[PATRONAT] Rozdział trzeci Anna Szafrańska "Lilianna"



Rozdział 3


I am lost in my own conscious
I know that shutting the wall down ain’t solving the problem
But I didn’t build this house because I thought it would solve’em
I built it because I thought that it would be safer in there
But it’s not, I’m not the only thing that’s living in here
Fear came to my house years ago I let’em in
Maybe that’s the problem.

NF, Mansion


Następne tygodnie przeleciały nie wiadomo kiedy. Każdy dzień wyglądał tak samo. Zrywałam się o świcie, by przygotować Maćkowi śniadanie do pracy, gotowałam obiad z-czego-się-dało i budziłam Oskarka przed ósmą rano. Następnie biegłam do pracy, po drodze odprowadzając synka do przedszkola, i nim się obejrzałam, pokonywałam tę samą trasę raz jeszcze i jak zawsze, gdy zbliżała się godzina szesnasta, ze ściśniętym gardłem biegłam do domu, by zabrać się za podgrzanie obiadu. Przecież musiałam zdążyć przed Maćkiem. Ciężko pracował, więc powinnam czekać na niego w domu, gdy już wróci po wyczerpującym dniu na budowie.
Nadal sprzątałam u Malwiny. Dziwnie się czułam z tym, że mam mówić jej po imieniu. Nigdy wcześniej nie byłam w tak bezpośrednich kontaktach z pracodawcą. Od czasu do czasu, gdy akurat pracowała z domu, proponowała mi kawę albo herbatę. Czasami gotowałam dla niej obiad, jeśli zostawiała mi na blacie karteczkę z wytycznymi, co miałam przyrządzić. Namawiała mnie też, bym zabierała część przygotowanego jedzenia do domu, jednak nie miałam tyle odwagi, by tak postąpić. Wolałam się nawet nie zastanawiać, co powiedziałby Maciek. Pewnie coś o jałmużnie, żebraniu o jedzenie albo… o żaleniu się na niego – roztrząsaniu przed obcymi naszych prywatnych spraw. To byłoby najgorsze. Wolałam nie kusić losu.
Z zaskoczeniem też stwierdziłam, że zadziwiająco szybko zaufałam Malwinie. Może dlatego, że nie naciskała w sprawie Maćka. Od momentu, gdy wcisnęła mi do ręki gaz pieprzowy, temat umarł. Czasami, gdy byłam zajęta sprzątaniem, czułam na sobie jej wzrok. Jej badawcze spojrzenie było trudne do udźwignięcia. Jakby czytała mi w myślach i dokopywała się do tajemnic, które chciałam ukryć głęboko w odmętach wspomnień. Niemniej jednak dobrze się dogadywałyśmy. Dwa razy dała mi książeczki dla Oskarka, a gdy chciałam stanowczo odmówić, powiedziała, że to darmowe materiały reklamowe, które zostały nadesłane do redakcji, i jeśli ich nie wezmę, to trafią na makulaturę. Tym samym nie mogłam ich nie przyjąć. Tęskniłam za czasami, gdy mogłam całymi popołudniami albo i nawet nocami czytać książki, bez wyrzutów sumienia, że marnuję czas. Teraz nie mogłam sobie na to pozwolić, jednak nie zamierzałam odbierać Oskarkowi tej jednej z niewielu przyjemności. Żeby nie denerwować niepotrzebnie Maćka, schowałam książeczki na dnie szafy, gdzie trzymaliśmy walizki i torby.
Bolało mnie, że musiałam zatajać przed nim nawet tak błahe rzeczy, ale czasami nie miałam wyjścia. Wolałam to niż słuchać później karczemnej awantury, której świadkiem byłby Oskar.
Był późny kwietniowy wieczór. Razem z Oskarem przygotowywaliśmy kolację składającą się z chudego serka wiejskiego ze świeżym szczypiorkiem, który udało mi się wyhodować w doniczce w kuchni. W przyszłości chciałam zaoszczędzić pieniądze i kupić sadzonkę pomidora, ale na razie nie mogłam sobie pozwolić na taki luksus. I tak byłam miesiąc w plecy z płatnością za przedszkole synka, co spędzało mi sen z powiek.
