jest tu jakieś ale – rzucam żartobliwie, choć w środku
zaczynam odczuwać panikę.
– To nie jest ale. Po prostu… – Urywa i przez chwilę jej uwagę odciąga
wibrujący na biurku telefon, który szybko wycisza.
No dalej, zapytaj mnie o to. Miejmy to za
sobą.
– Zastanawia mnie, dlaczego
dziewczyna, która pracowała w kilku warszawskich agencjach reklamowych i w znanym
tygodniku, chce pisać dla lokalnej gazety, którą czyta nieco ponad tysiąc
czytelników, i to w najlepszym wypadku?
Uśmiecham się krzywo i robię minę w stylu „To dość banalna historia,
nic, o czym warto rozmawiać”.
– Pomyślałam, że fajnie będzie pracować w mieście, gdzie za podcięcie
końcówek u fryzjera nie płacę stówki, a wybór restauracji, w których mogę coś
przekąsić, zawęża się do sześciu miejsc. – Wzruszam ramionami. Liczę na to, że
mój żart ją zadowoli.
– Ma pani pokręcone poczucie humoru, podoba mi się – oznajmia,
wachlując się plikiem kartek. – Martwię się jednak, że szybko znudzi się pani
ten ograniczony wybór i brak tych wszystkich atrakcji, jakie oferują
metropolie. Czy to chwilowa zachcianka?
Wypuszczam powietrze. Ćwiczyłam tę kwestię przez ostatnie dni, więc
wiem, jaką półprawdę mogę sprzedać.
– Z powodów osobistych musiałam zrezygnować z życia w Warszawie.
Wróciłam, ale nie chcę tracić kontaktu z zawodem, dlatego zależy mi na pracy w gazecie.
A co do nakładu i prestiżu… zadaniem dziennikarza jest informować i odkrywać
prawdę dla czytelnika, bez względu na to, czy będzie to jedna osoba, czy
kilkanaście tysięcy. – Mój głos załamuje się na ostatnim zdaniu, ale udaję, że
to wina chrypki.
Opieram się na krześle i patrzę jej prosto w oczy. Dałam jedyne, co
mogłam. Teraz jej ruch.
– Rozumiem. Cóż, tak naprawdę nie musi się pani tłumaczyć ze swoich
motywów. Jestem przesadnie ciekawska, co mój mąż nazywa, po imieniu, wścibstwem.
– Przewraca oczami i machnięciem ręki daje znak, że nie zgadza się z opinią
swojej drugiej połówki, na co szczerze się uśmiecham. Chyba się polubimy. –
Znam pani umiejętności. Teraz interesuje mnie jedynie to, czy chciałaby pani do
naszej redakcji dołączyć. Nie wiem, czy się pani orientuje, w jakiej kondycji
jest tygodnik, ale staram się go trochę rozruszać. Liczę, że mi pani w tym
pomoże. Cóż, zapraszam do zespołu. Wynagrodzenie mamy skromne, w porównaniu do
Warszawy… – Urywa i podsuwa mi bloczek samoprzylepnych żółtych karteczek, na
których widnieje propozycja.
Rzucam szybko okiem na podaną sumę i robię kalkulację w głowie. To
więcej niż się spodziewałam. Pensja dziennikarza nigdy nie wygląda zbyt
imponująco, chyba że łapie się kilka srok za ogon i pisze teksty sponsorowane. Życie
w niewielkim mieście nie jest tak drogie jak w Warszawie, więc propozycja
wydaje się i tak hojna.
– W takim razie kiedy mogę zacząć? –
pytam rzeczowo, choć tak naprawdę mam ochotę skakać z radości.
– Najlepiej od jutra.
– O której mam być?
– Zaczynamy o ósmej. Przygotuję na jutro umowę, więc rano załatwimy
wszystkie formalności związane z papierami – wyjaśnia, a ja potakuję i szykuję
się do wyjścia. – Aha. I od teraz mów mi Marta. Nie jestem aż taka stara, na
jaką wyglądam.
Parskam śmiechem i po wymianie pożegnalnych uścisków wychodzę z budynku.
Samochód zdążył nagrzać się od słońca, więc zostawiam drzwi otwarte. Przez
moment siedzę i gapię się na przednią szybę. Adrenalina i napięcie powoli opuszczają
moje ciało, nie zauważam nawet, że płaczę, dopóki mokra plama z łez nie
przylepia sukienki do nagich ud. Emocje ostatnich miesięcy znajdują w końcu
szczelinę w tamie, a ja przestaję walczyć z ich hamowaniem.
Płaczę, bo zdobycie tej posady oznacza, że naprawdę nie wracam do
Warszawy. Płaczę, bo nie pozwalałam sobie na okazywanie smutku i żalu w ostatnich
miesiącach. Ten moment, gdy emocje przejmują kontrolę, trwa minuty, ale w końcu
mija, a ja czuję się inaczej. Nie jestem znów szczęśliwa, jednak przez ułamek
sekundy dopada mnie dziwne uczucie, które jest nieuchwytne i trudne do
zdefiniowania. To zaledwie przebłysk myśli, drgnienie. Coś na kształt nadziei.
Przez krótką chwilę czuję, że jeszcze będzie dobrze. Nie dziś. Ale kiedyś na
pewno.
Odpalam samochód i otwieram wszystkie szyby, rezygnując z klimatyzacji.
Wyciszam też radio. Chcę wsłuchać się w odgłosy miasta. Poczuć jego zapach.
