[PATRONAT] Rozdział drugi A. Zavarelli „Saint”
Scarlett
Niektóre dziewczyny zostały stworzone z cukru, pikantnych przypraw i samych fajnych rzeczy, a inne to czysta trucizna i grzech. Kiedy uchylisz drzwi do ich serc, nie znajdziesz w środku absolutnie nic.
* * *
Skupiam wzrok na swoim celu, gdyż knucie podstępu to prawdziwa sztuka. To nie jest tak trywialna sprawa, jak wybranie najłatwiejszego klienta, bo chodzi o to, żeby dokopać się jak najgłębiej i pobrudzić sobie ręce, przeczesując tuziny frajerów, którzy bezustannie przesiadują w takich barach. Kiedy się nudzę i nie szukam konkretnego szlachetnie urodzonego z mojej listy, wszystko sprowadza się do czegoś znacznie prostszego. Przed wejściem do środka już podejmuję decyzję. Moim dzisiejszym wyzwaniem jest znalezienie faceta, który w promieniu dziesięciu kilometrów poluje na wszystko, co ma waginę. Nie muszę długo szukać, bo jeszcze przed wypiciem pierwszego drinka już mam swoją zdobycz. Ten facet to palant jakich wiele. Zdecydowanie patrzy pożądliwie na wszystko, co się rusza. To koleś, który uważa, że wszystko mu się należy, przez co spogląda na morze kobiet jak król wśród plebsu. W ciągu tych dziesięciu minut, podczas których go obserwuję, zdążył już złapać dwie dziewczyny za tyłek, a do trzech innych rzucił obleśne teksty w stylu: „jesteś gorąca i zbyt seksowna, żeby być tutaj sama, maleńka” albo: „Mam na górze apartament, chciałabyś zakosztować nieco luksusu?”.
Dwie z potencjalnych ofiar spławiają go, zanim jeszcze zdąży się rozkręcić, a trzecia, dziewczyna z Ohio, jest zbyt uprzejma, żeby mu odmówić, więc znosi jego żałosne próby zaciągnięcia jej do łóżka przez całe dziesięć minut, ale w końcu nawet i ona nie jest w stanie tego wytrzymać.
Gdyby to był teatr, to na pewno nazywałby się Na bis, bo te same sytuacje widzę każdego wieczora. To historia stara jak świat. Wyższe sfery próbują wyruchać każdego, kto jest niżej od nich. Czasami to ma swój cel, ale większość z nich robi to tylko dlatego, że mogą. Ci mężczyźni… maklerzy i finansiści, prawnicy i marketingowcy, wszyscy myślą tak samo. Są jak codzienne bułki z masłem albo ciasto z posypką. Problem w tym, że wypieki dość szybko się starzeją, przez co cała zabawa traci swój dreszczyk. A gdzie ten cukrowy haj, który miałam po tym, jak pożarłam ich dusze? Już go nie ma, zniknął jakiś czas temu. Ale podobnie jak przy wszystkich uzależnieniach, nie da się łatwo od tego uwolnić i mimo że z każdym razem dreszczyk jest mniej intensywny, to nadal jest to jedyne doświadczenie, które wywołuje u mnie ekscytację.
Kiedy siedzę tu i bez emocji obserwuję mężczyzn przy barze, uświadamiam sobie coś dziwnego. Tego faceta widzę nie pierwszy raz. Spotkałam się z nim już wcześniej, ma na imię Rix. Tak, serio. Uważa, że to świetne imię, zresztą siebie też uważa za równego gościa. Jego rodzice przyjaźnili się z Carringtonami, więc Rix prawdopodobnie musi też znać Alexandra. Jednak ten, mimo tortur, nie wyjawił niczego i nic nie wyniósł z mojej lekcji, a przecież spuściłam mu naprawdę ostry łomot.
