[PATRONAT] Rozdział drugi "Jego obietnica" Anna Ciołko
Rozdział drugi
Po
południu mój dobry humor się ulatnia. Rodzice pracują do późna, a samotne
siedzenie w domu zaczyna mnie nudzić. Wcześniejszy tryb życia w Warszawie
przyzwyczaił mnie do ciągłego biegu i działania na podwyższonych obrotach.
Powinnam się cieszyć, że wreszcie mam szansę zwolnić i odpocząć, ale miesiąc
leniuchowania całkowicie wystarczył.
Biorę
do ręki jedną z książek leżącą obok łóżka, jednak nie potrafię skupić się na
akcji. Wiem jedno: muszę pozbyć się energii, która domaga się spuszczenia ze
smyczy. Jest środek tygodnia, co oznacza, że nie mam zbyt wielu opcji. Nie
jestem typem imprezowiczki, ale lubię przebywać wśród ludzi. Dominika dbała o
to, byśmy poza pracą znalazły czas na trochę rozrywki. W lecie najczęściej
pędziłyśmy nad Wisłę, by popijać ukradkiem wino i grać w badmintona. Zimą
chodziłyśmy do najdziwniejszych pubów i klubów, jakie udało się znaleźć. Raz
skończyłyśmy wieczór, świętując urodziny siedemdziesięcioletniej Chinki, która
mieszkała w Polsce od kilku lat. Dominika przez rok uczyła się chińskiego, więc
cieszyła się, że będzie mogła poćwiczyć język. Zaliczyła niezręczne wpadki, ale
na szczęście cała chińska rodzina wykazała się wyrozumiałością. Albo
przynajmniej tak nam się wydawało. Nieważne. Omijałyśmy najmodniejsze miejsca,
wychodząc z założenia, że najlepsze rzeczy dzieją się tam, gdzie liczy się
dobra zabawa, a nie idealna stylizacja, grubość portfela czy liczba
obserwujących na Instagramie.
W
czasach liceum włóczyłam się ze znajomymi po parku albo zajadałam pizzą w ulubionej
knajpce, ale raczej z powodu braku alternatywy niż dlatego, że nie lubiłam
próbować nowych rzeczy. W miasteczku największą atrakcją była wielka dyskoteka,
która przyciągała okoliczną młodzież w każdy weekend. Tak przynajmniej było
kiedyś. Większość znajomych uciekła stąd zaraz po skończeniu szkoły średniej,
więc mimo że jestem u siebie, czuję się tak, jakbym zaczynała od zera. Nigdy
nie miałam wielkiej potrzeby otaczania się tłumem ludzi, ale fajnie byłoby mieć
tu kogoś, z kim mogę chociaż raz na jakiś czas wyskoczyć na piwo czy zwykły
spacer. Cóż, muszę być cierpliwa.
Plan
na teraz? Siłownia.
Kilka
miesięcy temu zapisałam się w Warszawie na kickboxing. Niestety, przygoda z tym
sportem skończyła się wraz z powrotem do domu. Lubiłam swoje ciało z każdą z
niedoskonałości, ale ruch dostarczał mi niezbędnych endorfin. Poza tym musiałam
skończyć z życiem jak dzikus. Nie mogłam się ciągle izolować w obawie, że
spotkam kogoś znajomego. Samotne bieganie w pobliskim lesie też przestało
sprawiać frajdę.
W
szafie znajduję wygodny szary strój sportowy i ulubione różowe adidasy. Zrzucam
przy łóżku japonki, krzywiąc się na widok odchodzącego lakieru na paznokciach u
stóp. Czas spędzony w domu sprawił, że nieco się zaniedbałam. Tym bardziej
cieszę się z wyjścia do ludzi. Dzięki temu przestanę chodzić pół dnia w
piżamie. No i zainwestuję w pedikiur. Chyba.
Pakuję
wszystko do torby i zostawiam rodzicom kartkę w kuchni, informując, gdzie
jestem. Rozmawialiśmy godzinę temu przez telefon, ale wiem, że martwiliby się,
gdybym nie dała znać, co robię. Po niespodziewanym powrocie z Warszawy obchodzą
się ze mną jak z jajkiem. To nie jest scenariusz, na który wszyscy byli gotowi.
