[PATRONAT] Rozdział trzeci "Krwawy obowiązek. Polina" Amelia Sowińska

 


Rozdział 3

Dwa lata wcześniej

Polina

 

Nie byłam pewna, jakim cudem udało się przekonać Michaiła, ale pozwolił mi zostać w Nowym Jorku na umówione siedem tygodni. I chociaż pierwszy raz w życiu mogłam oddychać pełną piersią, to sen z powiek spędzała mi perspektywa małżeństwa z Callaro. 

            Skłamałabym, mówiąc, że to spełnienie moich marzeń. Zdecydowanie nie, ale w świecie bratwy nie istniało miejsce na snucie mrzonek o wolności i poślubieniu kogoś z czystej miłości. Mimo to Franco stał się najlepszą opcją z możliwych. Przede wszystkim zapewniłby mi ucieczkę z Moskwy, o której skrycie marzyłam od dziecka. Nigdy więcej tych podłych, zakłamanych twarzy. Nigdy więcej cierpienia, rodziny, która traktuje mnie jak towar na wymianę

            Istniały zalety tej nietypowej umowy, ale przeszkadzał mi jeden nieznośny fakt. Franco należał do grupy mężczyzn „cholernie przystojnych i niedostępnych” i musiałabym być ślepa, by tego nie zauważyć. Moja dekoncentracja spowodowana jego obecnością nie poprawiała moich zdolności logicznego myślenia. Obawiałam się, że mogłabym łatwo ulec jego urokowi, chociaż od tamtej pamiętnej kolacji unikał mojego dotyku jak ognia piekielnego. W zasadzie w ogóle mnie nie dotykał, nawet na przywitanie. Delikatne skinienie głowy i dystans, który działał mi na nerwy. Im bardziej mnie od siebie odsuwał, tym częściej o nim myślałam, ciągle wracając do uczucia jego palców na mojej kobiecości. 

            Niestety, często musiałam się stopować i usilnie starałam się wymazać obraz jego roziskrzonych brązowych oczu. Mimo tej drobnej komplikacji cieszyłam się perspektywą zmiany swojego życia. 

            Wręcz nie mogłam się doczekać, by spakować walizki i na stałe zamieszkać w Nowym Jorku. Nawet jeśli oznaczało to kolejną złotą klatkę, to tym razem bez moich demonów. Dużo więcej miejsca i zdecydowanie przyjemniej. Nie licząc zimnego jak lód męża, ale tym nie chciałam się teraz przejmować. 

            Ucieszona tą małą wizją szykowałam się na przyjęcie zorganizowane specjalnie przez famiglię. Spodziewałam się całonocnego świętowania z okazji zaręczyn i wzmocnienia unii, jednak nie chciałam wielkiego splendoru. Nie byłam gotowa na bycie w centrum uwagi w tłumie fałszywych twarzy oraz obok cudownej przyszłej teściowej. Zdawałam sobie jednak sprawę, że czas nie grał na korzyść bratwy.

            Do ślubu zostały niespełna dwa tygodnie i wszystkie przygotowania prowadzono za moimi plecami. Ja miałam skupić się tylko na jednym zadaniu. Poznanie małej, pięcioletniej Valerii, która była oczkiem w głowie mojego narzeczonego. 

            Początkowo obawiałam się, że trudno będzie złapać nić porozumienia z tą małą dziewczynką. Nikt, kto mnie znał, nie nazwałby mnie otwartą osobą, a doświadczenie życiowe sprawiło, że byłam nieufna wobec innych. Nawet dzieci, które od dnia narodzin obciążone były grzechami noszonego nazwiska.

            Czy miałam więc jakiekolwiek szanse, by wkraść się w łaski małej księżniczki famiglii? Ignorując obawy, musiałam spróbować i uznałam, że może to być dobry trening przed posiadaniem własnego potomstwa. A z tego, co wiem, z warunków unii wynika, że mam w ekspresowym czasie urodzić dziedzica. Przewróciłam oczami na tę irracjonalną myśl, jakby moja rola miała sprowadzać się do bycia żywym inkubatorem. Patrząc na obojętność mojego przyszłego męża, prawdopodobnie rozważał in vitro, byleby nigdy więcej mnie nie dotknąć. 

            Miałam jednak przeczucie, że los rozd mi dobre karty. Dużo do zyskania, jeśli tylko się postaram. 