Przypominam sobie bardzo rozbudowaną scenę z peruką, makijażem i wszystkimi innymi gadżetami, jednak z tym facetem problem polegał na tym, że kompletnie nie istniał w mediach społecznościowych. Żadnego Facebooka, żadnego Twittera czy konta na Instagramie z nazwą w stylu: „obserwujmojebeznadziejneżycie”. Dlatego musiałam zrezygnować z najważniejszego punktu moich tortur: ośmieszenia go we wszystkich aspektach życia. Jednak tym razem nie popełnię tego błędu.
Szybko zerkam w
składane lusterko, które zawsze z sobą noszę, po czym ruszam do akcji. Moje
zasady spotkań są bardzo proste i nigdy nie kombinuję z ubraniami. Mężczyźni
żyją tylko w dwóch kolorach. Nie chcą spódniczek w ananasy ani kurtek w pepitkę
z jesiennej kolekcji. Pragną tylko MCS, czyli małej, czarnej sukienki. Jedynym
wyjątkiem od tej reguły jest mała, czerwona sukienka, którą mężczyźni kojarzą
tylko z jednym, bo przecież czerwień równa się seks, symbolizuje piekło,
dzikość, nieposkromioną rządzę. Czerwień to niegrzeczna dziewczynka, a ja
jestem najniegrzeczniejsza z wszystkich.
Nie
przebieram się i bardzo rzadko zmieniam cokolwiek we fryzurze czy makijażu.
Włosy rozwichrzone, jakbym dopiero co kotłowała się w łóżku, a do tego oczy
podkreślone czarną kredką i czerwone usta. Zawsze dają się złapać na to gówno.
To klasyk, który nigdy nie zawodzi.
Oczywiście
zawsze istnieje szansa, że jeden z tych palantów wyhodował pojedynczą komórkę
mózgu, a ten w szczególności może mnie pamiętać. Jeśli dobrze wykonałam swoje
zadanie, to nie powinien mnie zapomnieć, ale to zależy też od tego, jakich prochów
użyłam, żeby go odurzyć.
W
każdym dobrym planie zawsze jest jakieś pole do nauki. Chwilę mi zajęło, żeby
zbadać, co działa najlepiej, a jeśli pamięć mnie nie myli, to ten facet był
jednym z moich królików doświadczalnych.
Zwykle,
kiedy wpadam na byłego klienta, po prostu odchodzę. Nie zdarza się to często,
bo sporadycznie chodzę dwa razy do tego samego miejsca, gdyż jest to ryzykowne
i bezmyślne, ale im dłużej gram w tę grę, tym bardziej pochłania mnie ta
bezmyślna strona. Fala adrenaliny jest potrzebna ścigającemu, muszę się
nakręcić. Właśnie dlatego na jakiś czas zawiesiłam swoją zemstę, żeby zająć się
pilniejszymi sprawami, jak dorwanie faceta, który porzucił Kylie w stanie
wegetatywnym. Oddychają za nią maszyny, a mózg prawdopodobnie nigdy się nie
zregeneruje. Co prawda, nie byłyśmy z Kylie szczególnie blisko, ale czuję się
zobowiązana, bo też była jedną z pracujących dziewczyn. Oczywiście jej robota
nie miała w sobie nawet połowy tej zabawy, co moja, bo ona naprawdę musiała
pieprzyć się z tymi brudasami. Ja po prostu lubię ich dymać.
Była
słodką dziewczyną. Typowa historia: przemoc domowa, ucieczka, ulica. Jest zbyt
młoda, żeby tak zakończyć życie. Przyjęłam sobie za punkt honoru, żeby
wymierzyć sprawiedliwość w jej imieniu, bo kto inny by to zrobił? Zważywszy na
to, że z zasady nie lubię ludzi, a lista tych, którym ufam, nadal pozostaje
pusta, nie mam zbyt wielu przyjaciół. Mack to jedyna osoba, wobec której
kiedykolwiek rozważałam użycie tego zwrotu, a to tylko dlatego, że znam ją od
bardzo dawna i jeszcze nigdy mnie nie zawiodła. Jednak to z Kylie codziennie
widziałyśmy się na ulicy. Postąpiłabym tak, niezależnie od tego, czy byśmy się
znały, czy nie. Kiedy jej przyjaciółka powiedziała mi, jak wyglądał ten kutas,
zasady gry uległy zmianie. Opis blizny nad wargą w kształcie sierpa prawie
wytrącił mnie z równowagi i myślałam, że pogrywa sobie ze mną, ale to nie to,
bo im dokładniej go opisywała, to tym bardziej w głębi serca wiedziałam, że to
prawda. Alexander jest w Bostonie.