Mama wypytuje o jakieś szczegóły, ale zbywam ją ogólnikami. Tato zajmuje się
stałymi dostawami białej czekolady i lodów waniliowych, jakby wyczuwał, że
rozpieszczanie mnie to jedyne, co teraz może zrobić. Jestem jedynaczką, więc
całą swoją uwagę skupiają na mnie. A ja bardzo staram się ich nie zawieść. To
pragnienie, by dawać powody jedynie do zadowolenia, czasami bywa męczące. Wiem,
że nigdy nie wymagali, bym była idealna, ale podświadomie zawsze starałam się
sprawiać jak najmniej kłopotów. Z drugiej strony pewnie nigdy nie sądzili, że
wrócę do domu po studiach. Od małego snułam niekończące się plany, by spoglądać
na świat z okien wieżowców. Nie miałam pojęcia, jak wdrapać się na szczyt, jednak
wiedziałam, że będę w stanie ciężko pracować, by spełnić marzenia. Powrót do
domu okazał się cenną lekcją. Zdobyłam swój prywatny Mount Everest w wieku dwudziestu
trzech lat, ale nie byłam przygotowana na lawinę, która zrzuciła mnie do
pierwszej bazy.
Znów
niepotrzebnie analizuję przeszłość, dlatego otrząsam się z ponurych myśli.
Zamykam
drzwi na klucz, a potem pakuję się do samochodu, który kupiłam rok temu od
kolegi z pracy. Chciał pozbyć się maleńkiego forda za grosze, a mnie z miejsca
przypadł do gustu błękitny kolor auta. Wymagał niewielkiej naprawy, ale po niej
działał bez zarzutu. Poza tym mieścił się bez problemu na ciasnych parkingach,
wciśnięty między wielkie i nieporęczne SUV-y.
Do
siłowni dojeżdżam, wybierając okrężną drogę, byle ominąć centrum miasta, które pomiędzy
godziną piętnastą a szesnastą jest zawsze zakorkowane. Znalezienie wolnego
miejsca graniczy z cudem – trochę się zmieniło od mojej ostatniej wizyty. Pamiętam,
że dwa lata temu Gaja, właścicielka siłowni, skarżyła się, że musi dokładać do
klubu coraz więcej. Najwyraźniej trend na aktywny i zdrowy styl życia zyskał
popularność też tutaj.
Po
wejściu do środka oprócz powiewu klimatyzacji wita mnie także delikatny szum, na
który składa się tupanie oraz szybka muzyka. Rozglądam się i łapię kontakt
wzrokowy z mężczyzną stojącym przy kontuarze.
–
Dzień doberek! – Macha ręką, przywołując mnie bliżej. Jego wesołe powitanie jest
komicznie, ponieważ ma mocny, niski głos, brzmiący, jakby wydobywał się gdzieś
z głębi wyrzeźbionego brzucha.
Ściskam
rękę, którą wyciąga ponad szklanym blatem. W ciągu sekundy przyciąga mnie
bliżej i przybija skomplikowaną sekwencję żółwików. Mimowolnie parskam śmiechem
i pozwalam zakończyć powitanie uściskiem niedźwiedzia.
–
Dzień doberek. Wejściówkę poproszę.
Staram
się opanować, ale czuję się tak, jakbym nie mogła przestać się śmiać. Widocznie
w ciągu jednego dnia będę musiała uwolnić wszelkie emocje, które tłumiłam przez
pół roku. Na szczęście mężczyzna przygląda mi się z przyjaznym zainteresowaniem.
Musi mieć chyba ze dwa metry wzrostu, bo rozmawiając z nim, mocno zadzieram
głowę.
–
Gdyby szefowa pozwalała dawać zniżkę za urodę, miałaby pani taką jak w banku! –
wyznaje z uśmiechem, który sięga aż jego piwnych oczu. – Ale jesteśmy najlepsi
w mieście, więc warto wydać u nas każde pieniądze.
–
Umie się pan zareklamować, nie ma co – stwierdzam i w międzyczasie wypełniam
kartę klubu, którą podsunął mi chwilę wcześniej.
Arek,
bo tak nazywa się trener, opowiada dokładnie o wszystkich prowadzonych w klubie
zajęciach i dodatkowych opcjach. Decyduję się na otwarty karnet. W Warszawie za
tę cenę mogłabym skorzystać z siłowni nie więcej niż cztery razy w miesiącu. W
duchu dziękuję temu, kto zniszczył moją karierę w stolicy – na powrocie do
niewielkiego miasteczka na pewno zaoszczędzę.
