[PATRONAT] Rozdział drugi "Jego obietnica" Anna Ciołko



Rozdział drugi

 

Po południu mój dobry humor się ulatnia. Rodzice pracują do późna, a samotne siedzenie w domu zaczyna mnie nudzić. Wcześniejszy tryb życia w Warszawie przyzwyczaił mnie do ciągłego biegu i działania na podwyższonych obrotach. Powinnam się cieszyć, że wreszcie mam szansę zwolnić i odpocząć, ale miesiąc leniuchowania całkowicie wystarczył.

Biorę do ręki jedną z książek leżącą obok łóżka, jednak nie potrafię skupić się na akcji. Wiem jedno: muszę pozbyć się energii, która domaga się spuszczenia ze smyczy. Jest środek tygodnia, co oznacza, że nie mam zbyt wielu opcji. Nie jestem typem imprezowiczki, ale lubię przebywać wśród ludzi. Dominika dbała o to, byśmy poza pracą znalazły czas na trochę rozrywki. W lecie najczęściej pędziłyśmy nad Wisłę, by popijać ukradkiem wino i grać w badmintona. Zimą chodziłyśmy do najdziwniejszych pubów i klubów, jakie udało się znaleźć. Raz skończyłyśmy wieczór, świętując urodziny siedemdziesięcioletniej Chinki, która mieszkała w Polsce od kilku lat. Dominika przez rok uczyła się chińskiego, więc cieszyła się, że będzie mogła poćwiczyć język. Zaliczyła niezręczne wpadki, ale na szczęście cała chińska rodzina wykazała się wyrozumiałością. Albo przynajmniej tak nam się wydawało. Nieważne. Omijałyśmy najmodniejsze miejsca, wychodząc z założenia, że najlepsze rzeczy dzieją się tam, gdzie liczy się dobra zabawa, a nie idealna stylizacja, grubość portfela czy liczba obserwujących na Instagramie.

W czasach liceum włóczyłam się ze znajomymi po parku albo zajadałam pizzą w ulubionej knajpce, ale raczej z powodu braku alternatywy niż dlatego, że nie lubiłam próbować nowych rzeczy. W miasteczku największą atrakcją była wielka dyskoteka, która przyciągała okoliczną młodzież w każdy weekend. Tak przynajmniej było kiedyś. Większość znajomych uciekła stąd zaraz po skończeniu szkoły średniej, więc mimo że jestem u siebie, czuję się tak, jakbym zaczynała od zera. Nigdy nie miałam wielkiej potrzeby otaczania się tłumem ludzi, ale fajnie byłoby mieć tu kogoś, z kim mogę chociaż raz na jakiś czas wyskoczyć na piwo czy zwykły spacer. Cóż, muszę być cierpliwa.

Plan na teraz? Siłownia.

Kilka miesięcy temu zapisałam się w Warszawie na kickboxing. Niestety, przygoda z tym sportem skończyła się wraz z powrotem do domu. Lubiłam swoje ciało z każdą z niedoskonałości, ale ruch dostarczał mi niezbędnych endorfin. Poza tym musiałam skończyć z życiem jak dzikus. Nie mogłam się ciągle izolować w obawie, że spotkam kogoś znajomego. Samotne bieganie w pobliskim lesie też przestało sprawiać frajdę.

W szafie znajduję wygodny szary strój sportowy i ulubione różowe adidasy. Zrzucam przy łóżku japonki, krzywiąc się na widok odchodzącego lakieru na paznokciach u stóp. Czas spędzony w domu sprawił, że nieco się zaniedbałam. Tym bardziej cieszę się z wyjścia do ludzi. Dzięki temu przestanę chodzić pół dnia w piżamie. No i zainwestuję w pedikiur. Chyba.

