[PATRONAT] Rozdział drugi Amelia Sowińska "Krwawy obowiązek"



Rozdział 2

SOPHIA

 

Często zastanawiałam się, jakby wyglądało moje życie, gdyby rodzice mnie nie oddali. Czy miałabym szczęśliwe dzieciństwo pełne lodów i wakacji na plaży w Hamptons? Chciałam ślepo wierzyć w te piękne marzenia, które napawały mnie nadzieją, że pewnego dnia sama zapewnię swoim dzieciom szczęśliwe i pełne spokoju dorastanie. Wyobrażałam sobie również wygląd matki. Czy to po niej miałam złociste blond włosy? Czy to po ojcu moje oczy miały ciemnobrązową barwę? W pewien sposób bezpiecznie było tylko snuć fantazje na ten temat. Nigdy nie byłam zainteresowana odnalezieniem ich. Tłumaczyłam to sobie tym, że najzwyczajniej w świecie szanuję ich decyzję. Skoro nie chcieli mnie od samego początku, logiczne było, że teraz również nie będą mnie pragnęli.

            Mimo wszystko gdzieś w środku mnie paliła się ciekawość. Ciekawość, która okazała się pierwszym stopniem do piekła. Teraz, gdy już wiedziałam, kim są ludzie, którzy wydali mnie na świat, z chęcią cofnęłabym się do tych słodkich dni, kiedy ich nie znałam. Nigdy nie przeszło mi przez myśl, że jestem córką potworów obwiniających mnie o wszelkie nieszczęście.

            Niestety nawet noc nie przyniosła ukojenia. Nie byłam w stanie się uspokoić, a każda próba zaśnięcia kończyła się koszmarami.

            Próbowałam podnieść się i znaleźć siłę do walki, ale myśl o nadchodzącej przyszłości paraliżowała mnie strachem. Tylko czternaście dni. Dwa tygodnie do ślubu. Czy byłam gotowa na małżeństwo? Absolutnie nie. Nie potrafiłam umawiać się na randki, spotykać z mężczyznami, a co dopiero tworzyć z kimś rodzinę.

            Mocno zacisnęłam powieki w nadziei, że gdy je otworzę, obudzę się w swoim własnym łóżku. Niestety rzeczywistość była brutalna, a ja nadal nie miałam żadnego konkretnego planu działania. Ucieczka? Uległość? Poddanie?

            Z rozmyślań wyrwało mnie pukanie do drzwi. Tak jakby moje pozwolenie miało jakiekolwiek znaczenie.

            Westchnęłam głęboko i postanowiłam, że muszę się skonfrontować z moimi demonami.

– Proszę.

            Do pokoju weszli dojrzały mężczyzna i nieco od niego młodsza, prześliczna kobieta. Oboje wyglądali na bardzo eleganckich ludzi, ale coś kazało mi zachować dystans. Patrzyli na mnie z wyższością, gdy siedziałam w kraciastej piżamie na łóżku.

            – Sorayo, na Boga, przestań zabijać wzrokiem tę biedną dziewczynę – westchnął zirytowany mężczyzna. – Witaj, Sophio. Pozwól, że się przedstawię. Nazywam się Franco Callaro, a to moja młodsza siostra, Soraya. Przez najbliższe dwa tygodnie będziesz pod moją opieką. Nie musisz się niczego obawiać. Zajmę się tobą i przygotuję do poznania bratewskiego kniazia.

            Franco uśmiechał się i sprawiał wrażenie przyjaźnie nastawionego. Kogoś, komu mogłabym zaufać. Wiedziałam jednak, że mogą to być tylko pozory, a w tym domu nie należy tracić czujności. Kobieta natomiast była absolutnie zjawiskowa, ale jej chłodny wyraz twarzy mroził krew w żyłach. Długie blond włosy i lodowato niebieskie oczy, takie same jak u mojej biologicznej matki. Oczywiście, przecież niedaleko pada jabłko od jabłoni.

