[PATRONAT] Rozdział trzeci A. Zavarelli „Saint”

 


ROZDZIAŁ TRZECI

Scarlett

 

Nie chcę być idiotką. Nawet piękną.

* * *

 

Kiedy zwlekam się z łóżka, zielone cyfry zegara biją mi po oczach. Jest po dziesiątej, a ja oficjalnie zostałam wampirem, choć nie jestem pewna, kiedy to się stało. Poluję całą noc, a sypiam za dnia, wracając do życia, gdy zachodzi słońce.

            Siedzę przy blacie i piję kawę, słysząc jedynie wszechogarniającą ciszę. Cicho, zawsze cicho. Żadnej telewizji, żadnej muzyki, tylko cisza. To coś, czego potrzebuję i jednocześnie nienawidzę. Z natury jestem wyjątkowo wrażliwa na wszelkie bodźce, a moje noce są głośne, chaotyczne, wręcz przytłaczające. Światła i hałasy działają na moją psychikę jak trucizna, ale potrafię to jakoś przetrwać. To moja kara za tę grę.

            Kiedy kubek jest pusty, zakładam starą koszulkę z krótkim rękawem, legginsy i buty do biegania. Potem następuje kolejna runda tego, co zwykle, czyli mojej psychozy. Najpierw sprawdzam wszystkie urządzenia. Odłączam od prądu każde z nich, a potem wszystko kontroluję jeszcze pięćdziesiąt razy, na wypadek gdyby wybuchnął pożar, a zwierzęta w budynku zostałyby uwięzione, bo nie wszyscy są teraz w domach. Następnie sprawdzam pokrętła na kuchence, których nigdy nie używam, ale kto wie, co może się stać. Może potrąciłam któreś, a może przekręciłam, kiedy chciałam sprawdzić, czy są wyłączone. Cała ta niedorzeczna parada zwykle zajmuje mi jakieś piętnaście minut.

            Po wyjściu przekręcam wszystkie sześć zamków w drzwiach, a potem je liczę i otwieram wszystkie od nowa, bo mogłam któryś przeoczyć. Trzeci i ostatni krok to przebrnięcie przez korytarz i zwalczenie potrzeby zawrócenia, by sprawdzić wszystko jeszcze raz. Powtarzam sobie, że wszystko jest w porządku, że zrobiłam wszystko tak, jak należy. Robię jeden krok, potem kolejny, aż w końcu poruszanie staje się łatwiejsze, a ja mogę wziąć głęboki oddech.

            Kiedy docieram do schodów, zauważam kota pani Roger o wdzięcznym imieniu Whiskey, który siedzi na końcu korytarza. Znam nazwisko sąsiadki tylko dlatego, że czasami puka do moich drzwi i oskarża mnie o kradzież jej kota. Czasami rzeczywiście wpuszczam go do środka, bo jest sympatyczny. I jest kotem, a nie człowiekiem, więc teoretycznie rzecz biorąc, mogę go lubić. Ale wolno mu przychodzić tylko na chwilę, bo w życiu nie przywiązuję się do niczego. Ten rudy kot to jedyny wyjątek, który zrobiłam. Sięgam w dół i klepię go po tym jego królewskim tyłku, a on kilka razy trąca mnie głową w nogę i zaczyna mruczeć. Myślałam, że koty mają dobry instynkt wobec ludzi. Whiskey najwidoczniej nie. Nie ma pojęcia, że jestem martwa w środku, że nie ma we mnie nic dobrego. Typowy narcyz, który i tak dopomina się uwagi, więc może koty są jak ja. Nie obchodzą ich twoje sprawy. Chcą tylko tego, co jest im potrzebne, i tyle.

Klepię go ostatni raz i ruszam ciemnymi schodami, wychodząc z budynku, który nazywałam domem, odkąd pojawiłam się w tym mieście. To nic specjalnego, lecz moja matka dostałaby spazmów, gdyby go zobaczyła, ale dla mnie to dom, znajome miejsce. Zupełnie przeciwnie do tego, które kiedyś znałam.