Po kolacji wykąpałam go i położyłam spać w nadziei, że uda mu się zasnąć, zanim wróci Maciek. Nie niepokoiło mnie to, że się spóźnia. Często mu się to zdarzało, jednak bardziej bałam się tego, w jakim stanie wróci – co będzie mówił. I robił.
Starając się odepchnąć od siebie złe przeczucie, pomogłam Oskarowi założyć jego ulubioną spłowiałą piżamę w dinozaury, z której niestety zdążył już wyrosnąć. Wspólnie wgramoliliśmy się na jego materac.
– To co, może przeczytamy jakąś książeczkę, którą dostałeś od pani Malwiny?
Podekscytowany zaczął przytakiwać, a jego zielone oczka zamigotały z podniecenia. Opowiedziałam synkowi o Malwinie i to była nasza mała tajemnica, o której żadne z nas nie mogło wspomnieć Maćkowi. Przeszłam do pokoju. Z szafy wyciągnęłam jedną książeczkę. Pozostałe na powrót przykryłam walizkami.
Usłyszałam zgrzyt zamka. Głośno przełykając ślinę, wyszłam na korytarz, ignorując cichy głosik w głowie, który radził, bym czym prędzej wróciła do synka i zamknęła drzwi od kuchni.
W progu zauważyłam Maćka, który lekko się zataczał. Już nabierałam powietrza, żeby go przywitać, gdy za jego plecami wyrosły dwa cienie. Dwaj wysocy, postawni mężczyźni – łysi, szerocy w barkach i z wyraźnie przerośniętymi mięśniami. Ich skórzane kurtki skrzypiały przy każdym ruchu. W oczach mieli coś takiego, że od razu po kręgosłupie spłynął mi lodowaty dreszcz.
– M-maciek… – Zdenerwowana oblizałam usta, zaciskając palce na książeczce, którą niczym tarczę przyciskałam do piersi. – Położyłam już Oskara.
Nie odpowiedział. Gdy tylko wsunęli się do mieszkania, zamknął cicho drzwi. Drgnęłam na dźwięk przeskakującej klamki. Odważyłam się podnieść oczy i wtedy to zauważyłam. Maciek miał wzrok wbity w podłogę, a jego mocno zaciśnięte szczęki drgały za każdym razem, gdy ciężko nabierał powietrza. Ale nie to było najgorsze. Nie jego z trudem wstrzymywana wściekłość – tylko spojrzenia tych mężczyzn, od których cierpła mi skóra.
– To ona? – rzucił pierwszy, wskazując mnie kciukiem. Drugi zmierzył mnie od stóp do głów, drapieżnie mrużąc oczy.
– Nie jest taka zła.
Na te słowa cofnęłam się w stronę kuchni, czując, jak serce szamocze mi się w piersi.
– Dogadamy się? – warknął przez zęby Maciek.
– No nie wiem, nie wiem… – Pierwszy z mężczyzn westchnął teatralnie, robiąc krok w moją stronę. – Wszystko zależy od tego, jak bardzo twoja suczka będzie dla nas miła.
Ze strachu pisnęłam, odskakując w bok. Drugi facet zbliżył się do mnie, wyciągając rękę w stronę moich rozpuszczonych włosów. Chciałam uciec, ale nie miałam jak. Przyblokowali mnie przy ścianie, a jeden z nich przesunął palcem po moim odsłoniętym przedramieniu.
W miejscach, gdzie mnie dotykali, czułam lodowaty dreszcz obrzydzenia.
– Maciek! O co tu chodzi…?
– Zamknij się. – Splunął, nie patrząc na mnie.
Jeden z mięśniaków zaśmiał się zimno, pociągając mnie za włosy tak mocno, aż moja głowa odskoczyła do tyłu. Krzyknęłam, upuszczając książkę, i zacisnęłam palce na jego nadgarstku.
– Twój chłoptaś ma drobne problemy z płatnościami i to się stało.
Zawartość żołądka podeszła mi do gardła, gdy poczułam na skórze jego oddech. Zacisnęłam powieki, próbując się nie rozpłakać, gdy poczułam bezpardonowy, łakomy uścisk na piersiach.