Może to pomyślnie zakończona rozmowa kwalifikacyjna, a może prawdziwie
wakacyjna pogoda sprawia, że wpadam w wesoły nastrój i po raz pierwszy od dawna
czuję, że mogę swobodnie oddychać.
Wjeżdżam na pełnym gazie na krajową siedemnastkę, która dzieli miasto
na pół. Uśmiecham się do innych kierowców, łapiąc ich zainteresowane
spojrzenia. Pędzę ulicami, pozwalając, by wiatr szarpał moje długie włosy. Docieram
do domu szybciej, niż powinnam, ale wciąż jestem sama, więc postanawiam
zadzwonić do Dominiki.
– Mam tę robotę!
Pisk. Ogłuszający, radosny pisk przyjaciółki sprawia, że znów się
uśmiecham.
– Wiedziałam, że tak będzie! –
mówi, gdy w końcu przestaje krzyczeć do słuchawki.
– Myślałam, że będziesz mniej
zadowolona, że tym samym oficjalnie nie wracam do Warszawy – marudzę, chociaż
obie wiemy, że tak będzie dla mnie lepiej.
– Już wynajęłam twój pokój, więc tak
jakby...
– Co? Nie ma mnie tam od miesiąca, a
ty już kogoś znalazłaś na moje miejsce?!
– Uwielbiam, kiedy się wkurzasz.
– Jędza!
– Ale i tak mnie kochasz – sapie do
telefonu.
– I codziennie się zastanawiam za co. – Odbijam piłeczkę. – Hej, czy ty
biegasz? Myślałam, że jesteś jeszcze w pracy.
– Bo jestem, ale Maryla… ta wredna
suka kazała mi zanieść materiały na dwunaste piętro, by je wydrukować, a
zepsuła się winda, więc… – W słuchawce słyszę głośny oddech.
– Wasze biuro znajduje się na dziesiątym
piętrze. To tylko dwa piętra, a sapiesz jak pies w upalny dzień – dokuczam jej,
odgrywając się za kłamstwo o nowym lokatorze.
– No cóż, opłakiwałam twój wyjazd,
zajadając się pizzą i lodami. Możliwe, że trochę pogorszyła mi się kondycja –
przyznaje, starając się wpędzić mnie w poczucie winy.
– Dobra, dobra…
– Zmieniając temat, powinnaś dziś
wyjść do jakiegoś baru i uczcić nową pracę!
Wciąż nie weszłam do domu, więc siadam na huśtawce w ogrodzie i lekko
się kołyszę.
– Zdajesz sobie sprawę, jaką sensację wywołałby w tym mieście widok
samotnej dziewczyny, która pije w barze alkohol bez towarzystwa?
Dominika chichocze.
– Na pewno przesadzasz. Po pierwsze, od kiedy obchodzi cię opinia
innych? Poza tym jeśli będziesz sama, szybciej przysiądzie się jakiś przystojniak,
z którym…
– Hola, hola! – przerywam, bo nie
podoba mi się kierunek, w jakim zmierza ta rozmowa. – Czy pamiętasz, jak jakiś
czas temu wspominałam raz, dwa albo… czy ja wiem, sto razy, że chcę poukładać
swoje życie, zanim pozwolę komuś w nim mieszać?
– Pamiętam doskonale, to było jak zdarta płyta. Tylko, skarbie, nie
myślałaś wtedy jasno. Byłaś rozgoryczona, piłaś dużo wina i nie wiedziałaś, co
mówisz. Nie możesz rezygnować z facetów. W porządku, nie wiąż się z żadnym na
stałe, ale seks… – Ścisza głos.
Jest w biurze, więc dziwię się, że ma czas rozmawiać. Pełni rolę
osobistej asystentki szefowej działu urody w popularnym miesięczniku. W dużej
mierze robi całą czarną robotę, którą Maryla dosłownie ją zawala. Harówkę
wynagradzają jej wypłata na czas i darmowe próbki kosmetyków, które kiedyś zalegały
w każdym kącie wspólnej łazienki.
– Cóż, dziękuję, że troszczysz się o
tę sferę mojego życia, ale uwierz, większa przerwa na pewno dobrze mi zrobi. – Odpycham
się mocniej, rozpędzając huśtawkę.
– Twoja przerwa już jest za długa. Nawet nie wiem, czy to można nazwać
przerwą. Od czego chcesz odpoczywać? Dobrze to może zrobić ci mały romans.
Zapomnisz o…
– Słuchaj, muszę kończyć, kocham cię,
pa! – Rozłączam się, nie dając jej dojść do słowa.
Nigdy więcej nie chcę wracać do tego, co wydarzyło się w Warszawie. Nie
pozwolę, by mój mały sukces przyćmiły wspomnienia o pewnym warszawskim
biznesmenie. Facet może i sprawił, że straciłam zaufanie do mężczyzn, jednak
będę walczyć o to, by przeszłość w końcu przestała mnie zadręczać. Kiedyś
miałam plany, ale zawsze mogę stworzyć nowe, prawda? A w tym momencie chcę od
życia więcej. Chcę na nowo je polubić. Jestem wolna. Poza tym… Dominika
doskonale wie, że gdyby pojawił się ktoś odpowiedni, zmieniłabym odstraszającą
gadkę w jednej chwili. Ale teraz? To bez znaczenia.
Wychylam się maksymalnie do tyłu i zeskakuję z huśtawki, lecąc przez sekundę w powietrzu, po czym ląduję w miękkiej trawie. Wolna.


Komentarze
Prześlij komentarz