Pakuję wszystko do torby i zostawiam rodzicom kartkę w kuchni, informując, gdzie jestem. Rozmawialiśmy godzinę temu przez telefon, ale wiem, że martwiliby się, gdybym nie dała znać, co robię. Po niespodziewanym powrocie z Warszawy obchodzą się ze mną jak z jajkiem. To nie jest scenariusz, na który wszyscy byli gotowi. Mama wypytuje o jakieś szczegóły, ale zbywam ją ogólnikami. Tato zajmuje się stałymi dostawami białej czekolady i lodów waniliowych, jakby wyczuwał, że rozpieszczanie mnie to jedyne, co teraz może zrobić. Jestem jedynaczką, więc całą swoją uwagę skupiają na mnie. A ja bardzo staram się ich nie zawieść. To pragnienie, by dawać powody jedynie do zadowolenia, czasami bywa męczące. Wiem, że nigdy nie wymagali, bym była idealna, ale podświadomie zawsze starałam się sprawiać jak najmniej kłopotów. Z drugiej strony pewnie nigdy nie sądzili, że wrócę do domu po studiach. Od małego snułam niekończące się plany, by spoglądać na świat z okien wieżowców. Nie miałam pojęcia, jak wdrapać się na szczyt, jednak wiedziałam, że będę w stanie ciężko pracować, by spełnić marzenia. Powrót do domu okazał się cenną lekcją. Zdobyłam swój prywatny Mount Everest w wieku dwudziestu trzech lat, ale nie byłam przygotowana na lawinę, która zrzuciła mnie do pierwszej bazy.

Znów niepotrzebnie analizuję przeszłość, dlatego otrząsam się z ponurych myśli.

Zamykam drzwi na klucz, a potem pakuję się do samochodu, który kupiłam rok temu od kolegi z pracy. Chciał pozbyć się maleńkiego forda za grosze, a mnie z miejsca przypadł do gustu błękitny kolor auta. Wymagał niewielkiej naprawy, ale po niej działał bez zarzutu. Poza tym mieścił się bez problemu na ciasnych parkingach, wciśnięty między wielkie i nieporęczne SUV-y.

Do siłowni dojeżdżam, wybierając okrężną drogę, byle ominąć centrum miasta, które pomiędzy godziną piętnastą a szesnastą jest zawsze zakorkowane. Znalezienie wolnego miejsca graniczy z cudem – trochę się zmieniło od mojej ostatniej wizyty. Pamiętam, że dwa lata temu Gaja, właścicielka siłowni, skarżyła się, że musi dokładać do klubu coraz więcej. Najwyraźniej trend na aktywny i zdrowy styl życia zyskał popularność też tutaj.

Po wejściu do środka oprócz powiewu klimatyzacji wita mnie także delikatny szum, na który składa się tupanie oraz szybka muzyka. Rozglądam się i łapię kontakt wzrokowy z mężczyzną stojącym przy kontuarze.

– Dzień doberek! – Macha ręką, przywołując mnie bliżej. Jego wesołe powitanie jest komicznie, ponieważ ma mocny, niski głos, brzmiący, jakby wydobywał się gdzieś z głębi wyrzeźbionego brzucha.

Ściskam rękę, którą wyciąga ponad szklanym blatem. W ciągu sekundy przyciąga mnie bliżej i przybija skomplikowaną sekwencję żółwików. Mimowolnie parskam śmiechem i pozwalam zakończyć powitanie uściskiem niedźwiedzia.

– Dzień doberek. Wejściówkę poproszę.

Staram się opanować, ale czuję się tak, jakbym nie mogła przestać się śmiać. Widocznie w ciągu jednego dnia będę musiała uwolnić wszelkie emocje, które tłumiłam przez pół roku. Na szczęście mężczyzna przygląda mi się z przyjaznym zainteresowaniem. Musi mieć chyba ze dwa metry wzrostu, bo rozmawiając z nim, mocno zadzieram głowę.

– Gdyby szefowa pozwalała dawać zniżkę za urodę, miałaby pani taką jak w banku! – wyznaje z uśmiechem, który sięga aż jego piwnych oczu. – Ale jesteśmy najlepsi w mieście, więc warto wydać u nas każde pieniądze.

– Umie się pan zareklamować, nie ma co – stwierdzam i w międzyczasie wypełniam kartę klubu, którą podsunął mi chwilę wcześniej.

Arek, bo tak nazywa się trener, opowiada dokładnie o wszystkich prowadzonych w klubie zajęciach i dodatkowych opcjach. Decyduję się na otwarty karnet. W Warszawie za tę cenę mogłabym skorzystać z siłowni nie więcej niż cztery razy w miesiącu. W duchu dziękuję temu, kto zniszczył moją karierę w stolicy – na powrocie do niewielkiego miasteczka na pewno zaoszczędzę.