            Byłam przygotowana na poznanie rozwydrzonej małej księżniczki tatusia. Ku mojej uldze Valeria okazała się mądrą i grzeczną dziewczynką, wychowaną na prawdziwą małą damę. Z początku patrzyła na mnie podejrzliwym wzrokiem, pełnym nieufności i, jak wyczuwałam, lekkiej zazdrości o uwagę ojca, ale szybko wciągnęłam ją w wir rozmowy. Nie wywyższała się swoim pochodzeniem i często odlatywała myślami gdzieś hen daleko, jakby żyła trochę w chmurach. Zazdrościłam jej tej cudownej beztroski i, jak się zdawało, szczęśliwego dzieciństwa.

            Pamiętam, jak pewnego słonecznego dnia przechadzałyśmy się po Muzeum Sztuki, gdy w pewnym momencie złapała mnie za rękę i pociągnęła do znanego obrazu Botticellego. Gestem dłoni poprosiła, bym schyliła się ku jej słodkiej buźce.

            – Widzisz ten obraz? – szepnęła mi na ucho. 

            Pokiwałam ostrożnie głową, wpatrując się w zachwycającą Wenus z Milo. Długowłosa kobieta stojąca w muszli, przedstawiona w akcie swoich narodzin. Klasyka.  Niewątpliwie był to jeden z moich ulubionych obrazów, chociaż dużo bardziej wolałam sztukę współczesną i abstrakcjonizm. Szczególnie łączenia różnorakich barw, figur geometrycznych i twarzy, co tworzyło niesamowity efekt końcowy. 

            Zdradzę ci sekret, ale jeśli obiecasz zachować go w tajemnicy – powiedziała słodkim głosikiem pięciolatki.

            Z uśmiechem na ustach i dumą w piersi wyciągnęłam do niej mały palec prawej ręki i złączyłam z jej palcem w haczyk symbolizujący znak naszej tajnej umowy. 

            Być może przebywanie z dziećmi nie stanowiło takiego wyzwania, jakiego się spodziewałam. Zaczynałam darzyć tę małą szczerą sympatią. 

            – Obiecuję – odparłam.

            Valeria uśmiechnęła się z błyskiem ekscytacji w niebieskich oczach i niepewnie rzuciła szybkie spojrzenie na ojca, który z kpiącym uśmieszkiem wpatrywał się w inny obraz włoskiego malarza. Ciekawe, co go tak bawiło, ale nie mogłam non stop wpatrywać się w niego jak ostatnia desperatka.

            – U taty w piwnicy jest prawdziwa wersja obrazu. Ta tutaj – wskazała rączką na dzieło to tylko kopia. My mamy oryginał, który pokazujemy specjalnym gościom. – Spuściła zawstydzona głowę. – Miałam na myśli, że tatuś pokazuje, ale parę razy udało mi się zobaczyć takie spotkania. Schowałam się i widziałam, jak inni panowie, a czasem też panie, podnoszą karteczki z cyferkami, a potem kupują obraz. Za dużo pieniążków.

            – Licytują – poprawiłam automatycznie dziewczynkę, nie chcąc jednak burzyć jej szczerości. – I co dalej się dzieje?

            Valeria wzruszyła małymi ramionami i pokręciła blond grzywką, wydymając wargi.

            – Nie wiem. Nie mogę przebywać na dole, gdy przychodzą goście. Marianna się mną wtedy zajmuje.

            – Rozumiem. Dziękuję za powierzenie mi tej tajemnicy. Będzie ze mną bezpieczna – zapewniłam nową przyjaciółkę, a w ramach wdzięczności obdarzyła mnie słodkim uśmiechem, prezentując śnieżnobiałe ząbki.

Z pewnością któregoś dnia księżniczka mafii stanie się prawdziwą pięknością. Jej piaskowe blond włosy i ciemnoniebieskie oczy skryte są pod grubymi czarnymi rzęsami. Prawdziwa mała ślicznotka, a na dodatek swoją inteligencją potrafiła zawstydzić niejedną osobę.  

            Nic dziwnego, że Franco miał na jej punkcie świra. I chociaż wydawać by się mogło, że z przejęciem podziwia wystawę Metropolitan Art Gallery, to kątem oka śledził każdy nasz ruch.