            Niepewnie podniosłam się i przywitałam z dwójką nieznajomych.

            – Sophia. Czemu miałabym być pod pana opieką?

            Soraya prychnęła i złapała mnie mocno za podbródek.

            – Faktycznie, rodzice mieli rację. Śliczna, ale zbyt naiwna i głupia. Musimy szybko ją przygotować na małżeństwo. Och, dziewczynko. Naprawdę nie zdajesz sobie sprawy, w jakie bagno się wpakowałaś?

            Ton kobiety wcale nie wyrażał litości. Brzmiał prześmiewczo, a na jej ustach błąkał się szyderczy uśmieszek.

            – Sorayo! Zachowuj się. To nasza krew, rodzeństwo. Nasza mała sorella[1] – powiedział stanowczym głosem Franco i nawet ja wiedziałam, że tego mężczyzny należy się słuchać.

            Był wysoki – mierzył prawie dwa metry – i dobrze zbudowany. Jego blond włosy miały ciepły, piaskowy odcień. Niewątpliwie miałam przed sobą przystojnego, ale i groźnego człowieka. Niespodziewanie zwrócił się do mnie i spojrzałam mu w oczy. Wyglądały jak moje, były wręcz identyczne, przez co poczułam się trochę bezpieczniej i rozluźniłam ramiona. Czy był moim bratem? Nie miałam pewności, ale chwilowo wolałam się nie wychylać i nie prowokować kolejnych komplikacji.

            – Sophio. Wiem, że sytuacja, w której się znalazłaś, jest trudna. Cholernie zagmatwana, tym bardziej dla kogoś, kto nie wychował się zgodnie z naszą tradycją. To wszystko jest dla ciebie nowe i zgaduję, że również przerażające. Ale jesteś Callaro i musisz wypełnić swoje obowiązki, których wymaga od ciebie famiglia. Jestem także przyszłym capo, więc podlegasz mojej jurysdykcji. Pamiętaj, że możesz również dużo zyskać, jeśli tylko przełkniesz swoją dumę i nas posłuchasz. Kobiety z naszej rodziny wiedzą, jak owinąć mężczyzn wokół palca. Szybko rozgrzejesz serce przyszłego męża, jestem tego pewny.

            Na jego słowa Soraya wybuchnęła gromkim śmiechem. Zdezorientowana posłałam Francowi przerażone spojrzenie, niedowierzając, że naprawdę sugerował mi zyskanie przychylności własnego męża poprzez łóżko. Tak jakbym w ogóle zamierzała z nim sypiać. Nie było możliwości, bym dopuściła go do siebie tak blisko.

            – Poważnie, fratello[2]? Chcesz jej powiedzieć, że jeśli będzie uległą suczką dla swojego właściciela, to będzie miała życie mlekiem i miodem płynące? To pieprzona klatka. Złota, ale nadal klatka. – Niespodziewanie kobieta odwróciła się ku mnie, a jej wargi drżały ze złości. – Mężczyźni to zaraza, mordercy bez litości. W naszych kręgach kobiety są wychowywane na żony-trofea. Nie musisz być mądra i wykształcona. Nie musisz, a nawet nie powinnaś mieć własnego zdania. Jeśli będziesz dość mądra, poradzisz sobie. Natomiast jeśli będziesz zbyt pyskata, przygotuj się na ból. Nie oczekuj miłości i szczęśliwego zakończenia. To na pewno cię nie spotka w tym małżeństwie. A z Siergiejem, och, doznasz wszystkich najgorszych rzeczy na własnej skórze. 

            Oczy zaszły mi łzami, a ciało dygotało z przerażenia. Cudownie, zostałam zamknięta w jakimś nierealnym koszmarze. Gdybym tylko mogła coś zrobić, udowodnić, że zaszła pomyłka… Niestety wiem, że to marzenia głupiego. Jestem niemal perfekcyjną mieszanką genów rodziny Callaro. Jasne, złociste włosy i ciemnobrązowe oczy. Taki kontrast nie jest czymś powszechnie spotykanym, tym bardziej u Amerykanek.