Po krótkiej rozmowie z Arkiem szybko wskakuję w strój do ćwiczeń. Postanawiam znaleźć wolną bieżnię. W razie potrzeby mogę poprosić o pomoc czy poradę jednego z trzech trenerów kręcących się na dwóch poziomach siłowni. Po wyjściu z szatni mam możliwość spokojnego obejrzenia klubu, który zmienił się od czasu, kiedy byłam tu ostatni raz. Wcześniejszy fiolet na ścianach zastąpił soczysty pomarańcz. Tupanie, które słyszałam po wejściu, okazało się dochodzić z lustrzanej sali, gdzie odbywały się zajęcia zumby. W kolejnej salce, z przeszklonym dachem, za pół godziny będzie joga. Obiecuję sobie, że znajdę czas, by spróbować czegoś nowego z klubowej oferty. Oczywiście jeśli uda mi się dobrze zorganizować pracę w gazecie.

Zanim docieram do pomieszczenia, gdzie – jak poinformował mnie Arek – miałam znaleźć bieżnie, wpadam na Gaję, właścicielkę klubu i dobrą koleżankę mojej mamy.

– Sara? Ale niespodzianka! – Przyciąga mnie do siebie i przytula. – Ewa nie mówiła, że przyjeżdżasz.

Wdycham lawendowy zapach, który od zawsze z nią kojarzę, i odprężam się.

– Jakiś czas temu wróciłam do miasta. – Wzruszam ramionami, jakby to nie było nic takiego.

– Wróciłaś… chcesz powiedzieć, że na stałe?

– Nie wiem, czy na stałe, ale na pewno jestem tu na dłużej. Dostałam pracę – dodaję w pośpiechu.

– Tutaj? Gratulacje! – Znów wtulam się w jej chude i znajome ciało.

Mama spędzała z nią dużo czasu. Od małego przesiadywałam na jej kolanach, słuchając o wycieczkach do Indii czy Japonii. Bliskość Gai działa kojąco nawet po latach. Jest już grubo po pięćdziesiątce, ale szare oczy wciąż błyszczą jak u nastolatki. Przyprószone siwizną włosy związane w warkocz sprawiają, że wygląda jak niefrasobliwa dziewczynka. Z jakiegoś powodu mam wrażenie, że brakowało mi takiej życzliwości i bliskości, którą zostałam obdarowana jednego dnia w rodzinnym miasteczku. Miła redaktor naczelna tygodnika, teraz instruktor Arek i Gaja – każda z tych osób w jakiś sposób sprawiła, że kolejny dzień na zesłaniu stał się bardziej znośny. W stolicy rzadko miałam czas, żeby porozmawiać z kimś znajomym. Zazwyczaj każdego gonił jakiś deadline albo po prostu łatwiej było załatwić drobne uprzejmości za pomocą miłego komentarza czy polubienia. Z Gają gawędzimy dobrych piętnaście minut, wymieniając się informacjami i plotkami. W końcu jednak znika na zajęciach jogi, które prowadzi od dziesięciu lat. Obiecuję, że wpadnę innym razem, i w końcu wchodzę na salę do ćwiczeń. Rozglądam się szybko i przeklinam pod nosem. Jestem na sali pełnej facetów. I tylko facetów. W różnym wieku. Ani jednej kobiety. No, fajnie. Nie jestem przesadnie wstydliwa, ale nie lubię też zwracać aż takiej uwagi. A w tym momencie czuję się jak jednorożec. Wszystkie spojrzenia wlepione są we mnie.

Sorki, panowie, wkraczam na wasz teren.

Dochodzę do ściany na samym końcu i zajmuję wolną bieżnię.

Mały sukces.

Z głośników leci głośna taneczna muzyka, ale odpalam własną playlistę, zakładając słuchawki i odcinając się od świata. Kwabs i jego Walk nadaje tempo moim ćwiczeniom. Zaczynam od marszu. Cieszę się, że bieżnia znajduje się na samym końcu. Większość urządzeń ustawiona jest przede mną, w różnych kierunkach. Ci, którzy muszą wykręcać tułów, by mnie dostrzec, szybko wracają do swoich ćwiczeń. Pewnie kobiety są tu rzadkimi gośćmi, bo korzystają głównie z zajęć fitness, więc budzę małą sensację.

