[PATRONAT] Rozdział trzeci Amelia Sowińska "Krwawy obowiązek"
Dwa tygodnie minęły w przeraźliwie szybkim tempie. Nie zdążyłam
nawet oswoić się z myślą, że należę do świata famiglii, a już musiałam szykować się do ślubu. Gdyby ktoś miesiąc
temu powiedział mi,
jak bardzo zmieni się moje życie, zaśmiałabym się tej
osobie prosto w twarz. Niestety sytuacja nie uległa zmianie.
Soraya okazała
się bezlitosną suką. Podobnie jak moja własna matka, która na każdym kroku
podkreślała, jak wielkim jestem dla niej rozczarowaniem. Obie miały natomiast tę samą
zaletę – były cholernie szczere. Na szczęście nie musiałam z nimi zbyt często
przebywać. Zajęte sobą zapominały o moim istnieniu, co przynosiło mi poczucie
ulgi i chwilowej wolności. Jednak gdy dochodziło do naszego spotkania,
bezwzględnie okazywały mi dezaprobatę,
komentując na każdym kroku moje zachowanie czy wygląd. „Za chuda, za niska, za mały biust, za niewinna”. Powoli ignorowałam ich nieprzyjemne docinki, zamykając
się w bibliotece na kilka godzin i czytając książki, przy okazji uczyłam się też włoskiego.
Jedynym miłym
zaskoczeniem, a raczej dobrą duszą w tej tragicznej historii był mój
starszy brat, Franco. Spędzałam czas głównie z nim i jego pięcioletnią
córeczką, Valerią. Samotnie wychowywał małą po śmierci żony, a dodatkowo pełnił
funkcję przyszłego nowojorskiego capo. Był stanowczym i
nieznoszącym sprzeciwu człowiekiem, jednak w odróżnieniu od naszego ojca nie
był brutalny i pozbawiony emocji. Z miłością spoglądał na córkę i czasami
miałam wrażenie, że i mnie przynajmniej
lubił. Ja także darzyłam go sympatią, często zanosząc się śmiechem, gdy
obserwowałam jego rozmowy z Val. Ciężko było
mu schować dumę do kieszeni i okazać łagodną
stronę. Robił to tylko wtedy, kiedy wydawało mu się, że nikt nie patrzy. Zawsze
z zaciekawieniem przyglądałam się ich relacji, wyobrażając sobie, jak by to
było mieć kochającego rodzica. Niestety
te szczęśliwe chwile szybko mijały, pozostawiając po
sobie zagubioną nadzieję.
Ale czas pędził
nieubłaganie i po
trzynastu dniach łapania oddechu zostałam w końcu wciśnięta w
ślubną, nieprzyzwoicie obcisłą sukienkę. Wyglądała zjawiskowo, nikt nie mógł
temu zaprzeczyć. Skromna, ale mieniąca się w świetle jak setki maleńkich diamentów. Tylko ja nie pasowałam do
tej doskonałej sukni. Czułam się jak sprzątaczka wyszykowana na bal
przebierańców. Makijaż tuszował opuchnięte od płaczu brązowe oczy. Nie
poznawałam siebie. Miałam wrażenie, że dawna ja odeszła gdzieś na zawsze. Że ta
wesoła kelnerka z kawiarni, dziewczyna z wieloma marzeniami, z pasją do pisania
– zginęła bezpowrotnie. Żegnaj,
Soph, witaj Sophio.
Serce
niespokojnie kłuło mnie w piersi. Jakby dawało mi znać, że już za chwilę
zmierzę się z własnym koszmarem.
– Tylko nie
przynieś rodzinie wstydu i nie zemdlej. Chyba wytrzymasz te kilka godzin?
– Matka spojrzała z pogardą, agresywnie poprawiając kwiaty wplątane w moje
blond loki.
Mój zły stan był
tylko i wyłącznie jej zasługą. Było mi strasznie słabo po jej słowach na
temat mojego przyszłego życia. Według niej i Sorayi nie czekało mnie nic więcej
prócz bólu i cholernego cierpienia.
– Nie martw się,
matko. Co najwyżej twój przyszły syn będzie pieprzyć dzisiejszej nocy zwłoki.