Nie chcę w to wierzyć nawet po tym wszystkim, czego się dowiedziałam. Kiedy dodam dwa do dwóch, zawsze wyjdzie cztery, a niebo jest niebieskie dlatego, że po prostu, kurwa, jest. Tak samo Alexander jest zły, nawet jeśli nigdy nie chciałam tego zaakceptować i nawet jeśli nadal nie chcę. W mojej głowie ciągle powtarzają się te same słowa: Nie byłby zły, gdyby nie oni, to nie była jego wina. Czasami każdy z nas okłamuje samego siebie, ponieważ kłamstwo jest słodkie, a prawda często gorzka. Ja nigdy nie musiałam przełknąć tak gorzkiej pigułki, jaką przełknął Alexander pieprzony Carrington.
Jego historia jest typowa, wiele w starym świecie: bogaty dzieciak z pieniędzmi tatusia, prestiżowe szkoły, szybkie samochody i delikatne dłonie, bo nigdy w życiu nie musiał przepracować nawet jednego dnia. Tak wygląda świat, w którym dorastałam, i ludzie, z którymi się spotykałam, a teraz tych ludzi nienawidzę bardziej, niż czegokolwiek innego. Obiecałam sobie, że on będzie ostatni na mojej liście. Nie mogłabym pozwolić na zwątpienie po planowaniu wszystkiego przez pięć lat. Patrzyłam, jak klocki domina upadają jeden po drugim. Romanse Ethana zostały ujawnione, imperium Quinna załamało się na jego oczach, Duke w brutalny sposób dowiedział się, że jego długoletnia dziewczyna przez cały czas pieprzyła się z jego bratem. A, jeszcze Trip. Cóż, to było łatwe. Nie musiałam nawet podkładać ognia pod jego idealnie skonstruowanym światem, bo sam odpalił zapałkę przez niezliczone uzależnienia. Jednak Alexander to zupełnie inna historia. On jest tym, na którego czekałam i którego nie mogłam znaleźć, jakby zapadł się pod ziemię po skandalu wywołanym przez jego ojca. Zaczynałam już tracić nadzieję, aż w końcu koleżanka Kylie wspomniała o tej bliźnie. Cały czas mam wrażenie, że to nie może być on. Nadal w to nie wierzę, a jednak jestem tu i siedzę w tym samym barze już piąty wieczór z rzędu. Jestem bezsilna. Ta obsesja narastała we mnie, aż zawładnęła umysłem niczym trucizna. Muszę go znaleźć i raz na zawsze zdecydować, czy wojenna ścieżka, którą podążam, to rzeczywiście to. Czy naprawdę chcę toczyć walkę i brukać się krwią w imię swojej zemsty? Do tego czasu skupię się na takich pionkach jak ten, od którego dzieli mnie zaledwie krok. Musi tylko odwrócić głowę i wtedy mnie zauważy. Tego jestem najzupełniej pewna. Ale czy będzie mnie pamiętał?