Zaczynam biec ze wzrokiem wbitym w ekran telewizora, na którym migają kolorowe teledyski. Staram się nie zwracać uwagi na nikogo. Dzięki temu liczba obserwujących zmniejsza się do minimum. Kiedyś pewnie przyglądałabym się wszystkim obecnym, starając się wyczuć ciekawą historię. Byłam dziennikarzem i choć nie interesowała mnie sensacja, lubiłam poznawać i rozpracowywać ludzi. Z doświadczenia wiedziałam, że za każdą z tych osób kryje się jakaś prawda. Czasem przyjemna, kiedy indziej nie. Ale byłam głodna innych. Ciekawa drugiego człowieka. Nie chodziło nawet o szukanie historii do artykułów. Większość tego, nad czym pracowałam, nie nadawało się do gazet. Za mało było tam skandalu, kłamstw czy brutalności, a mnie nie interesowały tylko tragedie czy sukcesy. Chciałam poznać to, co pomiędzy. Zwykłe życie. Małe zwycięstwa i codzienne porażki. To dlatego w moim laptopie pełno było folderów, gdzie zapisywałam nagrania rozmów z barmanami, pasażerami metra czy spacerującą po warszawskich Łazienkach babcią. Tyle że od trzech miesięcy na dysku nie pojawiło się nic nowego. Ktoś sprawił, że zamiast lgnąć do ludzi, przestałam im ufać.

Czuję, jak serce zaczyna szybciej pompować krew, a na karku pojawiają się pierwsze kropelki potu. Trzymam równe tempo, majstrując przy okazji przy ustawieniach bieżni. Staram się nie zwracać uwagi na upływający czas. Ale to wciąż za wolno. Muszę zmusić ciało do takiego wysiłku, by czuć jedynie zmęczenie i ból fizyczny. Może wtedy uda mi się zablokować myśli, które są jak trucizna.

Przyspieszam. Biegnę, jak gdyby goniła mnie sfora psów. Napędza mnie porażka, zranione serce i gniew. Jestem wściekła, że znów powracam do przeszłości. Nienawidzę tego, że wciąż śnię o tamtym mężczyźnie. Biegnę, aż zamazuje mi się obraz przed oczami. Przyspieszony puls sprawia, że słyszę jedynie dudnienie w uszach. Mam mdłości, a płuca płoną żywym ogniem. Uderzam zrezygnowana w bieżnię i opieram się o chłodną ścianę.

Znów mnie pokonałeś.

Widzę, że kilka osób ćwiczących najbliżej przygląda mi się ze zmartwieniem.

Przyciskam dłonie do czoła, starając się opanować nierówny oddech. Cała koszulka jest mokra, ale mam to gdzieś. Daję sobie chwilę na uspokojenie, a następnie podchodzę do skośnej ławki. Dawno nie ćwiczyłam, więc działam bez konkretnego planu. Kładę się na ławce i wykonuję serię brzuszków, bezmyślnie zmuszam ciało do wysiłku. Kiedy po raz kolejny się podnoszę, trafiam na parę wpatrzonych we mnie zielonych oczu.

Zastygam zaskoczona niechcianą uwagą.

Mężczyzna ćwiczy jakieś trzy metry dalej. Pełne usta zacisnął w cienką linię, ale to nie brak uśmiechu sprawia, że mam gęsią skórkę. Przyczyną jest to, co dostrzegam w zimnych zielonych oczach. Wrogość. Wyczuwam ją mimo dzielącej nas odległości. Oszołomiona, przerywam kontakt wzrokowy, choć zanim się opuszczę, rzucam mu dyskretne spojrzenie.