– Połowa.
– Umawialiśmy się na całość!
– Chyba coś ci się pojebało. To my stawiamy warunki.
– Maciek… Proszę, nie! – pisnęłam, gdy pchnęli mnie na ścianę.
– To jak? Nie mamy całej nocy.
– Dobra.
– No i zajebiście! – zarechotał mięśniak, zatykając mi usta. Chciałam się wyrwać, ale wtedy obaj boleśnie wykręcili mi ręce. – Chodź, mała, trochę nas zabawisz!
– W sumie ma niezłe cycki. Może dostaniesz od nas jakąś zniżkę na odsetki.
Chciałam krzyczeć, błagać Maćka, by tego nie robił, ale jeden z mężczyzn zacisnął palce na moim gardle i z pomocą drugiego zaciągnął mnie do pokoju. Pchnęli mnie na tapczan, który przygotowałam na powrót Maćka. Próbowałam szybko wstać, coś krzyczałam, a łzy zalewały mi oczy. Nie dałam rady się podnieść. Moje ciało dygotało, znowu krzyczałam… Wołałam pomocy, przez co zostałam natychmiast obrócona twarzą do materaca. Jeden z nich położył się na mnie i pod wpływem jego ciężaru nie dałam rady już się poruszyć.
Słyszałam tylko, jak rozpinają… ściągają… zdejmują…
– Nie… Maciek! – wrzasnęłam, gdy tylko kneblująca mnie ręka zniknęła na ułamek sekundy. – Nie, proszę! Nie!!! Błagam, zostawcie…
– Głupia suka! A chciałem być miły!
Mężczyzna jednym ruchem przewrócił mnie na plecy i wymierzył siarczysty policzek. Nadal krzyczałam, starając się osłonić twarz, obrócić się, wyrwać… Ale to na nic. W końcu tamten drugi się wkurzył i uderzył mnie z pięści.
– Chcesz dostać kosę?! – Parskając, pociągnął mnie za włosy do pionu, po czym rzucił na podłogę. Jak śmiecia. Jak dziwkę…
Skomląc, czołgałam się po dywanie. Parkiet drżał i falował. Przez łzy i włosy oblepiające twarz ledwo widziałam cokolwiek. Odwrócili mnie na plecy. Jeden z facetów stał nade mną. Miał rozpięte spodnie i był bez koszulki. Widząc, że go obserwuję, wyciągnął go z bokserek i pogładził. Splunął na niego, szczerząc się obleśnie. Odwróciłam się, wymiotując.
Krztusiłam się łzami, a torsje sprawiły, że zaczęłam kulić się na podłodze. Mężczyzna wykorzystał to, złapał mnie za włosy, a wtedy drugi zdarł ze mnie koszulkę i jednym ruchem ściągnął mi spodnie. Coś gorącego i lepkiego otarło się o moją rękę. Kazał mi zacisnąć na nim palce i ruszać ręką.
– Leż, kurwa…!
– Weź jej wpierdol i po sprawie!
Czułam go między nogami. Napluł na moje krocze. Krzyczałam…
Nagle coś huknęło, a ci dwaj zamarli. Nie wiedziałam, co się dzieje.
– Cho no, gnoju!
Cisnęli moją głową o podłogę, a ciężar tamtego mężczyzny zniknął z moich ud. Uniosłam zapuchnięte powieki. Wpatrywałam się w stojącego w drzwiach synka, który miał przyciśnięty do policzka telefon komórkowy. Obok niego leżał Maciek wśród drewnianych odłamków regału. Krzyknęłam do Oskara, żeby uciekał, i to zrobił. Był szybszy i zwinniejszy od tamtych mężczyzn i pierwszy doskoczył do drzwi kuchni, które zatrzasnął im przed nosem i przekręcił klucz. Walili w nie, grożąc, co mu zrobią, gdy w końcu go dopadną.
Torebka…
Torebka!
TOREBKA!