Po
krótkiej rozmowie z Arkiem szybko wskakuję w strój do ćwiczeń. Postanawiam
znaleźć wolną bieżnię. W razie potrzeby mogę poprosić o pomoc czy poradę
jednego z trzech trenerów kręcących się na dwóch poziomach siłowni. Po wyjściu
z szatni mam możliwość spokojnego obejrzenia klubu, który zmienił się od czasu,
kiedy byłam tu ostatni raz. Wcześniejszy fiolet na ścianach zastąpił soczysty
pomarańcz. Tupanie, które słyszałam po wejściu, okazało się dochodzić z
lustrzanej sali, gdzie odbywały się zajęcia zumby. W kolejnej salce, z
przeszklonym dachem, za pół godziny będzie joga. Obiecuję sobie, że znajdę
czas, by spróbować czegoś nowego z klubowej oferty. Oczywiście jeśli uda mi się
dobrze zorganizować pracę w gazecie.
Zanim
docieram do pomieszczenia, gdzie – jak poinformował mnie Arek – miałam znaleźć
bieżnie, wpadam na Gaję, właścicielkę klubu i dobrą koleżankę mojej mamy.
–
Sara? Ale niespodzianka! – Przyciąga mnie do siebie i przytula. – Ewa nie
mówiła, że przyjeżdżasz.
Wdycham
lawendowy zapach, który od zawsze z nią kojarzę, i odprężam się.
–
Jakiś czas temu wróciłam do miasta. – Wzruszam ramionami, jakby to nie było nic
takiego.
–
Wróciłaś… chcesz powiedzieć, że na stałe?
–
Nie wiem, czy na stałe, ale na pewno jestem tu na dłużej. Dostałam pracę –
dodaję w pośpiechu.
–
Tutaj? Gratulacje! – Znów wtulam się w jej chude i znajome ciało.
Mama
spędzała z nią dużo czasu. Od małego przesiadywałam na jej kolanach, słuchając
o wycieczkach do Indii czy Japonii. Bliskość Gai działa kojąco nawet po latach.
Jest już grubo po pięćdziesiątce, ale szare oczy wciąż błyszczą jak u
nastolatki. Przyprószone siwizną włosy związane w warkocz sprawiają, że wygląda
jak niefrasobliwa dziewczynka. Z jakiegoś powodu mam wrażenie, że brakowało mi
takiej życzliwości i bliskości, którą zostałam obdarowana jednego dnia w
rodzinnym miasteczku. Miła redaktor naczelna tygodnika, teraz instruktor Arek i
Gaja – każda z tych osób w jakiś sposób sprawiła, że kolejny dzień na zesłaniu
stał się bardziej znośny. W stolicy rzadko miałam czas, żeby porozmawiać z kimś
znajomym. Zazwyczaj każdego gonił jakiś deadline albo po prostu łatwiej
było załatwić drobne uprzejmości za pomocą miłego komentarza czy polubienia. Z
Gają gawędzimy dobrych piętnaście minut, wymieniając się informacjami i plotkami.
W końcu jednak znika na zajęciach jogi, które prowadzi od dziesięciu lat.
Obiecuję, że wpadnę innym razem, i w końcu wchodzę na salę do ćwiczeń.
Rozglądam się szybko i przeklinam pod nosem. Jestem na sali pełnej facetów. I tylko
facetów. W różnym wieku. Ani jednej kobiety. No, fajnie. Nie jestem
przesadnie wstydliwa, ale nie lubię też zwracać aż takiej uwagi. A w tym
momencie czuję się jak jednorożec. Wszystkie spojrzenia wlepione są we mnie.
Sorki,
panowie, wkraczam na wasz teren.
Dochodzę
do ściany na samym końcu i zajmuję wolną bieżnię.
Mały
sukces.
Z
głośników leci głośna taneczna muzyka, ale odpalam własną playlistę, zakładając
słuchawki i odcinając się od świata. Kwabs i jego Walk nadaje tempo moim
ćwiczeniom. Zaczynam od marszu. Cieszę się, że bieżnia znajduje się na samym
końcu. Większość urządzeń ustawiona jest przede mną, w różnych kierunkach. Ci,
którzy muszą wykręcać tułów, by mnie dostrzec, szybko wracają do swoich
ćwiczeń. Pewnie kobiety są tu rzadkimi gośćmi, bo korzystają głównie z zajęć
fitness, więc budzę małą sensację.