Ma silne, szerokie ramiona, których mięśnie rysują się, kiedy podnosi sztangę. Szare spodenki wiszą nisko na biodrach, ledwo zakrywając długie nogi. Skóra ma kolor herbaty z mlekiem, a ja nagle czuję się spragniona. Mężczyzna ma krótko przystrzyżone, ciemne włosy, dzięki czemu twarz wydaje się jeszcze bardziej wyeksponowana. Mocno zarysowaną szczękę pokrywa zarost, pod którym dostrzegam bliznę. Ciemna, różowa szrama biegnie od prawego kącika ust do prawego ucha. Rana musiała być głęboka. Zwykłe zadrapanie nie zostawiłoby takiego śladu.

Co ci się stało?

Widzę, że zauważył, co wzbudziło moje zainteresowanie. Przechyla głowę, a jego wzrok przesuwa się z moich oczu na usta. Wstrzymuję oddech, świadoma pełnej uwagi. Brunet po długiej chwili przymyka powieki i marszczy czoło. Kiedy otwiera oczy i unosi sztangę, jego spojrzenie znów jest zimne i nieprzyjemne. Ruchy stają się szybkie i agresywne. Powtórzenia gniewne i niemal brutalne. Sposób, w jaki ćwiczy, przypomina mój własny pełen emocji bieg sprzed kilku chwil. Wygląda na to, że on również traktuje wysiłek fizyczny jako metodę na odreagowanie.

Nie pozwalam, by jego obecność zakłócała moją sesję terapeutyczną. Przyjmuję wyzwanie, nawet nie udając, że niczego nie zauważyłam. Ćwiczymy, nie odrywając od siebie oczu. Nasze powtórzenia są idealnie zsynchronizowane. Czuję, jak mięśnie zaczynają płonąć, jednak nie jestem w stanie przerwać. Mam wrażenie, jakbyśmy prowadzili rozmowę, nie używając słów. Nie wiem, jak to możliwe, ale jego wrogość przeraża mnie i podnieca jednocześnie. Najwyraźniej podczas ćwiczeń straciłam zdrowy rozsądek, a kontrolę przejął pierwotny instynkt, który uaktywnił się pod wpływem testosteronu wypełniającego siłownię. Brutalność i siła, jakimi emanuje mężczyzna, rozbudzają te części, których nikt dotąd nie poruszył. Przeczesuję umysł w poszukiwaniu podobnych emocji, ale żaden mężczyzna tak bardzo mnie nie pochłonął. Wstyd rozpala moje policzki, gdy uświadamiam sobie, że patrzę na niego z otwartym pożądaniem.

Nieznajomy niespodziewanie robi przerwę przed kolejną serią i odkłada sztangę. Odwraca się bokiem, pozbawiając mnie tym samym widoku blizny. Nie wiem, ile już powtórzeń zaliczyłam ani ile przerw ominęłam, ale działam jak na autopilocie.

– Sara?

Odruchowo podskakuję, kiedy nade mną pochyla się czyjaś postać.

– Tomek? Boże, ale mnie przestraszyłeś.

Podnoszę się i odwracam tyłem do Nieznajomego Przystojniaka, skupiając całą uwagę na Tomku, z którym chodziłam do jednej klasy w liceum.

– Sorki, nie chciałem cię przestraszyć. – Unosi wysoko ręce w przepraszającym geście. – Nie byłem pewny, czy to ty. Zmieniłaś się, dziewczyno.

Wyczuwam na sobie spojrzenie kolesia „Nie znam cię, ale i tak cię nie lubię”, mimo to ignoruję go i skupiam się na koledze z klasy. Znajoma twarz budzi we mnie mieszane uczucia. Czuję się z nim swobodnie, ale martwię się, że będę musiała tłumaczyć się z powrotu.

– Ty za to wyglądasz jak zawsze. Same mięśnie i zero mózgu – dokuczam mu i szturcham go jak za dawnych czasów.

Tomek był piłkarzem lokalnego klubu i fanem kobiet, więc zawsze dużo pracy wkładał w swój wygląd. Miał wielkie serce, ale słabość do głupich dziewczyn, przez co dawniej się z niego nabijałam.

Chłopak wybucha głośnym śmiechem i wskazuje na mnie palcem.

– Zawsze umiałaś poznać się na człowieku. Nie wiedziałem, że przyjechałaś do domu. Masz wolne w pracy?