Zacisnęłam obolałe szczęki. Musiałam wstać, ruszyć się! Ślizgając się na własnych wymiocinach, doczołgałam się do torebki leżącej na gierkowskim fotelu. Wyszarpałam gaz i na drżących nogach ruszyłam w stronę kuchni. Chyba coś krzyknęłam, nie wiedziałam dokładnie co, ale wtedy ci dwaj odwrócili się w moją stronę, a ja rozpyliłam gaz prosto w ich twarze. W jednej sekundzie runęli na podłogę, wrzeszcząc, przeklinając, trąc oczy, a ja stałam nad nimi, osłaniając twarz ramieniem i celując na oślep. Starałam się nie wdychać duszącego, drapiącego gazu. Oczy mnie swędziały, a mimo to nie opuściłam ręki. Gdy w końcu opróżniłam zbiornik, cofnęłam się poza zasięg ich ramion. Nadepnęłam na coś. Uskoczyłam przed palcami Maćka, który właśnie odzyskiwał przytomność. Mamrotał coś pod nosem… Że popamiętam. Ja i mój bachor.
W następnej chwili naciągnęłam na gołe ciało kurtkę, chwyciłam torebkę i przeskoczyłam do drzwi kuchni. Zapukałam do Oskarka, który natychmiast mi otworzył. Jego zielone oczka były ogromne. Płakał, a wydzielina z nosa zalewała mu usta i brodę. Porwałam go na ręce, mówiąc, by się we mnie wtulił. By zamknął oczka i nie patrzył. Przeszłam nad mężczyznami, którzy wili się na podłodze w bólu, wykrzykując groźby i przeklinając.
Gdy narzucałam na Oskara kurtkę, poczułam szarpnięcie za kostkę.
– Nie waż się…!
Nie słuchałam go.
Już nie.
Kopnęłam go z całej siły w twarz i uciekłam.
Zbiegłam po schodach, przyciskając płaczące dziecko do piersi. Małe ciałko drżało, a na gołej skórze czułam gorące krople jego łez.
– Wracaj tu, kurwa!!!
Zatrzymałam się na półpiętrze, odruchowo odwracając się w stronę schodów i dochodzącego stamtąd ryku Maćka. Oparłam się plecami o ścianę, czując, że nogi odmawiają mi posłuszeństwa. Adrenalina powoli ustępowała z mojego ciała i teraz zaczęło do mnie docierać, co się stało. Co ja zrobiłam… Co oni chcieli mi zrobić… Co Maciek zrobił…
Usłyszałam szczęk zamka i z przestrachem odwróciłam się w stronę drzwi piętro niżej. Pani Maria wychyliła głowę, a jej wodniste oczy zrobiły się ogromne. Szybko zerknęła w górę schodów, machając na mnie żylastą ręką.
– Chodźcie tu prędko!
Zdołałam pokonać ostatnie stopnie, a pani Marysia wpuściła mnie do swojego mieszkania, zatrzaskując za mną drzwi i przekręcając wszystkie zamki.
– Co tam się stało? Te krzyki…
Pokręciłam głową. Nie mogłam powiedzieć ani słowa. Nie mogłam nic z siebie wydusić. Wydawałam jakieś nieartykułowane dźwięki, bo nic innego nie chciało się przecisnąć przez zaciśnięte gardło. W ustach nadal miałam kwaśny posmak wymiocin. Pochyliłam się z dzieckiem w ramionach, próbując złapać oddech. Coś jakby ściskało mnie w piersiach. Nie rozumiałam tego. Niczego nie rozumiałam. Co ja zrobiłam…
Pani Maria położyła mi dłoń na ramieniu, a ja odskoczyłam w bok.
Jej oczy zwilgotniały, a z moich ust wydostał się szloch i chociaż boleśnie zagryzałam wargi, zaczęłam skomleć jak zbity pies.
Wtedy nad naszymi głowami rozległ się huk. Coś spadło. Usłyszałyśmy krzyki i w chwilę później ktoś zbiegał po schodach. Pani Maria na palcach przeszła do okna, skąd miała widok na wejście do kamienicy. Ruszyłam za nią, chociaż każdy krok sprawiał mi ból. Z bijącym sercem czekałam na to, co powie, ale wtedy usłyszałyśmy łomotanie do drzwi. Oskar zakwilił, czepiając się mojej szyi.
– Schowajcie się tutaj – szepnęła pospiesznie pani Marysia, prowadząc mnie w stronę ogromnej dębowej szafy.