Siedzę i czekam. Macham na barmana. Zanim ten palant dotrze tutaj, to będzie pytał, czy może postawić mi drinka. Odpowiem mu, że oczywiście, a kiedy nie będzie patrzył, podrzucę mu benzodiazepiny. Maksymalnie po pięciu minutach zaproponuję, żebyśmy znaleźli jakieś cichsze miejsce, na przykład mój pokój na górze. Tak się to zwykle odbywa, ale nie dzisiaj, ponieważ on mnie nie zauważa, nawet gdy barman podchodzi i pyta, czy mam ochotę na drinka. Kiedy odwracam się, by zobaczyć, co mogło okazać się tak oślepiająco fascynujące, dostrzegam dokładnie to, czego nie chciałam zobaczyć. Dzisiaj ma krótką, czarną perukę i jedyną broń, jakiej potrzebuje – chytry uśmiech, skinienie palca, i już go ma. Siedzi w cieniu po drugiej stronie baru. Jest jak haczyk, żyłka i ciężarek. Nie nazwałabym jej swoją nemezis ani rywalką. Nie mam zwyczaju bronić terytorium poza sytuacjami, w których ktoś próbuje mi namieszać, a ta dziewczyna ma dokładnie taki cel, odkąd pojawiła się tutaj dwa miesiące temu. Na ulicy jest znana jako Storm, ale imiona potrafi zmieniać jak rękawiczki. Ma inne na każdy dzień tygodnia, zupełnie jak przebrania. Ta suka jest szalona, nawet bardziej niż ja. Sprawia, że moja gra staje się dziecinną zabawą w porównaniu z tym, co ona robi ze swoimi kukiełkami. Jest w niej coś, co nawet mnie lekko niepokoi. Obserwowałam ją przy pracy już wcześniej i nie ma w niej ani odrobiny zawahania. Stara się działać prosto i wychodzi jej to tak dobrze, że nigdy przed zwabieniem nawet nie zbliża się do swojego celu. Stoi w cieniu i rzuca zalotne spojrzenia przez ramię. Naprawdę nie robi nic więcej. Jest w niej jakaś tajemnica, której nawet ja nie mogę zaprzeczyć. Nie powiem, że nie podziwiam jej umiejętności, bo ma wrodzony talent do tego, co robi, ale szacunek działa w dwie strony. Jak już wcześniej wspominałam, nie jestem zbyt przyjaźnie nastawiona do ludzi, dlatego zwykle pilnuję własnego nosa. Jednak dzisiaj przekroczyła wszelkie granice i dobrze o tym wie, ponieważ z uśmiechem patrzy mi prosto w oczy.
Palant podnosi się ze swojego miejsca i rusza wprost do swojej zguby jak szczeniak goniący za kością. Podążam pięć kroków za nim. Storm wykorzystuje te same hotele, z których regularnie korzystam, więc nie jestem zaskoczona, kiedy prowadzi go do jednego z pokojów na piętrze. Wyjmuję nóż i kartę kredytową, przygotowując się do otwarcia zamka, ale okazuje się, że nie ma takiej potrzeby. Zostawiła dla mnie uchylone drzwi. Kiedy je otwieram, ten idiota już leży nieprzytomny na podłodze. Storm przez sekundę patrzy mi w oczy, po czym szybko zabiera się do pracy i rozcina jego ubranie. Można by pomyśleć, że działa według mojego schematu.
–
Ten był mój – oznajmiam.
–
Naprawdę? – Nie przestaje skupiać się na swoim obecnym zajęciu. – Bo jestem
całkiem pewna, że przyszedł tutaj z własnego woli. Chyba nawet cię dzisiaj nie
zauważył. Bez urazy, laleczko.
Cóż,
jest w tym trochę racji, ale nie zamierzam jej odpuścić.
–
Już kiedyś z nim pracowałam.
–
No to chyba nie spisałaś się zbyt dobrze – stwierdza. – Upewnię się, żeby tym
razem zrobić wszystko tak, jak należy.
–
Nie miałam jego adresu.
–
Nie martw się, ja go mam. A także imiona żony i dzieci.
Sposób,
w jaki wykrzywiają się jej usta, kiedy mówi o żonie i dzieciach, ujawnia mi
dokładnie to, co chciałam o niej wiedzieć. Każdy ma jakiś bodziec. Coś, co nas
uruchamia albo mierzi… nieważne. Właśnie stąd pochodzi jej gniew – ze zdrady.
Jest młoda, ma najwyżej dwadzieścia cztery lata, ale jest też twarda jak cholera. Zaryzykowałabym stwierdzenie, że była już mężatką. To wszystko jest naprawdę fascynujące, ale nie nazywam się Freud, a zdaje się, że zainteresowało mnie to trochę za bardzo, więc otrząsam się z tych myśli i przechodzę do rzeczy.