            Przełknęłam łzy, nie chcąc dać tej jędzy satysfakcji, że mnie nastraszyła.

            – Przyszłaś udowodnić mi, w jak bardzo patowej sytuacji się znajduję, czy jest jeszcze jakiś inny powód? Jeśli nie, to wyjdź i daj mi odpocząć – odpowiedziałam opanowanym tonem.

            Franco spojrzał na mnie lekko zaskoczony, lecz w jego oczach dostrzegłam błysk dumy. Po chwili jednak założył na twarz maskę obojętności i skierował się do drzwi, ciągnąc za sobą młodszą siostrę.

            – Ubierz się w coś eleganckiego. Musisz zapoznać się z resztą familii. – Kiwnął głową w zadumie, a następnie zmierzył mnie wzrokiem. – Gdybyś się źle poczuła, masz nas od razu poinformować. Chore serce to nie są żarty, rozumiemy się? 

            Soraya rzuciła mi ostatnie, pogardliwe spojrzenie, a potem wyszła z pokoju. Zostałam sama i ze wszystkich sił starałam się nie rozkleić, nie rozpaść jak domek z kart. Słowa dziewczyny były bezwzględne, ale i szczere. Kimkolwiek jest ten dziedzic bratwy, zniszczy mnie tak szybko, jak zapowiadali.

            Zrezygnowana i przytłoczona ciemnymi scenariuszami swojego przyszłego życia opadłam na miękki materac. W chwilach największego przygnębienia zawsze towarzyszył mi mój pamiętnik i długopis. Kiedy pisałam, czułam jak z moich barków schodzi ogromny ciężar. Potrzebowałam go, by nie zwariować i na chłodno przeanalizować sytuację. Musiało istnieć jakieś rozwiązanie tej dramatycznej zagadki. Złoty środek, który wyplątałby mnie z kajdan niechcianego małżeństwa.

            Rozejrzałam się po pokoju w poszukiwaniu czegoś, na co mogłabym wylać dręczące mnie myśli. W oczy od razu rzucił mi się stary, zakurzony i pożółkły notes. Idealny. Nie zastanawiając się dłużej, spisałam kolejne kawałki swojej duszy. Wątpliwości i przeplatające się w mojej głowie głosy podpowiadały mi najmroczniejsze możliwości ucieczki.

 

***

 

Ubrana w szykowną, ciemnofioletową sukienkę z długim rękawem udałam się do salonu. Ku mojemu zaskoczeniu było w nim pusto, ale z oddali słyszałam śmiech i rozmowy dobiegające z ogrodu. Nie czułam się wystarczająco pewnie, by skierować się prosto w stronę tłumu gości. Do ludzi, którzy mimo wszystko byli  moją rodziną. Jedyną rodziną, którą było dane mi posiadać.

            Wzięłam głęboki wdech, a w klatce piersiowej poczułam nieprzyjemne kłucie. Te nerwy zdecydowanie nie działały korzystnie na moje sponiewierane serce.

            – Wszystko w porządku? Może panienka chciałaby się napić wody? – zapytała przesympatyczna Zoya, służąca ubrana w elegancki mundurek. Oczywiście. Nawet służba musiała nienagannie się prezentować.

            Nie chciałam robić jej kłopotu, a tym bardziej zwracać na siebie uwagi. Uśmiechnęłam się blado i kiwnęłam potwierdzająco głową.

            – Poproszę szklaneczkę wody, jeśli to nie problem.

            Szybko wypiłam napój i ruszyłam w kierunku patio, gdzie znajdowało się przyjęcie. Rozglądałam się po obcych twarzach, zastanawiając się, czy od dziś tak będzie wyglądać każdy mój dzień.