Weszłam do środka i usiadłam na podłodze, a pani Maria przesunęła wieszaki, by nas zakryć. Zamknęła drzwiczki na klucz i wyciągnęła go z zamka. Chwilę później usłyszałam Maćka, a Oskar w tym samym czasie wstrzymał oddech, chowając głowę pod moim ramieniem.
– Gdzie jest? – warknął niewyraźnie, bezpardonowo wchodząc do mieszkania.
Słyszałam, jak otwiera drzwi łazienki, kuchni, sprawdza szafy… Mocniej przytuliłam Oskarka.
– Chyba coś się panu pomyliło, panie Rybarski. To nie jest pańskie mieszkanie.
– Gdzie Lilka?!
– Doradzam opanowanie – spokojnie rzekła pani Maria tonem, który był zimny, ale bezkonfliktowy. – Inaczej zadzwonię na policję i zgłoszę wtargnięcie.
– Czy Lilka tu była?
– Nie widziałam jej od wczoraj. A teraz proszę opuścić moje mieszkanie. Teraz.
Jeśli nawet coś jej odpowiedział, to nie dosłyszałam, bo Oskar właśnie zaczął gwałtownie nabierać powietrza. Szeptałam mu do uszka, że jest dzielny, że jeszcze tylko trochę i tata sobie pójdzie…
Zaskrzypiały drzwi szafy.
Pani Maria podała mi rękę, pomagając nam wydostać się z kryjówki. Poprowadziła mnie na tapczan, który przygotowany był już do spania. Gdy siadałam, rozchyliły się poły mojej kurtki. Pośpiesznie złapałam za brzegi, starając się szczelniej owinąć materiałem i ukryć swoją wstydliwą nagość i wszelkie ślady, które pozostawili na mnie tamci faceci. Nie myśl o tym teraz. Nie myśl!
– Dziecko – szepnęła pani Maria, gładząc mnie po włosach i całując w czoło. – Moja kochana.
Chciałam jej powiedzieć, żeby mnie nie dotykała, bo pewnie śmierdziałam wymiocinami. Byłam taka brudna…
Próbowałam wydusić z siebie jakieś słowo, cokolwiek, by jej podziękować, ale potrafiłam jedynie płakać.
– Nie możecie tu zostać. – Dotknęła główki Oskarka, który w pierwszym momencie skulił się ze strachu, widząc mknącą w jego stronę rękę. – On wróci i będzie cię szukać. Macie gdzie pójść?
Czy miałam gdzie się zatrzymać? Nie posiadałam pieniędzy na hotel, a nawet jeśli mogłabym wrócić do rodziców, to przecież podróż pociągiem kosztuje, a w moim portfelu było tylko dziesięć złotych. Dziesięć złotych…
– N-nie wie-em…
– Uspokój się i pomyśl. Nawet jeśli pójdziesz na policję i zgłosisz… tę napaść, zawiozą cię do domu samotnej matki albo gdzieś, gdzie zdołają ci pomóc. Tak nie można żyć, Lilka. Musisz to skończyć. Masz synka. Pomyśl o nim. Znajdę ci coś do ubrania.
Nie umiałam się skupić. Potrafiłam jedynie bezmyślnie śledzić ruchy pani Marii, która szykowała dla mnie jakieś rzeczy. Miałam odejść i zostawić Maćka? Jasne, chwilę temu czułam wściekłość, ból, bo chciał mnie oddać… jak jakąś rzecz. Ale teraz, co miałam zrobić bez niego? Jak sobie poradzę bez pieniędzy? Miał rację, z mojej pracy nie starczy na utrzymanie siebie, Oskara, wynajęcie mieszkania, a nawet pokoju, nie mówiąc już o opłaceniu rachunków… Nie było dla mnie ratunku. Nie mogłam nikogo prosić o pomoc. Nikogo…
O czym ja teraz myślałam?
Moje dłonie zacisnęły się w pięści i wtedy to poczułam. Chłodną aluminiową tubkę. Nadal ściskałam pusty pojemnik po gazie pieprzowym.