Zaczynam
biec ze wzrokiem wbitym w ekran telewizora, na którym migają kolorowe
teledyski. Staram się nie zwracać uwagi na nikogo. Dzięki temu liczba
obserwujących zmniejsza się do minimum. Kiedyś pewnie przyglądałabym się
wszystkim obecnym, starając się wyczuć ciekawą historię. Byłam dziennikarzem i choć
nie interesowała mnie sensacja, lubiłam poznawać i rozpracowywać ludzi. Z
doświadczenia wiedziałam, że za każdą z tych osób kryje się jakaś prawda.
Czasem przyjemna, kiedy indziej nie. Ale byłam głodna innych. Ciekawa drugiego
człowieka. Nie chodziło nawet o szukanie historii do artykułów. Większość tego,
nad czym pracowałam, nie nadawało się do gazet. Za mało było tam skandalu,
kłamstw czy brutalności, a mnie nie interesowały tylko tragedie czy sukcesy.
Chciałam poznać to, co pomiędzy. Zwykłe życie. Małe zwycięstwa i codzienne
porażki. To dlatego w moim laptopie pełno było folderów, gdzie zapisywałam
nagrania rozmów z barmanami, pasażerami metra czy spacerującą po warszawskich
Łazienkach babcią. Tyle że od trzech miesięcy na dysku nie pojawiło się nic
nowego. Ktoś sprawił, że zamiast lgnąć do ludzi, przestałam im ufać.
Czuję,
jak serce zaczyna szybciej pompować krew, a na karku pojawiają się pierwsze
kropelki potu. Trzymam równe tempo, majstrując przy okazji przy ustawieniach
bieżni. Staram się nie zwracać uwagi na upływający czas. Ale to wciąż za wolno.
Muszę zmusić ciało do takiego wysiłku, by czuć jedynie zmęczenie i ból
fizyczny. Może wtedy uda mi się zablokować myśli, które są jak trucizna.
Przyspieszam.
Biegnę, jak gdyby goniła mnie sfora psów. Napędza mnie porażka, zranione serce
i gniew. Jestem wściekła, że znów powracam do przeszłości. Nienawidzę tego, że wciąż
śnię o tamtym mężczyźnie. Biegnę, aż zamazuje mi się obraz przed oczami.
Przyspieszony puls sprawia, że słyszę jedynie dudnienie w uszach. Mam mdłości,
a płuca płoną żywym ogniem. Uderzam zrezygnowana w bieżnię i opieram się o
chłodną ścianę.
Znów mnie pokonałeś.
Widzę,
że kilka osób ćwiczących najbliżej przygląda mi się ze zmartwieniem.
Przyciskam
dłonie do czoła, starając się opanować nierówny oddech. Cała koszulka jest
mokra, ale mam to gdzieś. Daję sobie chwilę na uspokojenie, a następnie
podchodzę do skośnej ławki. Dawno nie ćwiczyłam, więc działam bez konkretnego
planu. Kładę się na ławce i wykonuję serię brzuszków, bezmyślnie zmuszam ciało
do wysiłku. Kiedy po raz kolejny się podnoszę, trafiam na parę wpatrzonych we
mnie zielonych oczu.
Zastygam
zaskoczona niechcianą uwagą.
Mężczyzna
ćwiczy jakieś trzy metry dalej. Pełne usta zacisnął w cienką linię, ale to nie
brak uśmiechu sprawia, że mam gęsią skórkę. Przyczyną jest to, co dostrzegam w
zimnych zielonych oczach. Wrogość. Wyczuwam ją mimo dzielącej nas odległości. Oszołomiona,
przerywam kontakt wzrokowy, choć zanim się opuszczę, rzucam mu dyskretne
spojrzenie.
Ma
silne, szerokie ramiona, których mięśnie rysują się, kiedy podnosi sztangę.
Szare spodenki wiszą nisko na biodrach, ledwo zakrywając długie nogi. Skóra ma
kolor herbaty z mlekiem, a ja nagle czuję się spragniona. Mężczyzna ma krótko
przystrzyżone, ciemne włosy, dzięki czemu twarz wydaje się jeszcze bardziej
wyeksponowana. Mocno zarysowaną szczękę pokrywa zarost, pod którym dostrzegam
bliznę. Ciemna, różowa szrama biegnie od prawego kącika ust do prawego ucha.