Przecież cokolwiek by się nie działo, nie można odwołać ślubu, prawda? Żywa czy
martwa, chyba nie ma to wielkiego znaczenia. – Wzruszyłam ramionami, udając
obojętność.
Resztki dumy były
wszystkim, co mi zostało. Nie zamierzałam z nich rezygnować teraz, gdy
nie miałam już nic do stracenia.
– Ty niewdzięczna
dziewucho. Masz szczęście, że ci bardziej współczuję, niż nienawidzę! –
syknęła i wróciła do poprawiania wianka.
Gdy tylko
skończyła, zostałam sama, czekając na ojca, by poprowadził mnie do ołtarza.
Czy kiedykolwiek
chciałam zostać panna młodą? Oczywiście. Chyba każda dziewczyna o tym marzy. O
miłości, szczęściu i białej sukni. Ale to wydarzenie miało być tak bardzo inne
od tego, w którym aktualnie biorę udział. Mój mąż. Mój przyjaciel. Mój kochanek
i partner w zbrodni. A z czym skończyłam? Z mordercą, który jak się okazuje,
zabił swoją poprzednią żonę. Udusił ją, czego dowiedziałam się dzień przed
ślubem, gdy podsłuchałam rozmowę Franca z ciotką Marią. Wszyscy wiedzieli, że
prawdopodobnie skończę tak samo jak moja poprzedniczka. Mimo to na twarzach
członków rodziny gościły uśmiechy.
Co za ironiczny
dzień, który powinien być początkiem nowego życia, a był dniem mojego końca.
Krew dudniła mi w uszach, gdy w końcu pojawił się ojciec, by oficjalnie oddać
mnie temu łotrowi. Tuż przed drzwiami do kościoła dotarła do mnie jeszcze jedna
rzecz. Akurat ta okazała się całkiem zabawna.
Zaśmiałam się i
zapytałam ojca:
– A co z zaręczynami? Gdzie pierścionek od mojego narzeczonego?
Nestore Callaro
zmarszczył brwi i zacisnął usta w wąską kreskę.
– Cieszę
się, że dopisuje ci humor. Niedługo nie będziesz w stanie się śmiać z
czegokolwiek.
Po tych słowach
wkroczyłam do olbrzymiego, starego kościoła w gotyckim stylu. Setki fałszywych
uśmiechów było skierowanych w
moją stronę. Setki katów, które przyszły oglądać mój
upadek. Wszyscy czekali na moje potknięcie,
taksując mnie wzrokiem od góry do dołu i dając do zrozumienia, że nie jestem
jedną z nich. Mieli rację, ale ja nie zamierzałam pokazać im słabości i dać
kolejnych powodów do kpiących uśmieszków. Chociaż nie miałam i nigdy nie będę
miała nic wspólnego z rodziną Callaro, dumnie uniosłam głowę i wykonałam krok
do przodu, drżąc na dźwięk marszu weselnego.
Nie dam im tej satysfakcji. Omiotłam
wzrokiem ołtarz i znalazłam swojego przyszłego męża. Na jego widok przystanęłam
na chwilę, delikatnie się chwiejąc, i zrobiłam krok do tyłu.
Nie, nie, nie! Przecież to potwór. On nawet wygląda jak
potwór.
Był wysokim na
prawie dwa metry, postawnym mężczyzną. Budową przypominał niedźwiedzia, a jego
ciało wydawało składać się z samych mięśni. Nieludzkiego charakteru dodawała mu
blizna na pół twarzy, szpecąca jego ciemne oko. Czarne włosy i zarost na
policzkach sprawiały, że wyglądał cholernie groźnie. Jak prawdziwy barbarzyńca
z dalekiej Rosji, który bez mrugnięcia okiem zmiażdżyłby mnie w dłoni. Przy nim
przypominałam bardziej zagubioną nastolatkę niż dojrzałą kobietę.
Wzięłam głęboki oddech i powoli dotarłam do samego ołtarza, by
zrównać się z moim przyszłym mężem. Mężczyzna nerwowo kołysał się na boki,
czego nie można było uznać za normalne, zdrowe zachowanie.
O Boże, on
naprawdę ma coś nie tak z głową.
Instynktownie wykonałam krok w tył, jakby moje ciało podświadomie
chciało uciec. Mężczyzna
niestety to zauważył.