            Gdy spędziłam więcej czasu z Val, zrozumiałam, dlaczego tak istotne znaczenie miał mój kontakt z nią. Dziewczynka nie potrzebowała macochy. Potrzebowała prawdziwej matki, jednak nie byłam pewna, czy kiedykolwiek umiałabym zdobyć się na taką bliskość. Musiałam spróbować i obiecałam sobie, że ze wszystkich sił będę starała się być dla niej jeśli nie matką, to chociaż najlepszą przyjaciółką.

            Podczas kolejnych spotkań, zawsze w towarzystwie Callaro i jego ochrony, spacerowałyśmy po Central Parku albo spędzałyśmy czas na plaży w Hamptons, ciesząc się ostatnimi urokami słońca. I chociaż podobał mi się czas spędzony z Valerią, to brakowało mi możliwości rozmowy z jej ojcem. Po naszym małym incydencie w bibliotece mężczyzna wydawał się w ogóle mnie nie zauważać. Cholernie mnie to frustrowało i przyprawiało o zgrzytanie zębami.

            Dlaczego nie potrafiłam wyrzucić go z głowy tak szybko, jak on zrobił to ze mną? Niestety, jak żałosna nowicjuszka w miłosnych podbojach wpatrywałam się w jego profil z tęsknotą i wściekłymi rumieńcami na twarzy.

            Wróciłam myślami na ziemię, by nie przygnębiać się przed przyjęciem. Spojrzałam w lustro, ćwicząc piękny, urzekający uśmiech. Musiałam rozluźnić mięśnie twarzy i zakryć pod złotą bransoletką moją gumkę-terapeutkę, którą strzelałam, by rozładować napięcie.

            Oceniłam krytycznym okiem swój wygląd, ale wyjątkowo nie mogłam nic sobie zarzucić. Długa, zielona welurowa suknia podkreślająca pokaźny biust oraz spięte w koński ogon czarne włosy. Powinnam zadowolić rodziców doborem kreacji i błyszczeć wśród włoskich panienek. 

            Gdy zeszłam po schodach, by oznajmić, że jestem gotowa, matka spojrzała na mnie spanikowanym wzrokiem. 

            – Odzywał się do ciebie Siergiej?

            Jej roztrzęsiony ton głosu przypomniał mi, że byłam dzieckiem drugiej kategorii. Nigdy wystarczająco ważna, by chociaż w dniu oficjalnej prezentacji być w centrum uwagi, dostać wsparcie, którego cholernie potrzebowałam.

            Zacisnęłam usta w wąską kreskę i prawie starłam fioletową szminkę. Nim zdążyłam się odezwać, kobieta wyjaśniła:

            – Nie widziałam ani jego, ani Sophii od prawie dwóch tygodni. Martwię się i nie wiem, co się dzieje z moimi dziećmi. Myślałam, że może coś wiesz. Słyszałam nadzieję w jej głosie.

            Zagotowana do czerwoności warknęłam w odpowiedzi:

            – Jakbyś nie zauważyła, nie rozmawiam z tym potworem, odkąd pozbawił życia moją jedyną przyjaciółkę. Być może to samo spotkało biedną Sophię, ale ostrzegałam ją przed tym życiem. Niestety, nie chciała mojej pomocy.

            Palnęłam to bez zastanowienia i w oczach matki dostrzegłam rozczarowanie. Oczywiście dobrze znałam ten wzrok. Ten wyraz twarzy mówiący, że Polina Durov nie umie się zachować, że nie wie, kiedy zamknąć pieprzone usta. Ale czy naprawdę wszyscy byli obojętni na śmierć Kateriny? To ona wyciągnęła do mnie dłoń, kiedy potrzebowałam bliskości i zrozumienia. Wciąż nie mogłam pogodzić się z jej nagłym odejściem i trudno było mi uwierzyć w nieszczęśliwy wypadek.  

            – Lepiej już jedźmy – powiedziała matka, chcąc załagodzić sytuację, i przez chwilę poczułam wyraźne wyrzuty sumienia.

            Przed tym cholernym małżeństwem byłam jedyną ulubienicą mojego brata i spędzałam z nim każdą wolną chwilę. Od dziecka nie radził sobie z emocjami, zwłaszcza ze złością, i to właśnie on pokazał mi sposób z gumką. Cholernie pomocny, gdy zawodziło się każdego, kto na ciebie liczył. Tak jak ja zawiodłam Katerinę, a teraz Sophię.