Rana musiała być głęboka. Zwykłe zadrapanie nie zostawiłoby takiego śladu.
Co
ci się stało?
Widzę,
że zauważył, co wzbudziło moje zainteresowanie. Przechyla głowę, a jego wzrok
przesuwa się z moich oczu na usta. Wstrzymuję oddech, świadoma pełnej uwagi.
Brunet po długiej chwili przymyka powieki i marszczy czoło. Kiedy otwiera oczy
i unosi sztangę, jego spojrzenie znów jest zimne i nieprzyjemne. Ruchy stają
się szybkie i agresywne. Powtórzenia gniewne i niemal brutalne. Sposób, w jaki
ćwiczy, przypomina mój własny pełen emocji bieg sprzed kilku chwil. Wygląda na
to, że on również traktuje wysiłek fizyczny jako metodę na odreagowanie.
Nie
pozwalam, by jego obecność zakłócała moją sesję terapeutyczną. Przyjmuję
wyzwanie, nawet nie udając, że niczego nie zauważyłam. Ćwiczymy, nie odrywając
od siebie oczu. Nasze powtórzenia są idealnie zsynchronizowane. Czuję, jak
mięśnie zaczynają płonąć, jednak nie jestem w stanie przerwać. Mam wrażenie, jakbyśmy
prowadzili rozmowę, nie używając słów. Nie wiem, jak to możliwe, ale jego
wrogość przeraża mnie i podnieca jednocześnie. Najwyraźniej podczas ćwiczeń
straciłam zdrowy rozsądek, a kontrolę przejął pierwotny instynkt, który
uaktywnił się pod wpływem testosteronu wypełniającego siłownię. Brutalność i siła,
jakimi emanuje mężczyzna, rozbudzają te części, których nikt dotąd nie
poruszył. Przeczesuję umysł w poszukiwaniu podobnych emocji, ale żaden
mężczyzna tak bardzo mnie nie pochłonął. Wstyd rozpala moje policzki, gdy
uświadamiam sobie, że patrzę na niego z otwartym pożądaniem.
Nieznajomy
niespodziewanie robi przerwę przed kolejną serią i odkłada sztangę. Odwraca się
bokiem, pozbawiając mnie tym samym widoku blizny. Nie wiem, ile już powtórzeń
zaliczyłam ani ile przerw ominęłam, ale działam jak na autopilocie.
–
Sara?
Odruchowo
podskakuję, kiedy nade mną pochyla się czyjaś postać.
–
Tomek? Boże, ale mnie przestraszyłeś.
Podnoszę
się i odwracam tyłem do Nieznajomego Przystojniaka, skupiając całą uwagę na
Tomku, z którym chodziłam do jednej klasy w liceum.
–
Sorki, nie chciałem cię przestraszyć. – Unosi wysoko ręce w przepraszającym
geście. – Nie byłem pewny, czy to ty. Zmieniłaś się, dziewczyno.
Wyczuwam
na sobie spojrzenie kolesia „Nie znam cię, ale i tak cię nie lubię”, mimo to
ignoruję go i skupiam się na koledze z klasy. Znajoma twarz budzi we mnie
mieszane uczucia. Czuję się z nim swobodnie, ale martwię się, że będę musiała
tłumaczyć się z powrotu.
–
Ty za to wyglądasz jak zawsze. Same mięśnie i zero mózgu – dokuczam mu i szturcham
go jak za dawnych czasów.
Tomek
był piłkarzem lokalnego klubu i fanem kobiet, więc zawsze dużo pracy wkładał w
swój wygląd. Miał wielkie serce, ale słabość do głupich dziewczyn, przez co dawniej
się z niego nabijałam.
Chłopak
wybucha głośnym śmiechem i wskazuje na mnie palcem.
–
Zawsze umiałaś poznać się na człowieku. Nie wiedziałem, że przyjechałaś do
domu. Masz wolne w pracy?
