[PATRONAT] Rozdział pierwszy A. Zavarelli „Saint”
Rory
Ktoś szturcha mnie butem już trzeci raz.
Słyszę jęk. Zakładam, że mógł wydobyć się z moich ust, ale wszystko jest
możliwe.
–
Odpieprz się.
–
Chciałeś, żebym cię obudził.
Głos
Conora jest dla moich uszu jak wór wrzeszczących kotów.
–
Nic takiego nie mówiłem, a teraz odpieprz się i daj mi spać.
Słyszę
westchnienie i oddalające się kroki. Przez chwilę wydaje mi się, że naprawdę
mnie posłuchał, aż tu nagle dostaję w twarz kubłem lodowatej wody i podrywam
się na równe nogi.
Nie
udaje mi się go uderzyć, bo stanął za kanapą, na której leży kobieta
przyprowadzona przeze mnie wczoraj do domu.
–
Prawdziwy z ciebie dżentelmen – mówię mu. – Chowasz się za damą.
Kiedy
wędruje wzrokiem w kierunku rozwalonej na kanapie blondynki z oczami jak szop i
z szeroko rozwartymi ustami, robi kwaśną minę. Do tego to chrapanie… Ma na imię
Ivy, a przynajmniej tak się przedstawiła.
–
Tak, prawdziwa dama – drwi Conor twardym i zgorzkniałym głosem. Ten facet nigdy
nie jest ani twardy, ani zgorzkniały, a w zasadzie to przez większość czasu
tylko się wygłupia. Właśnie stąd wiem, że moje podejrzenia względem tej
dziewczyny na pewno były właściwie.
–
Przyprowadziłem ją tu dla ciebie, ty pieprzony pajacu – oznajmiam. – Widziałem,
jak gapiłeś się na nią przez całą noc, ale potem zniknąłeś i nie wróciłeś, żeby
się nią zająć.
Odwraca
wzrok i najzwyczajniej w świecie wraca do swojej normalnej postawy dziwnego,
nierozgarniętego kolesia, którego poznałem, kiedy postanowił zaszaleć z Lenox
Hill Crew. Myślałem, że poległ na polu chwały, ale ostatecznie zaczął dla nas
pracować. Już od tej pory powinien znać mnie na tyle dobrze, żeby wiedzieć, że
nie biorę się za takie panny.
–
Daj jej jakieś śniadanie i odwieź do domu – wołam, wychodząc na korytarz.
–
Musisz być w kościele za czterdzieści minut – przypomina. – Nie spóźnij się, bo
Crow nam obu urwie jaja.
W
tej chwili go nienawidzę, ale ma rację.
* * *
Taką liczbę mężczyzn mafii można spotkać
w kościele tylko wtedy, kiedy dzieje się coś doniosłego albo złego: śluby,
pogrzeby, chrzty. Dzisiaj zebraliśmy się tutaj na chrzcie Keevy, córeczki
Crowa, która właśnie rozpoczęła życie osoby chronionej lepiej niż sam
prezydent. Jest słodką dziewczynką, bardzo przypominającą swoją matkę, Mack.
Właśnie
dlatego wszyscy jesteśmy tutaj w niedzielę, zamiast leczyć kaca po imprezie w
Slainte, jak to mamy w zwyczaju. Jednak ze względu na to, że Crow jest teraz
szefem naszego syndykatu, to są tu dzisiaj wszyscy nasi ludzie. Przyszliśmy, by
okazać szacunek i wsparcie, bo rodzina jest bardzo ważna. Dla nas jest
praktycznie wszystkim. Poza moją mamusią ci ludzie są jedyną rodziną, jaką mam,
to moi bracia. Nie ma rzeczy, której bym dla nich nie zrobił. To kodeks, według
którego żyjemy. Jesteśmy w tym razem aż do końca i nic nie może tego zmienić,
jednak w głowie siedzi mi myśl, że pewnego dnia chciałbym mieć własną rodzinę.
Ta myśl nawiedza mnie, kiedy widzę razem Crowa i Mack, czy Ronana i Saszę.
Chłopaki osiągnęli taki wiek, w którym ustatkowali się i zmienili sposób życia,
a przynajmniej tę jego część, która nie dotyczy syndykatu.
Mam
dobre życie i mogę robić to, w czym jestem najlepszy: pieprzyć i walczyć. Całe
dnie spędzam z chłopakami, załatwiamy interesy, a potem umawiam się z gorącą
sztuką, która akurat przyciągnie moją uwagę.