Chwycił mocno za mój łokieć i przyciągnął do siebie.
Zdecydowanie zbyt blisko. Przerażona spojrzałam w
jego naznaczone szaleństwem oczy. Wstrzymałam powietrze, bojąc się
jakkolwiek poruszyć i pisnąć słowem.
– Moja.
Zostajesz. Ze mną. Na
zawsze – mruknął nienaturalnie szorstkim głosem,
przez co przebiegł mnie zimny dreszcz. Soraya i matka miały rację. To nie jest
członek famiglii, dobrze prezentujący
się niczym Casanova i szarmancki w swoich gestach. Miałam przed sobą twarz i opakowanie zabójcy, którego silne
ręce stworzone były do zadawania cierpienia.
Oniemiała
odwróciłam się w kierunku księdza, który nawet nie obdarzył mnie
spojrzeniem. Chociaż przez chwilę chciałam nie patrzeć na mężczyznę obok. Nikt mi nie chciał pomóc, nikt nawet nie spróbował.
Łzy zamazywały mi obraz, kiedy kapłan czytał słowa przysięgi. Usta drżały mi w momencie
wypowiadania jednego krótkiego
słowa, które przekreśliło ostatecznie moją nadzieję na wolność.
– Tak.
Pomruk zadowolenia wydostał się z ust Siergieja.
Mój mąż. Oprawca. Kat. Moja zguba i nieuchronny zwiastun śmierci.
Mężczyzna chwycił moją dłoń w swoją, przez co machinalnie jęknęłam
z przerażenia. Była szorstka, naznaczona wieloma grubymi szramami. A więc tak wyglądają ręce
mordercy.
Podniosłam łagodnie głowę. Wianek zakołysał się w moich długich blond
falach, ale kątem oka mogłam dostrzec, jak Rosjanin wsunął na mój palec złotą
obrączkę. Teraz ja musiałam odwdzięczyć się tym samym. Niestety ręce tak mi
drżały, że nie byłam w stanie tego wykonać. Goście zaczęli się irytować i
szeptać między sobą, jaką jestem nieporadną ofiarą.
Mizerna, krucha, nietrwała,
niegodna noszenia nazwiska Callaro.
– Zamknąć pierdolone mordy! – warknął Siergiej, a ja
podskoczyłam na dźwięk jego ostrego tonu. Wszyscy zamilkli i chociaż przez
chwilę mogłam rozkoszować się kojącą ciszą.
Dlaczego to zrobił?
Dlaczego nie chciał, żeby ze mnie
szydzili?
Ponownie chwyciłam za złoty pierścień, ostatecznie wsuwając go na
gruby palec mężczyzny. Niepewnie spojrzałam mu w oczy i tak jak się
spodziewałam, wpatrywał się we mnie, marszcząc brwi, jakby rozwiązywał
cholernie trudną zagadkę. Zignorowałam jego palące spojrzenie i pragnęłam tylko
przetrwać do końca tę
ceremonię.
Po nabożeństwie w kościele udaliśmy się do hotelu na przyjęcie.
Nie wiedziałam, czego się spodziewać, ponieważ niczego osobiście nie miałam
prawa wybrać. Byłam bardzo zaskoczona widokiem sali bankietowej. Przepiękna,
bogato zdobiona białymi kwiatami. Róże, tak jak w moich włosach. Myślę, że
mogła to być sprawka ciotki Marii. Wszystko było przytłaczające i przygotowane
jak na wydarzenie roku. Pragnęłam, by ten dzień jak najszybciej się zakończył. Chciałam schować
się w cieniu lub umrzeć z rąk własnego męża.
– Bacio! Bacio[1]! –
skandowali goście po wejściu na salę. Och, tak, pocałunek. Ominęliśmy go w
kościele, ale teraz nie było przed nim ucieczki.
Z przerażeniem
zadarłam głowę i spojrzałam na zadowolony wyraz twarzy Siergieja. Arogancki
dupek. Uśmiechał się tak, jakby miał zrobić mi przysługę. Bastardo russo[2]!
– Nie… – Ale nim
zdążyłam dokończyć zdanie, jego agresywne usta zaatakowały moje.