            – La mia bella ragazza![3] Pozwól do nas! – krzyknęła starsza kobieta, wskazując na mnie dłonią. 

            Jej pogodny uśmiech wabił mnie dobrocią, która od tak dawna nikt mi nie okazywał. Miała około pięćdziesięciu lat, miodowe blond włosy i niebieskie, jasne oczy. Ewidentnie należała do rodziny, bo posługiwała się perfekcyjnym włoskim.

            Dołączyłam do grupki osób otaczających kobietę, wśród których rozpoznałam swoich rodziców. Na ich widok moja sylwetka automatycznie się napięła, a głos zamarł w krtani. Nie czułam się przy nich komfortowo i wątpiłam, czy to kiedykolwiek miało się zmienić. 

            – Boże, skóra zdjęta z Beatrice! Chociaż, Nestorze, ma twoje czarne jak węgiel oczy. A jaka ona malutka! Musi szybko przybrać na wadze. Przecież przez te wąskie biodra nie przeciśnie się żadne bambino[4]! – Klasnęła w dłonie rozpromieniona, starsza blondynka. – Jestem Maria, siostra twojego ojca. Cudownie cię zobaczyć, dolcezza[5].

I nim zdążyłam nadążyć za nowymi rewelacjami, znalazłam się w ciasnym uścisku swojej ciotki. Obcej, nowo poznanej, ale pełnej sympatii ciotki. Mimo delikatnej niezręczności sytuacji przytulenie okazało się poprawić mi humor i dodało pewności siebie. Być może nie wszyscy spośród członków famiglii byli wilkami. Gdy kobieta mnie puściła, uśmiechnęłam się nieśmiało i poprawiłam niesforny kosmyk włosów za ucho. Nadal czułam się cholernie zawstydzona i wystawiona na pokaz, jak nowa atrakcja w lokalnym cyrku.

            – Miło mi panią poznać. Nazywam się Sophia Esposito. – Wyciągnęłam ku niej dłoń, lecz po chwili atmosfera wokół nas zamarła.

            Głosy w ogrodzie ucichły. Matka zabijała mnie wzrokiem, a twarz Marii wyrażała zmartwienie. Ciszę przeciął ostry ton mojego ojca:

            – Jesteś Sophia Callaro i im szybciej się do tego przyzwyczaisz, tym lepiej dla ciebie. 

            Dlaczego? Dlaczego teraz? Dlaczego ja, skoro całe dotychczasowe życie mało ich interesowałam? Wzburzona uniosłam dumnie podbródek i schowałam głęboko pod skórę oznaki lęku. Nie mogłam się wiecznie bać.

            – Łączą mnie z panem więzy krwi, ale i te są dosyć kruche. Być może jestem pana córką, jednak tylko z biologicznego punktu widzenia. Im szybciej pan przyzwyczai się do tej myśli, tym lepiej dla pana. 

            Mój prowokacyjny ton wywołał lawinę plotek wśród gości. Głośne szeptanie dudniło mi w uszach. Pyskata, na co sobie pozwala ta dziewczyna, niech ktoś ją nauczy, gdzie jej miejsce. Znajda, przybłęda, postanowiła się postawić. Może honor to wszystko, co mi zostało? Może duma, którą tak często się obnoszę, jest jedyną moją cnotą?

            – Uważaj, dziecko. Uważaj na słowa. Bo być może za dwa tygodnie nie będziemy świętować ślubu, a pogrzeb. – Po tych słowach oddalił się w kierunku domu, zostawiając mnie całkowicie oszołomioną, ale już przestraszoną.

            Maria sapnęła wyraźnie zdenerwowana.

– Uspokój się, fratello! Ta biedna dolcezza jest wystraszona jak dzika sarna. Miej trochę litości. Wydajecie ją za ruskiego szaleńca i jeszcze specjalnie straszycie. Chodź, maleństwo. – Pociągnęła mnie delikatnie za rękę w kierunku altany. – Musimy sobie odpocząć od tych żmij. Ze mną nic ci nie grozi.