Ale teraz, siedząc w kościelnej ławce głodny i na kacu, mam chwilę olśnienia. Ten głód we mnie, ta pustka, to pragnienie czegoś więcej. Widzę siebie w sytuacji, w której pewnego dnia tak samo jak Crow będę trzymał w ramionach swoją córkę. Kiedy myślę o przyszłej żonie, przed oczyma widzę tylko jedną twarz. To mogłaby być tylko ona, kobieta, która namieszała mi w głowie. Nie widziałem jej od miesięcy. Pamiętam, że ma tak twardą zbroję, że musiałem wytoczyć cały swój arsenał umiejętności, żeby móc porozmawiać z nią chociaż przez chwilę. Crow lubi się ze mnie nabijać, wspominając o tym wydarzeniu. Mówi, że chcę tylko tego, czego nie mogę mieć, ale nie o to tu chodzi.
Kiedy
poznałem Scarlett, porwałem ją i trzymałem na muszce… tylko przez chwilę.
Przynajmniej dopóki nie ustabilizowała się sytuacja z Mack. Nie miałem wobec
niej złych zamiarów, ale wiedziałem, że to nie ma znaczenia. To nie było moje
pierwsze rodeo. Większość kobiet w takiej sytuacji po prostu skuliłaby się w
sobie, załamała i wpadła w histerię, ale nie ona. Nie tylko dźgnęła mnie nożem,
po czym została mi blizna bitewna, którą wciąż noszę na ramieniu, ale nawet nie
uroniła jednej łezki. Była zimna jak głaz i cholernie twarda i właśnie wtedy
zrozumiałem, że to dziewczyna warta wszystkiego, jak Letty dla Doma[1].
Potraktowałem
ją ostro, a ona nie stchórzyła w mojej obecności, mało tego, okazała się
jeszcze ostrzejsza. Właśnie w tamtej chwili postanowiłem, że to jest kobieta,
którą chcę mieć u swego boku, jednak problem polega na tym, że Scarlett nie ma
podobnego zdania. Jest samodzielną aktorką i nie zamierza robić miejsca dla
kogoś jeszcze na swojej scenie życia. Dobrze o tym wiem, ale kiedy wychwytuję
za sobą delikatny stukot szpilek, jestem świadomy wszystkiego, co się wokół
mnie dzieje, do tego stopnia, że czuję na ławce obok czyjąś obecność i tę
delikatną mgiełkę miodu, karmelu i arszeniku. Energia jest surowa i mroczna. To
siła, z którą trzeba się liczyć. Nie mam żadnych wątpliwości, że na ziemię
świętą wkroczył właśnie szatan. W skroniach czuję puls, a palce zaciskają się
na drewnianym siedzeniu. Chcę patrzeć, ale wiem, że jest Meduzą i jeśli spojrzę
w jej piwne oczy, to znowu będę zgubiony. Ona jest wręcz toksyczna. Nigdy nie
pragnąłem zakosztować własnej śmierci tak bardzo, jak pragnę Scarlett. Jest
gwiazdą moich najmroczniejszych fantazji niczym rozkładówka na każdej stronie
mojej ulubionej książki. Nawet teraz, kiedy siedzę tu w kościele, myślę tylko o
tym, żeby rzucić ją na podłogę i pożreć, oprzeć o ławkę i wypieprzyć to
szaleństwo z mojej głowy raz na zawsze. Mam przeczucie, że Scarlett podobałaby
się deprawacja, która się z tym wiąże, bo jest kurewsko szalona, ale też
kurewsko gorąca. Muszę odwrócić wzrok, bo nie będę w stanie powstrzymać się
przed gapieniem, a to ostatnie, czego ona ode mnie potrzebuje i jedncześnie
dokładnie to, czego chce.
Podoba jej się ta gra i przez jakiś czas było to nawet zabawne, dopóki nie wpadła w ręce rzeźnika. To powiązania z nami wpakowały ją w te kłopoty. Znowu została ranna, dotknął jej, pociął jej pierś jak dynię. Nie potrafię pozbyć się z głowy tego pieprzonego obrazu. Jednak jednocześnie myślę o pieprzeniu jej i zamordowaniu każdego typa, który kiedykolwiek jej dotknął.
Obwiniam
się za to, co się stało, mimo że zachowuje się tak, jakby nigdy nic się nie
wydarzyło. Z łatwością zapomniała o tym, korzystając ze zdolności aktorskich
godnych Oscara.
Ta
kobieta wydobywa ze mnie najgorsze cechy, ale mam wrażenie, że działa tak na
wielu mężczyzn. Mój wzrok przesuwa się najpierw na buty: czerwone szpilki z grubą
podeszwą i cienkimi paseczkami oplatającymi delikatną kostkę. Nie mam bladego
pojęcia, jak ona w tym chodzi, ale dobrze wie, że kręcą mnie te jej szpilki.