            Nie miałam jednak czasu analizować tej sytuacji i w duchu modliłam się, by dziewczyna była cała i zdrowa. Jak tylko skończy się przyjęcie, zacznę do niej wydzwaniać i zmuszę Siergieja do mówienia. Nie pozwolę mu kolejny raz zniszczyć sobie życia.

 

            ***

 

Małe przyjęcie w ogrodzie z pewnością nie było takie małe.

            Cholera. Chyba famiglia oszalała, ustawiając rzeźby lodowe między różanymi krzewami. Przepych i bogactwo błyszczały na każdym metrze kwadratowym posiadłości państwa Callaro. 

            Przełknęłam głośno ślinę, taksując wzrokiem setki girland zawieszonych nad śnieżnobiałym namiotem. To z pewnością nie była drobna uroczystość, a małe wesele. Okrągłe stoły, eleganckie obrusy, drewniany parkiet i milion ozdobnych kwiatów. 

            Oszołomiona szłam za rodzicami, czując na sobie wzrok tłumu gapiów wpatrzonych we mnie, jakbym była nową małpą w zoo. Przynajmniej dostarczałam tym pustym ludziom trochę rozrywki. 

            Próbowałam zacisnąć dłonie i nie myśleć o ich fałszywych uśmiechach, jakbym miała się nabrać na tę tanią gierkę. Oczywiste było, że famiglia od zawsze gardziła bratwą. Miała nas za barbarzyńców, a nasze kobiety za dziwki. Pewnie uważali, że wygrałam los na loterii, stając się panią Callaro i, cholera, czy mi się to podobało, czy nie, mieli rację. W Rosji nie czekało mnie nic lepszego, a tutaj przynajmniej mieli dobry gust. To jest dużo lepiej wyposażona złota klatka. 

            – Olgo, Polino! Vieni da noi[1]! Sei bellissima![2]

            Z oddali rozpoznałam przesłodzony głos Sorayi, siostry mojego narzeczonego. 

            Jej niebieskie, chłodne oczy i jasne blond włosy wyglądały niemal nieludzko, podkreślając pozbawiony uczuć charakter. Dużo cieplejsze były brązowe tęczówki Franca, który chyba chował się przede mną.

            Nigdzie nie mogłam go dostrzec, ale pośród takiego tłumu nie było to nic dziwnego. Miałam wrażenie, że każdy członek famiglii przybył na oględziny nowej ofiary mafii. Mnie, dziewicy prowadzonej na rzeź. 

            – Zbladłaś, dolcezza[3]. Na pewno dobrze się czujesz? Może szampana? – zapytała Soraya, obrzucając mnie ironicznym uśmiechem. 

            Pokręciłam głową i dalej wpatrywałam się w dal, szukając drogi ucieczki. 

            Żmijowisko. Tak powinna nazywać się rezydencja mojego przyszłego męża.

            – Szukasz Franca? Nie znajdziesz go tu. Szykuje coś specjalnego dla ciebie i twojej rodziny. – Potarła moje odsłonięte ramię, jakby chciała dodać mi otuchy. 

            Wiedziałam jednak, że ten gest miał przekazać coś całkowicie innego. Było to pieprzone ostrzeżenie, które sprawiło, że miałam ochotę wyrwać tej blond wywłoce trochę włosów z głowy. 

            Jak to możliwe, że krew z krwi, a Sophia wydawała się całkiem inna? Dobra, czysta, życzliwa i ciepła. 

            Chwyciłam kieliszek szampana i wypiłam go duszkiem, odchodząc od złośliwych kobiet. Beatrice odszukała mnie wzrokiem, posyłając mi triumfujące spojrzenie.

            Co tu się, do cholery, dzieje?

            W myślach zadawałam sobie w kółko to samo pytanie. Nie czułam się zbyt pewnie, a gardło paliło mnie od alkoholu. 

            Czy kiedykolwiek odnajdę się w roli żony capo? Czy sprostam wymaganiom tych podłych ludzi? 

            Przez krótką chwilę zastanawiałam się, czy nie oszukiwałam samej siebie, mówiąc, że będę tu pasować. Że dam radę i udowodnię im wszystkim, że również jestem damą. Wysoko urodzoną dziedziczką, a nie dzikuską zza oceanu. 