–
Rozumiem, że jesteś tu nowa – oznajmiam. – Ale myślę, że powinnyśmy sobie coś
wyjaśnić. Robisz za dużo zamieszania. Faceci, którymi ja się zajmuję, uciekają
z powrotem do swoich apartamentów z podkulonymi ogonami i resztę dni spędzają
obezwładnieni strachem i paranoją. Ale twoi idą na policję i teraz zaczęli
tutaj węszyć federalni.
Wyjmuje
grubą tkaninę, wcale nieodmienną od mojej, oraz maszynkę do tatuażu. Jest
zaabsorbowana swoim zadaniem i mam wrażenie, że nawet mnie nie słyszy, kiedy
nakłada lateksowe rękawiczki i przeciera jego pierś wacikiem nasączonym
alkoholem.
–
Słuchaj, Scarlett – tym razem podnosi na mnie wzrok – takie imię przedstawiasz
ludziom?
–
To jest moje imię.
– Jasne. – Wywraca oczami. – Zupełnie tak samo jak moje imię to Storm. Bądźmy ze sobą przez chwilę szczere. Nie lubię cię, a ty nie lubisz mnie. W zasadzie myślę, że jesteśmy do siebie całkiem podobne w kwestii nielubienia każdego pieprzonego człowieka, ale musimy dzielić się zabawkami. Tak to właśnie działa, dlatego martw się o siebie, a ja zajmę się sobą. W międzyczasie możesz popatrzeć, jak zajmuję się nim naprawdę porządnie.
Zdaje
się, że ostatecznie wygrywa moja ciekawość, bo siadam na łóżku i robię
dokładnie to, co zasugerowała.
Ma rację, że jesteśmy
do siebie podobne. Może właśnie dlatego ciekawość przejmuje nade mną kontrolę.
To do mnie niepodobne, bo nie działam zespołowo. Nie interesują mnie historie
innych ludzi, ich myśli, lęki, czy cokolwiek innego. Jednak nieczęsto trafiam
na kogoś tak popieprzonego jak ja, dlatego ta dziewczyna mnie fascynuje.
Kiedy zaczyna, ma opuszczoną twarz. Wykonując te permanentne zniszczenia na jego ciele, jest jak w transie. Widzę to dopiero teraz, kiedy obserwuję z bliskiej odległości każdy jej ruch. Już rozumiem powód, dla którego ukrywa się w cieniu. Jej cała ręka jest pokryta poskręcaną skórą i bliznami, podobnie jak prawa strona twarzy. Dobrze to ukrywa pod makijażem i czarną peruką, jednak w jasnym świetle lamp wszystko widać jak na dłoni, nic dziwnego więc, że nie dostrzegłam tego w mroku baru. Wnioskuję, że została poważnie poparzona.
Podnosi
wzrok i przyłapuje mnie na gapieniu się.
–
Skończyłaś? Przecież wiesz, że mogę zabronić ci patrzeć.
Przytakuję
i z powrotem skupiam się na jej pracy, ale w mojej głowie trybiki kręcą się jak
szalone. Mogę sobie tylko wyobrażać, jak by to było nosić swoje blizny tak
bardzo na widoku. Ludzie ciągle się gapią, po cichu dociekają, dochodzą do
własnych wniosków, oceniają i zarazem współczują.