Jeśli kiedykolwiek pozwolę sobie ją pieprzyć, to na pewno nie pozwolę jej ich
zdjąć.
Tak dyskretnie, jak
tylko jestem w stanie, zważywszy na falę krwi, która spływa teraz w dół mojego
ciała, przesuwam wzrok w górę po jej opalonych nogach aż do rąbka sukienki.
Kiedy zakłada nogę na nogę, sukienka podsuwa się w górę uda, ukazując maleńki
fragment koronki pończoch. Ona jest dla mnie pieprzoną torturą. Jestem prawie
pewny, że rzeczywiście jest wcieleniem Szatana. Wiem, że nie tylko ja z
przyjemnością poszedłbym do piekła, gdyby u jego bram to ona powitała mnie na
kolanach.
Przechylam lekko głowę i już wiem, że odgadła moje myśli, bo patrzy wprost na mnie. Jej uroda jest subtelna jak granat. Scarlett ma szlachetne, delikatne rysy, twarz w kształcie serca, piegi wokół nosa i ponętne usta, które zawsze maluje na czerwono. Oczy odzwierciedlają jej różnoraką osobowość, bo jest jak kameleon, ciągle się zmienia. Czasami są jak u kota, ciepłe niczym brandy, ale gdy kolor znika w czarnej głębi, potrafią stać się wyjątkowo mroczne, zwłaszcza gdy szykuje się do zemsty. Czyli bardzo często. Mógłbym przysiąc, że dzisiaj mają delikatną, bursztynową barwę. Podkreśliła je czarną kreską, żeby pasowały do sukienki. Ciemnoczekoladowe włosy związała w elegancki kok, ukrywając złociste tony, które tak uwielbiam. Nie pasuje jej to, a jednak całość idealnie się komponuje.
Scarlett ma w sobie
naturalną grację i nie może tego ukryć, niezależnie od tego, jak długo
przebywała na ulicy, co sprawia, że zaczynam kwestionować jej pochodzenie. Chcę
wiedzieć, co motywuje tę przebiegłą, małą lisicę i jakie wydarzenia sprawiły,
że odizolowała się od społeczeństwa. Muszę poznać powód, dla którego udaje
głupią, chociaż wiem, że zawsze jest najmądrzejszą kobietą w pomieszczeniu.
Jednak wyciągnięcie z niej tych odpowiedzi jest niemożliwe, a ja nie zamierzam
znowu popełnić tego błędu. Już próbowałem do niej dotrzeć, pomóc, powstrzymać
przed lekkomyślnością. Poświęciłem jej więcej czasu i energii niż jakiejkolwiek
innej kobiecie, a jedyne, co od niej otrzymałem, to odmowa. Rzuciła mi tym w
twarz i nie zamierzam o tym zapomnieć, nawet kiedy siedzi tuż obok mnie i
niebiańsko pachnie. Ma tak delikatną, czystą, porcelanową skórę. W każdym jej
ruchu można dostrzec zmysłowość, chociażby teraz w tym prostym geście, kiedy
jej noga ociera się o moją i sprawia, że mój kutas napiera na materiał dżinsów,
desperacko pragnąc uwolnić się i zatopić w Scarlett.
Jest
kobieca, kusząca i bez wątpienia śmiertelnie niebezpieczna, ponieważ nic nie
czuje, nie okazuje żadnych emocji. Jest zimniejsza niż pieprzona bryła lodu,
chociaż w ogóle tego po niej nie widać. Muszę o tym pamiętać nawet wtedy, gdy
patrzy na mnie w taki sposób jak teraz, jakby za mną tęskniła.
Jezu
Chryste…
Kiedy
wszyscy zebrani wstają i następuje poruszenie, orientuję się, że właśnie
przegapiłem połowę ceremonii. Scarlett również wstaje, ale jej oczy sięgają
tylko do mojej piersi, nawet w szpilkach. Jest drobna i zaokrąglona, a każda
cząstka mnie pragnie wyciągnąć ją z kościoła, zawlec do mojej nory i pieprzyć
do utraty tchu. Zamiast tego przechyla się, dotyka mojej twarzy i mówi:
–
Cześć, staruszku – udaje onieśmielenie. – Tęskniłeś?
Nie
zamierzam znowu dać się w to wciągnąć.
–
Jak tam bitwa? – Zmieniam temat.
–
A może odpuścimy sobie uprzejmości. – Uśmiecha się. – Widziałam po drodze
schowek na płaszcze.
A
jednak daję się wciągnąć w tę grę, chociaż wkurza mnie to jak cholera.
–
W kościele, Scarlett? – pytam. – Naprawdę jesteś wcieleniem diabła.