            Wargi drżały mi z niepokoju, gdy nagle zrobiło się ciszej. Stanęłam obok rodziców, nie wiedząc, co ze sobą zrobić, i z niepokojem próbowałam zrozumieć, na co się wszyscy gapią. 

            Może byłam śmieszna i żałosna, może to za wcześnie i coś sobie uroiłam, ale chciałam jak najszybciej znaleźć Franca i przytulić go, by chociaż na chwilę poczuć się bezpiecznie. Łudziłam się, że w jego silnych ramionach nic by mi nie groziło. Mogłabym zamknąć oczy i zapomnieć, że stoję w ogrodzie pełnym jadowitych węży. 

            Z ulgą dostrzegłam go na małej scenie, na której jeszcze przed chwilą występowała utalentowana wiolonczelistka. W pierwszej chwili chciałam podbiec do niego i złapać za rękę, wyprowadzić daleko i szczerze porozmawiać o wzajemnych oczekiwaniach. Przestać oszukiwać i siebie, i jego, że jestem wykutą z kamienia rosyjską księżniczką. I że jeśli chce, by nam się udało, musimy porzucić wszystkie nasze maski i poznać siebie. Tych prawdziwych. 

            Ale życie to nie fantazja, a Franco nie jest moim Romeo. 

            Stał z ręką w kieszeni w swoim markowym, ciemnogranatowym garniturze z trzema rzędami guzików. Prezentował się nienagannie, jak na capo przystało. Chłodny, zdystansowany i z zadartym podbródkiem obserwujący tłum gości. 

            Nagle jego spojrzenie zatrzymało się na mojej twarzy, a ja zamarłam. W jego oczach czaiła się czysta wściekłość. Nienawiść i złość widoczne gołym okiem. 

            Zaskoczona otworzyłam usta i niemo nimi ruszyłam, jakbym chciała zapytać, co się stało, ale Franco odwrócił ode mnie ostre spojrzenie i zacisnął wargi w wąską kreskę

            Goście szeptali coraz głośniej, a moje imię dochodziło do mnie z różnych miejsc w ogrodzie.

            Polina Durov. Siostra szaleńca. Dziwka bratwy. Wulgarna w swoim wyglądzie. Nie jest taka zgrabna. Myślałam, że będzie piękniejsza. Za niska. 

            Zmarszczyłam czoło i starałam się odciąć, nerwowo i rytmicznie stukając palcem o kieliszek. Raz, dwa, trzy, cztery, pięć, sześć. Pauza. Powtórz. Pauza. Powtórz.

            Cholera, marzenie głupiego. Nic nie mogło opanować mojego oszalałego pulsu i coraz mocniejszych zawrotów głowy. Nawet Michaił podejrzliwie wpatrywał się w Nestorego, który uśmiechał się przebiegle i z wyższością.

            Wszyscy zdawali się świetnie bawić, jakby główna atrakcja wieczoru dotarła w końcu na miejsce. My.

            Odwróciłam uwagę od potężnej sylwetki Franca i szukałam drogi ucieczki, by chociaż na sekundę oczyścić myśli. Liczenie nie pomagało, gumka nie działała, a drapanie się po kostce było teraz niemożliwe. 

            Zaczynało brakować opcji. Zastygłam, jakbym była odlana z wosku, gdy Callaro przyłożył usta do mikrofonu. 

            Ostry i opanowany ton mężczyzny rozniósł się po ogrodzie, skupiając na sobie uwagę innych. Budził szacunek i pokorę u każdego członka famiglii i nikt nie odważył się zakłócić przemówienia młodego capo

            Szybko zrozumiałam, że choćbym nie wiem jak się starała, nie sprawię, że zniknę. Nie wyparuję jak kamfora, nie wyrwę się z nadchodzącego koszmaru i najważniejsze: nigdy nie zapomnę słów Franca Callaro, które w tamtym dniu obdarły mnie ze wszelkiej nadziei. 

            Były moim końcem, ale również i początkiem. 

            Nowej, silniejszej i pełnej niepohamowanej złości Poliny. 

 



[1] Vieni da noi! – (z wł.) Podejdźcie do nas! (przyp. aut.).

[2] Sei bellissima! – (z wł.) Pięknie wyglądacie! (przyp. aut.).

[3] Dolcezza – (z wł.) ślicznotko (przyp. aut.).



Komentarze

Popularne posty