            Wychodzę na chodnik i biorę głęboki wdech z zadowolonym westchnieniem. To jest Boston. Nama-kurwa-ste, Boston! Rozciągam się w swoim specjalnym miejscu obok budynku, a potem biegnę. Jest ciężko, szybko i brutalnie. Kara nie zakończy się, dopóki moje ciało nie odmówi posłuszeństwa. Chodzenie dziś w szpilkach będzie piekłem, ale dam radę. Zawsze daję.

            Kuśtykając, wracam do mieszkania, a Whiskey czeka na mnie przy moich drzwiach. Nie mam dzisiaj siły go wyganiać, więc pozwalam mu wejść, a sama zabieram się za sprawdzanie zabezpieczeń. Przecież nigdy nie wiadomo, czy przypadkiem ktoś mnie nie śledził i nie szedł za mną aż do domu. Prawie zawsze spodziewam się jednego z klientów, ale nie przewidziałam pojawienia się rzeźnika.

            Tamtego dnia historia zatoczyła koło, mimo że miałam swój nóż, którego nigdy, przenigdy nie odkładam. Udało mu się mnie zaskoczyć i obezwładnić, a potem zaciągnąć z powrotem do piekła. To było jak pobudka. Wszystkie te lata na ulicy w rzeczywistości niewiele mnie nauczyły. Jakimś sposobem zawsze ostatecznie stawałam się ofiarą mężczyzn. Wszystko, co cieszyło mnie w pozostawieniu tego życia za sobą, zniknęło w następstwie tamtego dnia. Martwość powróciła, a wraz z nią gniew.

            Wszechświat ma zabawny sposób przypominania mi, dlaczego robię to, co robię. Przez długie dwa miesiące co noc niszczyłam jakiegoś przypadkowego faceta. Sprawiałam, że płacił za grzechy każdego przed nim, a dla mnie nie miało to znaczenia. Liczyła się tylko gra i odwet. Wszystko zatoczyło pełne koło. Teraz siedzę tutaj, w ciemnym mieszkaniu, wrzucam do mikrofalówki gotowy obiad, a towarzystwa dotrzymuje mi tylko Whiskey. Przesuwam palcami po twarzach narysowanych w szkicowniku, a głowę wypełnia jedna myśl: mogłabym już odpuścić. Jednak ta myśl jest zbyt słaba, abym mogła brać ją w ogóle pod uwagę.

            Czy rzeźnik niczego mnie nie nauczył? Czy Alexander i jego koledzy niczego mnie nie nauczyli? To nie może trwać wiecznie, te ciągłe męczarnie. Nie mogę pogrywać z nimi w nieskończoność, w końcu wszystkiego się domyślą. Bardziej niż czegokolwiek pragnę, żeby zniknęli, ale wiem, że w pojedynkę nie przekłuję swoich pragnień w czyn. Coś mnie powstrzymuje. Wiem, że kiedy przekroczę tę granicę, nie będzie już odwrotu. To właśnie etap, na którym moje plany nieco się rozmywają. Jest pewien kluczowy gracz, którego potrzebuję po swojej stronie, a to znaczy, że będę musiała zaciągnąć go za sobą do piekła.

            Rory Brodrick, znany też jako Saint, jest wojownikiem, kanciarzem i gangsterem. Porwał mnie, a potem próbował pocieszyć w chwili słabości. Widział moją panikę, kiedy trzymał mnie przyciśniętą do ściany, i jakimś sposobem ubzdurał sobie, że uda mu się mnie uratować. Nienawidziłam go za te słodkie kłamstwa, ale jeszcze bardziej za to, że przerwał wyznania Teddy’ego.

            Nie ma pojęcia, że kataloguję wszystkie jego występki i że rozpala mój gniew za każdym razem, kiedy się widzimy. Udaje, że chce się ze mną umówić, że go obchodzę. Jest gorszy niż oni wszyscy razem wzięci, bo jest prawie przekonujący. Nie ma pojęcia, z kim zadarł. Myśli, że nadal ma coś do powiedzenia w kwestii naszej gry, ale wkrótce Rory się dowie, że to ja ustalam zasady. 







Komentarze

Popularne posty