Słyszę jakiś dźwięk za plecami. Kątem oka widzę, że Nieznajomy podchodzi bliżej, by zająć miejsce na suwnicy po prawej stronie. Jestem boleśnie świadoma jego obecności. Chcę, żeby się odezwał, bo muszę usłyszeć jego głos. Tymczasem on, w przeciwieństwie do innych ćwiczących, nie wdaje się w rozmowy. Jest skupiony na ćwiczeniach i wydaje się nie zwracać uwagi na pozostałych. Poza mną. Ale mnie też tu nie chce. Mówi o tym język jego całego ciała, a trochę się na tym znam. Na dziennikarstwie zasypywali nas informacjami z komunikacji niewerbalnej przez cały semestr.

– Wróciłam na dłużej – wyznaję i liczę, że Tomek nie będzie drążył tematu. W liceum tworzyliśmy paczkę, ale wraz z pójściem na studia kontakt się rozluźnił. Widywaliśmy się raz, góra dwa do roku.

– Jak to na dłużej? A co z twoją wymarzoną pracą? Nawijałaś o stolicy przez całe liceum. – Chłopak zasypuje mnie pytaniami, na które nie chcę odpowiadać. Nie jest wścibski, po prostu wie, jak długo planowałam życie w Warszawie. Pewnie nawet nie obchodzi go za bardzo powód, więc mogłabym powiedzieć cokolwiek.

Widzę, że nieznajomy przerywa ćwiczenia i czeka na odpowiedź. Nagle czuję się zmęczona. I chyba po raz pierwszy od pewnego czasu mówię to, co czuję.

– Czasem coś, o czym marzymy, okazuje się prawdziwym koszmarem.

Spoglądam w bok. W zielonych oczach pojawia się dezorientacja i pytanie. Wcześniejszą wrogość zastępują zainteresowanie i troska. Przez moment mam wrażenie, że jesteśmy tu tylko my dwoje. Odwracam wzrok, czując się dziwnie bezbronna i odsłonięta. Skupiam się na Tomku, który marszczy brwi.

– Nie rozumiem. Nie pracujesz już w gazecie?

Kręcę głową. W tym samym momencie przystojniak z blizną zrywa się na nogi i nie oglądając za siebie, wychodzi do szatni. Kurczę się, czując, że niewidzialne porozumienie zostało w ciągu sekundy zerwane.

– Sara, halo?

Gapię się tępo na Tomka. Wiem, że zauważył moje dziwne zachowanie. Dawniej, kiedy wpadaliśmy na siebie na ulicy, potrafiliśmy przegadać dobrą godzinę, zanim dotarło do nas, że stoimy na chodniku i blokujemy przejście. Zazwyczaj to ja przysłuchiwałam się jego paplaninie, ale nie przeszkadzało mi to.

Lubiłam słuchać. A ludzie szybko obdarzali mnie zaufaniem. Ceniłam to, zawsze dochowując tajemnicy. Dziennikarskie śledztwo miało podobny charakter, ale starałam się z rozwagą wykorzystywać pozyskane informacje. Tomek nie zasługiwał, bym go lekceważyła, dlatego musiałam jak najszybciej zareagować. A potem uciec.

– Przepraszam, chyba przesadziłam z ćwiczeniami. Trochę kręci mi się w głowie – kłamię, ale wiem, że im szybciej stąd wyjdę, tym łatwiej będzie przy kolejnym spotkaniu.

– No tak, jakoś kiepsko wyglądasz.

– Dzięki, stary. Tak w ogóle, dostałam pracę w mieście i przez jakiś czas nigdzie się nie ruszam. Jakby co, to piszę się na piwo albo na kosza. Jak za dawnych czasów, jeden na jednego, pamiętasz?

Improwizuję, ale ta taktyka działa. Tomek upewnia się, że ma mój aktualny numer, i odpuszcza. Żegnamy się, a następnie wychodzę do szatni. Miałam nadzieję, że po miesiącu spędzonym w domu udało mi się nieco ogarnąć. Okazało się, że wciąż nie poukładałam sobie w głowie pewnych spraw i póki co jedynym wyjściem jest rzucenie się w wir pracy. Już od jutra. To bezpieczny teren. Coś, co znam.