Cierpki smak
tytoniu podrażnił moje kubeczki smakowe. Był stanowczy i twardy. Jego dłoń
przytrzymywała tył mojej głowy, nie pozwalając mi nawet na minimalne
odsunięcie. Próbowałam się oderwać, ale jego język, gorący jak ogień, wdarł się
do mojego wnętrza. Pisnęłam zaskoczona i odepchnęłam mężczyznę, wbijając mu
palce w policzki. Mężczyzna mruknął niezadowolony i znowu, ze
zdziwieniem, spojrzał mi w oczy. Czy
on naprawdę myślał, że odwzajemnię pocałunek? Nie może być aż tak głupi.
Rosjanie
wiwatowali w dzikim szale, rycząc jak prawdziwe zwierzęta i dopingując mojego
męża. Z ratunkiem przyszła mi ciocia Maria.
– La mia bella ragazza. Wyglądasz jak
prawdziwa principessa[3]! Nikt nie
jest w stanie przyćmić twojego blasku, dolcezza.
– Pochyliła się do mojego ucha ozdobionego
platynowym kolczykiem. – Wiem, że jesteś przerażona, ale chyba nie musisz się
tak bardzo bać. Twój pan młody patrzy na ciebie jak na najcenniejszy skarb.
Zdecydowanie! Amore a prima vista[4].
Zaskoczona
podążyłam za wzrokiem kobiety, odnajdując twarz mężczyzny. Rzeczywiście,
bacznie mnie obserwował. Ale ciotka myliła się. To nie była miłość od
pierwszego wejrzenia. Patrzył na mnie jak na własność. Jak na nową zabawkę.
Czym prędzej
odwróciłam od niego głowę i zajęłam się przyjmowaniem życzeń od gości i
familii.
***
Włosko-rosyjskie wesele nie było najlepszym pomysłem rodziny.
Napięcie wisiało w powietrzu, a intensywny zapach wódki drażnił mój nos. Jeśli
można mówić o jakimkolwiek farcie w tej niefortunnej sytuacji, to przynajmniej
nie przebywałam cały czas z przerażającym Ruskiem.
Przyjęcie było ewidentnie podzielone między bratwę a włoską część gości. I choć doszło do unii, nadal wyczuwalna była nerwowa
atmosfera.
Około północy,
gdy już zdążyłam ukoić nerwy mocniejszym alkoholem, wymknęłam się na patio w
kierunku różanego ogrodu. Noc była chłodna, ale miało to swoje plusy. Zimno
szczypało w odkryte fragmenty mojej skóry i przypominało mi, że jeszcze żyję.
Zatrzymałam się
przy małym stawie i oparłam o barierkę. Jak miałam spędzić resztę życia z kimś, z kim
nawet nie zamieniłam słowa podczas całego wesela? Patrzył na mnie jak łowca na
zwierzynę, a na dodatek nie był zbyt rozmownym
mężczyzną. Nie żebym paliła się do poznawania
go. Nie chciałam mieć z nim absolutnie nic wspólnego, ale również nie
wyobrażałam sobie, żeby okazał się tym chorym
potworem z plotek. Upośledzonym,
niestabilnym psychicznie mrukiem. Co, jeśli faktycznie jest chory psychicznie?
Jeśli obserwował każdy mój krok, by poznać słabe punkty? Jeśli już planował
sposób, w jaki mnie zabije?
Wróciłam myślami
do jego zmarłej żony. Nikt w nowojorskim środowisku nie wie, co się z nią stało
i dlaczego zginęła. Wiadomo tylko, że to on ją zabił. Udusił i skręcił kark dla
pewności. Boże, co za człowiek tak
robi?
Nagle usłyszałam za
sobą szelest liści
wyrywający mnie z zamyślenia. Ktoś się zbliżał, więc
spanikowana postanowiłam wrócić na przyjęcie. Tam także są demony, ale
je przynajmniej już zdążyłam poznać. Ruszyłam w
kierunku sali, gdy ktoś jedną ręką zasłonił mi usta, a drugą przerzucił przez ramię
i niósł jak worek ziemniaków. Kopałam i krzyczałam, wołając o pomoc, ale
przestałam, kiedy do moich uszu dotarł dźwięk męskiego śmiechu.