Słyszę
jakiś dźwięk za plecami. Kątem oka widzę, że Nieznajomy podchodzi bliżej, by
zająć miejsce na suwnicy po prawej stronie. Jestem boleśnie świadoma jego
obecności. Chcę, żeby się odezwał, bo muszę usłyszeć jego głos. Tymczasem on, w
przeciwieństwie do innych ćwiczących, nie wdaje się w rozmowy. Jest skupiony na
ćwiczeniach i wydaje się nie zwracać uwagi na pozostałych. Poza mną. Ale mnie
też tu nie chce. Mówi o tym język jego całego ciała, a trochę się na tym znam.
Na dziennikarstwie zasypywali nas informacjami z komunikacji niewerbalnej przez
cały semestr.
–
Wróciłam na dłużej – wyznaję i liczę, że Tomek nie będzie drążył tematu. W
liceum tworzyliśmy paczkę, ale wraz z pójściem na studia kontakt się rozluźnił.
Widywaliśmy się raz, góra dwa do roku.
–
Jak to na dłużej? A co z twoją wymarzoną pracą? Nawijałaś o stolicy przez całe
liceum. – Chłopak zasypuje mnie pytaniami, na które nie chcę odpowiadać. Nie
jest wścibski, po prostu wie, jak długo planowałam życie w Warszawie. Pewnie
nawet nie obchodzi go za bardzo powód, więc mogłabym powiedzieć cokolwiek.
Widzę,
że nieznajomy przerywa ćwiczenia i czeka na odpowiedź. Nagle czuję się
zmęczona. I chyba po raz pierwszy od pewnego czasu mówię to, co czuję.
–
Czasem coś, o czym marzymy, okazuje się prawdziwym koszmarem.
Spoglądam
w bok. W zielonych oczach pojawia się dezorientacja i pytanie. Wcześniejszą
wrogość zastępują zainteresowanie i troska. Przez moment mam wrażenie, że
jesteśmy tu tylko my dwoje. Odwracam wzrok, czując się dziwnie bezbronna i odsłonięta.
Skupiam się na Tomku, który marszczy brwi.
–
Nie rozumiem. Nie pracujesz już w gazecie?
Kręcę
głową. W tym samym momencie przystojniak z blizną zrywa się na nogi i nie
oglądając za siebie, wychodzi do szatni. Kurczę się, czując, że niewidzialne
porozumienie zostało w ciągu sekundy zerwane.
–
Sara, halo?
Gapię
się tępo na Tomka. Wiem, że zauważył moje dziwne zachowanie. Dawniej, kiedy wpadaliśmy
na siebie na ulicy, potrafiliśmy przegadać dobrą godzinę, zanim dotarło do nas,
że stoimy na chodniku i blokujemy przejście. Zazwyczaj to ja przysłuchiwałam
się jego paplaninie, ale nie przeszkadzało mi to.
Lubiłam
słuchać. A ludzie szybko obdarzali mnie zaufaniem. Ceniłam to, zawsze
dochowując tajemnicy. Dziennikarskie śledztwo miało podobny charakter, ale
starałam się z rozwagą wykorzystywać pozyskane informacje. Tomek nie zasługiwał,
bym go lekceważyła, dlatego musiałam jak najszybciej zareagować. A potem uciec.
–
Przepraszam, chyba przesadziłam z ćwiczeniami. Trochę kręci mi się w głowie –
kłamię, ale wiem, że im szybciej stąd wyjdę, tym łatwiej będzie przy kolejnym
spotkaniu.
–
No tak, jakoś kiepsko wyglądasz.
–
Dzięki, stary. Tak w ogóle, dostałam pracę w mieście i przez jakiś czas nigdzie
się nie ruszam. Jakby co, to piszę się na piwo albo na kosza. Jak za dawnych
czasów, jeden na jednego, pamiętasz?
Improwizuję,
ale ta taktyka działa. Tomek upewnia się, że ma mój aktualny numer, i odpuszcza.
Żegnamy się, a następnie wychodzę do szatni. Miałam nadzieję, że po miesiącu
spędzonym w domu udało mi się nieco ogarnąć. Okazało się, że wciąż nie
poukładałam sobie w głowie pewnych spraw i póki co jedynym wyjściem jest
rzucenie się w wir pracy. Już od jutra. To bezpieczny teren. Coś, co znam.