            W ciszy mijałyśmy piękne, różane krzewy. Ogród był zachwycający, niewątpliwie musiał kosztować tysiące dolarów. Skupiłam uwagę na kwiatach, by chociaż na chwilę się uspokoić i zwolnić oddech. W końcu dotarłyśmy do ławeczki. Maria zmarszczyła brwi na widok mojej przeraźliwe bladej twarzy. 

            – Nie bój się, cara mia[6]. Teraz możemy spokojnie sobie porozmawiać. –  Delikatnie głaskała moją dłoń, a ja czułam, jak pod moimi powiekami zbierają się łzy. Pierwszy raz od dawna ktoś okazywał mi czułość i troskę.

            – Boję się. Nie wiem, co tutaj robię. Wszyscy wkoło mówią tylko o małżeństwie i obowiązku. O jakiejś familii. A ja nic nie rozumiem! Nie chcę  nawet tego rozumieć. Chcę jedynie zamknąć oczy, a po ich otwarciu obudzić się w swoim dawnym życiu. Może nie było idealne, ale było moje. A tutaj nic nie należy do mnie. Nawet ja sama jestem czyjąś własnością. Czy naprawdę musieli mnie odnajdywać? Dochodzę do wniosku, że jako sierota żyło mi się dużo lepiej. Łatwiej.

            Już się nie powstrzymywałam i wybuchnęłam płaczem. Nie wstydzę się swoich uczuć, emocji. Przez całe życie radziłam sobie sama, a teraz musiałam być zdana na łaskę innych osób.

            – Błagam, niech mi pani pomoże uciec. Błagam. – Głos drżał mi z rozpaczy, a oczy wpatrywały się w ciotkę z nadzieją.

            Kobieta wyciągnęła z kopertówki paczkę papierosów i podpaliła jednego.

– Chcesz?

            Pokręciłam głową i milczałam. Doszło do mnie, że nie ma sensu nikogo prosić o pomoc. Przecież wszyscy tutaj są tacy sami. Są powiązani. Są rodziną. Nie, są czymś więcej. Mafią.

            Rezygnacja to przerażające uczucie, ponieważ zabiera ostatnią nadzieję. Jednak tak się właśnie czułam. Całkowicie i obezwładniająco zrezygnowana. Skazana na los, którego nie chciałam.

            – Nie mogę pomóc ci uciec. Nie chodzi o to, że nie chcę. Chcę i pomogłabym ci, ale mam pewność, że szybko zostałabyś złapana i wtedy naprawdę mielibyśmy pogrzeb zamiast wesela. – Ciotka mocno zaciągnęła się papierosem i zaśmiała nerwowo. – Nie ma możliwości wyjścia z famiglii. Wchodzisz żywa, wychodzisz martwa. Wbrew pozorom miałaś dużo szczęścia, że mój brat i jego żona cię porzucili. Dzięki temu nie byłaś córką tych potworów, ale nadal mimo wszystko jesteś członkiem organizacji. A Cosa Nostra[7] nie lubi gubić swoich członków, szczególnie tych, którzy są cenną kartą przetargową.

            Pociągnęłam nosem i wpatrywałam się w ciemną noc, która była nieprzenikniona. Nawet księżyc nie świecił jasno tej okropnej nocy. Nawet on pozbawiał mnie nadziei, dając jasno do zrozumienia, w jak patowej sytuacji się znalazłam. Musiałam jednak zrozumieć powody mojego uwięzienia.

            – Dlaczego ja? Mało jest atrakcyjnych, młodych panien? Możecie kogoś innego wydać za mąż. Kogoś, kto nie przyniesie wam wstydu tak jak ja.