Mój szacunek do niej wzrasta tylko z uwagi na to, że pozwoliła dzielić ze sobą tę chwilę słabości, że mogłam zobaczyć ją z tak bliska. To nie był przypadek ani spontaniczna decyzja. Umysł tej dziewczyny jest jak plansza szachowa, a każdy ruch ma dokładnie przemyślany. Pracuje szybko i wydajnie, lecz tatuaż jest niechlujny i zbyt głęboki. Ten facet nie będzie w stanie usunąć tego nawet przy pomocy lasera. Przez resztę życia, patrząc w lustro, będzie widział to słowo: dwulicowość. Z artykułów w gazetach wiem, że używa różnych określeń: niewierność, chciwość, żądza, zazdrość, fałsz. To określenia grzechów, ale teraz nabierają dla mnie innego znaczenia. Zabawne, jak dzieło może się zmienić po poznaniu artysty. Wszystko zaczyna nabierać sensu, albo i nie. W tym przypadku jej słowa zakreśliły pełen krąg. Nie chodzi o różne grzechy, lecz dokładnie o ten jeden: grzech niewierności. Każdy inny jest tylko płytką imitacją, kolejną drogą do tego samego celu. Ci wszyscy mężczyźni to zdrajcy, a kiedy wrócą do domu z czymś takim, to nie będą w stanie niczego ukryć. Będą ujawniać wszystko na kolanach i błagać żony o przebaczenie, tymczasem Storm powróci do swojej pracy, jakby nic się nie stało. Co więcej, dziewczyna nie poprzestaje na samym tatuażach. Kiedy kończy z klatką piersiową, zabiera się za twarz, i to na ostro, robiąc oparzenia od papierosów i cięcia nożem. Jak to interpretuję? Myślę, że Storm chce, by był każdy zdradzający mężczyzna był tak samo brzydki na zewnątrz jak jest w środku, a może tak szpetny, jak ona się czuje. Gdybym potrafiła odczuwać współczucie wobec kogokolwiek, mogłabym spróbować ją powstrzymać, ale nie czuję go. Jestem popieprzona na swój własny sposób, a łzy dorosłego mężczyzny są dla mnie najlepszym opiatem.
Kiedy
wszystko dobiega końca, patrzę na niego i nie czuję nic. Storm sprząta i pakuje
do torby swoje narzędzia pracy, a w pokoju pozostaje pustka. Rusza w stronę
drzwi i już myślę, że zaraz wyjdzie, jednak zanim to robi, rzuca w moim
kierunku prawdziwą słowną bombę:
–
Nazywasz się Tenly. Tenly Albright.
Wzdrygam
się mimowolnie, a Storm się uśmiecha.
–
Jak…
–
Nie martw się – mówi. – Twój sekret jest przy mnie bezpieczny, ale na ulicy
mówi się, że jakiś gliniarz na ciebie leci, skarbie. Więc może powinnaś
wyświadczyć nam wszystkim przysługę i wypierdalać stąd.
Po tym drobnym prezencie pożegnalnym opuszcza pokój, a ja wciąż wpatruję się w drzwi i zastanawiam, czy może mnie też czymś odurzyła i to wszystko było tylko halucynacją.
I
właśnie wtedy jej klient postanawia wymamrotać składną myśl:
–
Ten facet.
–
Jaki facet?
–
Zdjęcie – jęczy. – Kiedyś pokazałaś mi zdjęcie faceta.
Czuję,
jak zaczyna się we mnie gotować. Podrywam się z łóżka i rzucam w jego stronę,
na co on próbuje się odsunąć, ale nie ma dokąd.
–
Proszę – błaga. – Próbuję dać ci to, czego chcesz.
– Jak on się, kurwa, nazywa? – żądam.
–
Nie wiem – wypluwa. – Nigdy nie wiedziałem, ale myślę, że jest gliną. Widziałem
go ostatnio.
–
Gdzie konkretnie?
–
W barze na dole – odpowiada. – Przyglądał się temu miejscu, ale nie do późna.
Zawsze widzę go po dziesiątej. Słyszałem, jak o ciebie pytał. Miał rysunek i
mówił, że tak możesz wyglądać.
Wwiercam wzrok w jego twarz, jednocześnie rozważając wypowiedziane słowa. To nie ma sensu. Nie ma mowy, żeby Alexander był gliną.
–
Jeśli mnie okłamujesz…
–
Przysięgam – mówi. – Nie kłamię. Chcę tylko, żebyście ty i tamta druga
psychopatka zostawiły mnie w spokoju. Proszę.
Obdarzam go uśmiechem, odwracam się na pięcie i ruszam w stronę drzwi. Wygląda na to, że wreszcie przyswoił sobie tę lekcję. Chociaż raz spełnił prośbę, z czego się niezmiernie cieszę.





Komentarze
Prześlij komentarz