Do tego to dziwne zachowanie nieznajomego z siłowni. Wytrąciło mnie z równowagi. A raczej z fasady normalności, którą starałam się zbudować od pewnego czasu. Nie zamieniliśmy nawet słowa. Mimo to po kilku miesiącach pustki wystarczyło jedno spojrzenie, bym poczuła, że wciąż żyję.

Nie mogłam znać wszystkich mieszkańców miasta, ale mężczyzny takiego jak ten się nie zapomina. Poza tym blizna musiała być jego znakiem rozpoznawczym. Nie szpeciła go. Sprawiała jedynie, że jego piękno stawało się bardziej surowe. Dzikie. Niebezpieczne. Nieoczywiste. Chciałam wiedzieć więcej.

Ogarnij się, Sara.

Tego typu zauroczenia nie zdarzały mi się często. Do diabła, w swoim życiu byłam tylko z jednym facetem, i to na drugim roku studiów, więc moja wiedza o relacjach damsko-męskich była raczej teoretyczna. Ale to nienajlepszy moment na rozmyślania. Szatnia zaczyna wypełniać się innymi kobietami, więc zbieram się do wyjścia. Chwytam swoją torbę i pcham drzwi na korytarz.

– Przepraszam! – krzyczę, kiedy słyszę głuchy łoskot uderzenia drzwi o czyjeś ciało.

Zamieram, wpadając na właściciela zielonych tęczówek. Mężczyzna rozmasowuje obolałe ramię. Przez moment dostrzegam w jego oczach rozpoznanie, jakby dokładnie wiedział, że przed chwilą myślałam właśnie o nim. Stoimy tak dłuższą chwilę bez słowa. Jego bliskość odurza i sprawia, że czuję, jakbym stała na krawędzi klifu. Tylko od niego zależy, czy skoczę.

Chcę jakoś zacząć rozmowę, ale w głowie mam pustkę. To dla mnie nowość, bo nie należę do osób, które zapominają języka w gębie. A tu proszę: żadna z myśli, które majaczą na obrzeżach mojego mózgu, nie chce znaleźć drogi do ust. Chcę wiedzieć, dlaczego okazuje mi taką wrogość. Skąd w nim tyle gniewu? Pragnę mu wyznać, że od dawna nie czułam potrzeby, by poznać historię drugiej osoby tak bardzo jak jego. To głupie, ale chcę, by wiedział, że ktoś zniszczył we mnie ciekawość świata. Że dzięki niemu coś dzisiaj poczułam. Że to ważne. I dobre. Ale zamiast tego po prostu patrzę. Być może widzę go ostatni raz. Dlatego pozwalam sobie podziwiać. Nasycić się nim.

Jego ciemne włosy są wciąż mokre po prysznicu. Piękne ciało ukrył pod zieloną koszulką z długim rękawem i dżinsami. Różowa blizna z bliska wydaje się krzywym uśmiechem. Mogłaby nim być, gdyby uniósł prawy kącik ust. Ale nie robi tego. W jego oczach dostrzegam jakąś mieszankę emocji, choć szybko opuszcza wzrok i ukrywa uczucia. Zaciska pięści. Potem rozluźnia. Rejestruję ten ruch kątem oka, bo przecież nadal się na niego gapię. Nie ruszam się z miejsca. Czekam. W końcu słyszę tylko ciche przekleństwo. Nieznajomy oddala się szybko do wyjścia. A ja rzucam się z klifu. Rozczarowana. Odrzucona. Zdezorientowana.

Wzdycham głośno i robię to, co robiłam przez ostatni czas. Wyłączam się. Czym prędzej opuszczam siłownię i wracam do domu. Mój pierwszy trening trwał zaledwie kilkadziesiąt minut, więc tak naprawdę mam jeszcze sporą część dnia przed sobą, a wolałabym, żeby już dobiegał końca. Na dworze wciąż jest jasno, ale mijany krajobraz jest dla mnie jedynie zamazaną plamą.

Podjeżdżam pod dom. Rodziców wciąż nie ma. Zerkam na zegarek, jest jeszcze wcześnie, ale im szybciej zasnę, tym szybciej wyłączę rzeczywistość. Łykam tabletki nasenne i popijam jogurtem proteinowym. A potem kładę się spać. Jutro zacznę walkę od nowa. Dziś się poddaję.




 

Komentarze

Popularne posty