            – Kochanie, tesero[8]. Jeśli chodzi o unię między innymi kastami, potrzebny jest ktoś znaczący z krwi. Córka lub syn dona. Ktoś reprezentatywny. Twoja siostra jest już mężatką. Nie było więc innego wyboru. Tylko twoja krew może spełnić ten obowiązek, rozumiesz? Poza tym większość włoskich dziewcząt jest dziewicami, czystymi kwiatami wychowywanymi na idealne żony. Są od najmłodszych lat zaangażowane w aranżowane małżeństwa. I niestety Durov jasno wskazał palcem na ciebie. Nie wziąłby pod uwagę innej dziewczyny. Nie wiem, dlaczego tak postanowił, ale famiglia zatańczy tak, jak im Rosjanin zagra.

            Nagle poczułam przypływ czarnej furii i prawie zagryzłam usta ze złości. Poderwałam się z ławki, krzycząc na jedyną życzliwą dla mnie osobę:

            – Więc mam być towarem wymiennym, tak?! Barterowa transakcja. Co za mnie dostaniecie?! Pieniądze, narkotyki?! – wysyczałam, nie mogąc pohamować krążącej w żyłach złości.

            Maria spojrzała na mnie z przygnębieniem wymalowanym na pięknej twarzy.

– Pokój, przyniesiesz nam pokój. – Po jej policzku spłynęła jedna samotna łza.

            – Dzięki tobie odzyskam syna. Mojego jedynego bambino, który trzy lata temu został porwany przez bratwę w kazamaty. Oddadzą mi moje dziecko. Uratujesz moją zbolałą duszę, Sophio. Durov postawił jasny warunek. Jeśli mój synek ma wrócić, chce ciebie za żonę.

            Chłód. Zimno. Przeraźliwe, dotkliwe zimno przepłynęło moimi żyłami prosto do serca. Zaczynałam rozumieć zasady tej gry. Nic nie jest za darmo. Wszystko ma swoją cenę. Pokój za krew. Dziecko za dziecko. Ukojenie za ból. A ja stoję pośrodku tej przeklętej gry i jestem pionkiem bez ruchu, bez decyzji. Rozczarowanie zalało moje gardło i chrypnęłam nienaturalnym głosem:

            – Dlatego byłaś dla mnie taka miła? Żebym nie zrobiła nic, co pokrzyżuje wasze plany?

            Kobieta przytaknęła głową, a większa ilość łez zalała jej doskonały makijaż. Nie czułam złości. Byłam całkowicie odrętwiała, wyprana z emocji.

            – Nie musisz się martwić. Non preoccuparti zia[9]. Dostaniesz swojego bambino z powrotem.

            Szok przebiegł po twarzy mojej rozmówczyni. Spojrzała na mnie szeroko otwartymi oczami, z nadzieją, której ja sama zostałam pozbawiona w brutalny sposób.

            – Naprawdę? Zrobisz to dla mnie, bella ragazza?

            Uśmiechnęłam się smutno.

            – Dla ciebie? Nie. To nie jest tak, że mam jakiś wybór. Cokolwiek bym nie zrobiła, muszę wyjść za mąż. Nie ma z tego piekła ucieczki. Nie dla mnie. Utknęłam w swoim własnym, osobistym kręgu Dantego. 

 



[1] Sorella – (z wł.) siostra (przyp. aut.).
[2] Fratello – (z wł.) brat (przyp. aut.).
[3] La mia bella ragazza – (z wł.) moja piękna dziewczyno (przyp. aut.).
[4] Bambino – (z wł.) dziecko (przyp. aut.).
[5] Dolcezza – (z wł.) ślicznotka (przyp. aut.).
[6] Cara mia – (z wł.) moja droga (przyp. aut.).
[7] Cosa Nostra – (z wł.) sycylijska mafia (przyp. aut.).
[8] Tesero – (z wł.) kochanie (przyp. aut.).
[9] Non preoccuparti, zia – (z wł.) Nie martw się, ciociu (przyp. aut.).




 


Komentarze

Popularne posty