–
Nigdy nie twierdziłam, że jest inaczej. – Wspina się na palce, żeby szepnąć mi
do ucha, a dłoń przesuwa po moim ramieniu i głaszcze palcami. – Może chcę,
żebyś zrobił ze mną bardzo grzeszne rzeczy.
–
Nie powiem, że ta propozycja nie jest kusząca – szepczę w jej włosy, zaciągając
się przy tym jej zapachem. – Ale nie dzisiaj.
Milknie, jak zwykle, a ja wiem, że nie powinienem kontynuować, ale znowu daję się w to wciągnąć.
–
Idź ze mną na randkę.
–
Pieprz mnie – odpowiada.
Dzieli
nas zaledwie kilka centymetrów, ale mam wrażenie, że to jak całe kilometry. Mam
kaca, jestem wykończony i mam już serdecznie dość tych gierek.
–
Nie pozwolę, żebyś mnie znienawidziła – mówię w końcu.
Mruga
zaskoczona moją obserwacją. Do tej pory to wszystko było tylko zabawą.
Większość ludzi uważa, że nie mam za dużo rozumu, skoro bez przerwy dostaję po
łbie. Zawsze rzucam dowcipami, jestem chętny do zabawy, ciągle się śmieję, ale
nie dzisiaj, nie teraz i nie z nią.
–
Tego właśnie chcesz, prawda? Żebym cię przeleciał, a ty wrzucisz mnie do worka
z wszystkimi innymi i będziesz mogła powiedzieć, że jestem taki, jak pozostali.
Staje
prosto i przesuwa na moją twarz wzrok, który jest już ostry i przenikliwy, ale
nie tak ostry, jak jej słowa:
–
Och, Rory. – Przesuwa zimnymi palcami po moim policzku. – Jeszcze się nie
domyśliłeś? Ja już cię nienawidzę.
Biorę głęboki oddech i powstrzymuję chęć rzucenia się na nią i powiedzenia czegoś równie zjadliwego, bo zapewne właśnie tego oczekuje.
–
Nie bierz tego do siebie. – Wraca na swoje miejsce, a moje płuca znowu
podejmują regularną pracę. – Ja nienawidzę wszystkich.
–
Już się wycofujesz? – pytam, a ona odsuwa się jeszcze bardziej.
–
Wiesz, że nie bawię się w te rodzinne bzdury. Przyszłam tu tylko na ceremonię.
Wyciąga
rękę i chwytam jej dłoń, żeby ją zatrzymać, ale nie znajduję do tego
odpowiednich słów. Zawsze jakaś część mnie chce powiedzieć, żeby nigdy więcej
nie wracała, ale inna część martwi się o nią. Myślę, że Scarlett wyczuwa tę
walkę między nienawiścią a pragnieniem. Nigdy nie wiem, która część wygra,
dopóki słowa nie opuszczą moich ust.
–
Chodź ze mną na lunch. Nie na randkę, tylko na jedzenie. Przecież każdy musi
jeść.
Obdarza
mnie delikatnym, śmiercionośnym uśmiechem, po czym przez jej twarz przebiega
cień smutku, który maskuje urokiem osobistym. Wspina się na place i całuje mnie
w policzek.
–
Nie mogę być twoją Daisy, więc nie proś mnie o to.
–
Skończ z tymi bzdurami – odpowiadam.
Scarlett zawsze mówi zagadkowo. Jest zbyt mądra dla mnie, jak prawdopodobnie dla wszystkich w tym pomieszczeniu, ale nie często ujawnia tę część siebie. Robi to tylko w tak spokojnych chwilach, jak ta.
Czuję
się jak uczeń, który z niecierpliwością czeka na wyjaśnienie, jak działa jej
umysł. Gdybym w szkole miał szczęście uczyć się u takiej nauczycielki, jaką
jest Scarlett, to może nawet zacząłbym uważać.
–
Wielki Gatsby – rzuca. – Jest taka książka, ale film stał się dużo
bardziej popularny. Oglądałeś?
–
Nie – odpowiadam.
– Ona była jego zgubą… Gatsby’ego. – wyjaśnia. – Pozbawiona wszelkiej moralności, pusta skorupa, napędzana materializmem i statusem społecznym.
–
Scarlett.
Czasami
jej zagadki są urocze, ale w chwilach takich jak ta doprowadzają mnie do szału.
– Naprawdę powinieneś przeczytać tę książkę. – Odsuwa się, lecz nie robi tego dla siebie, tylko dla mnie. Ta kobieta myśli, że jest zepsuta do szpiku kości, ale zanim zdołam jej wyjaśnić, że tak nie uważam, znika. Za każdym razem znika…





Komentarze
Prześlij komentarz