Do
tego to dziwne zachowanie nieznajomego z siłowni. Wytrąciło mnie z równowagi. A
raczej z fasady normalności, którą starałam się zbudować od pewnego czasu. Nie
zamieniliśmy nawet słowa. Mimo to po kilku miesiącach pustki wystarczyło jedno
spojrzenie, bym poczuła, że wciąż żyję.
Nie
mogłam znać wszystkich mieszkańców miasta, ale mężczyzny takiego jak ten się
nie zapomina. Poza tym blizna musiała być jego znakiem rozpoznawczym. Nie
szpeciła go. Sprawiała jedynie, że jego piękno stawało się bardziej surowe.
Dzikie. Niebezpieczne. Nieoczywiste. Chciałam wiedzieć więcej.
Ogarnij się, Sara.
Tego
typu zauroczenia nie zdarzały mi się często. Do diabła, w swoim życiu byłam
tylko z jednym facetem, i to na drugim roku studiów, więc moja wiedza o
relacjach damsko-męskich była raczej teoretyczna. Ale to nienajlepszy moment na
rozmyślania. Szatnia zaczyna wypełniać się innymi kobietami, więc zbieram się
do wyjścia. Chwytam swoją torbę i pcham drzwi na korytarz.
–
Przepraszam! – krzyczę, kiedy słyszę głuchy łoskot uderzenia drzwi o czyjeś
ciało.
Zamieram,
wpadając na właściciela zielonych tęczówek. Mężczyzna rozmasowuje obolałe
ramię. Przez moment dostrzegam w jego oczach rozpoznanie, jakby dokładnie
wiedział, że przed chwilą myślałam właśnie o nim. Stoimy tak dłuższą chwilę bez
słowa. Jego bliskość odurza i sprawia, że czuję, jakbym stała na krawędzi
klifu. Tylko od niego zależy, czy skoczę.
Chcę
jakoś zacząć rozmowę, ale w głowie mam pustkę. To dla mnie nowość, bo nie
należę do osób, które zapominają języka w gębie. A tu proszę: żadna z myśli,
które majaczą na obrzeżach mojego mózgu, nie chce znaleźć drogi do ust. Chcę
wiedzieć, dlaczego okazuje mi taką wrogość. Skąd w nim tyle gniewu? Pragnę mu
wyznać, że od dawna nie czułam potrzeby, by poznać historię drugiej osoby tak
bardzo jak jego. To głupie, ale chcę, by wiedział, że ktoś zniszczył we mnie
ciekawość świata. Że dzięki niemu coś dzisiaj poczułam. Że to ważne. I dobre.
Ale zamiast tego po prostu patrzę. Być może widzę go ostatni raz. Dlatego
pozwalam sobie podziwiać. Nasycić się nim.
Jego
ciemne włosy są wciąż mokre po prysznicu. Piękne ciało ukrył pod zieloną
koszulką z długim rękawem i dżinsami. Różowa blizna z bliska wydaje się krzywym
uśmiechem. Mogłaby nim być, gdyby uniósł prawy kącik ust. Ale nie robi tego. W
jego oczach dostrzegam jakąś mieszankę emocji, choć szybko opuszcza wzrok i ukrywa
uczucia. Zaciska pięści. Potem rozluźnia. Rejestruję ten ruch kątem oka, bo
przecież nadal się na niego gapię. Nie ruszam się z miejsca. Czekam. W końcu
słyszę tylko ciche przekleństwo. Nieznajomy oddala się szybko do wyjścia. A ja
rzucam się z klifu. Rozczarowana. Odrzucona. Zdezorientowana.
Wzdycham
głośno i robię to, co robiłam przez ostatni czas. Wyłączam się. Czym prędzej
opuszczam siłownię i wracam do domu. Mój pierwszy trening trwał zaledwie
kilkadziesiąt minut, więc tak naprawdę mam jeszcze sporą część dnia przed sobą,
a wolałabym, żeby już dobiegał końca. Na dworze wciąż jest jasno, ale mijany
krajobraz jest dla mnie jedynie zamazaną plamą.
Podjeżdżam
pod dom. Rodziców wciąż nie ma. Zerkam na zegarek, jest jeszcze wcześnie, ale
im szybciej zasnę, tym szybciej wyłączę rzeczywistość. Łykam tabletki nasenne i
popijam jogurtem proteinowym. A potem kładę się spać. Jutro zacznę walkę od
nowa. Dziś się poddaję.


Komentarze
Prześlij komentarz