Rosjanie gwizdali
i skandowali.
– Zaplatit' vykup[5]! Zapłać
okup za swoją młodą, śliczną żonę, ty stary bydlaku!
Oszołomiona nie
miałam pojęcia, co się dzieje, a włosy przesłaniały mi pole widzenia.
Dostrzegłam swoja ciotkę, która krzyknęła wyraźnie wkurzona.
– Voi bastardi[6]! Postawcie
moją biedną dolcezze na ziemię.
Na pewno umiera z przerażenia.
Rzeczywiście,
bałam się, ale wśród okrzyków i śmiechu usłyszałam znajome mi już warczenie.
Zaskakując samą siebie, uspokoiłam się trochę i rozluźniłam.
–
Skurwysyny! Zostawcie
moją żonę w spokoju. Jak tylko was dorwę, zabiję
gołymi rękoma i rzucę na pożarcie moim psom – zagroził mój mąż, dumnie krocząc w stronę patio. Chorzy Rosjanie i
ich chore, pokręcone tradycje.
– Ile jesteś w
stanie nam zapłacić? Ile jest warta twoja gorąca żona? No, Siergiej, bracie,
mów nam szybko, bo jestem pewny, że chcesz już zabrać swoją śliczną printsessa[7] do
łóżka na noc poślubną – odpowiedział brat mojego męża, kolejny szalony członek
bratwy.
Podniosłam
ponownie głowę, by zobaczyć, co dzieje się wokół. Durov patrzył wprost na mnie,
mrużąc oczy, jakby coś kalkulował.
– Dam wam milion
pierdolonych dolarów, a teraz spierdalać stąd, skurwysyny. Wesele się
skończyło. Ubiraysya ot ublyudkov[8]!
Zostałam wręczona
niczym
prezent gwiazdkowy prosto w ramiona kniazia.
Szliśmy, oddalając się od głośnych wiwatów.
– Możesz mnie
postawić. Potrafię chodzić – mruknęłam zirytowana.
Ku mojemu
zaskoczeniu Siergiej postawił mnie na ziemi i chwycił za rękę. Milczał, co
doprowadzało mnie do szału. Nie nadążałam za jego szybkim krokiem, a alkohol
prowokował mnie do odważnych zaczepek.
– Gdzie idziemy?
– zapytałam niepewnie, gdy straciliśmy z oczu hotel. Wyglądało na to, że na
imprezę już nie wrócimy.
– Odpowiesz coś?
Rozumiesz w ogóle, co do ciebie mówię?
Cisza. Cisza.
Cisza. Cisza. Cholerna cisza.
Złość przepłynęła
przez moje żyły i zachęciła do dalszego testowania granic.
–
Ach. Czyli plotki były prawdziwe. Naprawdę jesteś upośledzonym szaleńcem z
bratwy.
Nim zdążyłam
zanotować, co się dzieje, dłoń mężczyzny owinęła się wokół mojej szyi,
zaciskając się jak imadło.
– Nigdy. Więcej.
Nie. Nazywaj. Mnie. Kurwa. Upośledzonym.
Próbowałam
wydobyć z siebie słowa przeprosin, ale nie byłam w stanie oddychać. Robiło mi
się ciemno przed oczami, a źrenice Siergieja wyrażały czyste szaleństwo.
Wściekłość spowodowaną moim zuchwalstwem. Ostatni raz spróbowałam poruszyć
ustami. Potem wszystko zrobiło się czarne i nie czułam już nic.
[1]
Bacio – (z wł.) pocałunek (przyp. aut.).
[2] Bastardo
russo – (z wł.) ruski
drań (przyp. aut.).
[3] Principessa
– (z wł.) księżniczka (przyp. aut.).
[4]
Amore a prima vista – (z wł.) miłość od
pierwszego wejrzenia (przyp. aut.).
[5] Zaplatit'
vykup – (z ros.) zapłać
okup (przyp. aut.).
[6] Voi
bastardi – (z wł.) dranie (przyp.
aut.).
[7] Printsessa
– (z ros.) księżniczka (przyp. aut.).
[8] Ubiraysya
ot ublyudkov – (z
ros.) spierdalać, skurwysyny (przyp. aut.).





Komentarze
Prześlij komentarz