Zapatrzyłam się w niego, myśląc, jak inaczej potoczyłby się ten wieczór, gdyby Malwina mi go nie dała. Gdyby mój synek nie był odważniejszy ode mnie. Gdyby nie wiedział, że gdy weźmie telefon do ręki i nawet jeśli nic nie powie do słuchawki, to będzie wyglądało, jakby do kogoś dzwonił. Po pomoc…
– Wymyśliłaś coś?
Pani Marysia podała mi ubrania i uśmiechając się smutno do Oskara, wzięła go na kolana. Zagadując mojego synka, gestem dała mi znak, bym wybrała ze sterty ciuchów coś dla siebie. Nie patrząc na to, co zakładam, wciągnęłam na siebie jakiś sweter i spodnie od dresu.
– Mam przyjaciółkę, ale nie wiem…
– Jeśli to twoja przyjaciółka, to nie odmówi ci pomocy – przerwała, podając mi skręcającego się ze strachu Oskarka. – Zdążyłaś zabrać coś z mieszkania? Jakieś dokumenty?
Wzięłam do ręki znoszoną torebkę. W wewnętrznej kieszonce miałam schowaną książeczkę zdrowia Oskara oraz własne dokumenty. Zawsze miałam je przy sobie i aż do teraz nie wiedziałam dlaczego.
– Tak. Mam.
– To dobrze. Nigdy tu nie wracaj, rozumiesz? Dam ci pieniądze na taksówkę.
– To niedaleko…
– Nie. Jak wyjdziesz z domu, złap pierwszą lepszą taksówkę i jedź do przyjaciółki. Jeśli spotkasz Maćka… Uciekaj. Obiecaj mi to, dobrze?
Obiecałam. Na samą myśl, że jeszcze raz mogłabym spotkać Maćka… Czułam, jak coś się wewnątrz mnie łamało. Nie, to nie jest pora na to, by się rozklejać i myśleć. Musiałam działać. Ochronić dziecko i siebie. Pani Maria miała rację. Ucieczka była jedynym słusznym wyjściem.
Uściskałam ją krótko, dziękując za wszystko, i wzięłam od niej dwadzieścia złotych. Obiecałam, że oddam, ale pani Maria tylko pokręciła głową. Odprowadziła mnie do drzwi, pod którymi przez chwilę nasłuchiwała, a później ostrożnie je uchyliła, wystawiając głowę na klatkę. Gestem dała mi znak, że mogę wyjść. Nim zeszłam ze schodów, pani Marysia pocałowała mnie w czoło, uśmiechając się pocieszająco.
– Biegnij, dziecko. I powodzenia.
– Dziękuję.
– Leć. Uważaj na siebie.
Wybiegłam przed kamienicę i ruszyłam w stronę Rynku Jeżyckiego. Musiałam iść tam, gdzie było dużo ludzi. I dużo taksówek. Nie przeszłam nawet dziesięciu metrów, gdy poczułam zaciskającą się na moim ramieniu dłoń i stanęłam oko w oko z Maćkiem.
– Chyba nie myślałaś, że ode mnie uciekniesz? Co ty, kurwa, odpierdalasz?!
Próbowałam szarpnąć ręką, ale trzymał mnie zbyt mocno. W świetle pomarańczowego blasku latarni jego pobita, sina twarz wyglądała upiornie. Uczepiony mnie Oskar zaczął głośno płakać i się szamotać. Maciek wrzeszczał, próbując go uciszyć, w końcu uniósł groźnie dłoń. Wówczas dotarło do mnie, co powinnam zrobić.
– Pomocy!!! – wydarłam się na cały głos. – Zostaw mnie!!!
– Zamknij się! – uciął, ciskając mną o ścianę.
Zacisnął palce na mojej szyi tak mocno, że charczałam, walcząc o oddech. Przyciskałam do siebie Oskara, który płakał tak głośno jak nigdy wcześniej.
– Pojedziesz ze mną do nich i ich, kurwa, przeprosisz! Jeśli trzeba, będą pieprzyli się z tobą całą noc, rozumiesz?! A ty, kurwa, nie piśniesz ani słowa! Chcesz, żeby mnie zabili? Tego chcesz? Zobaczyć mnie w worze?!
Wolną ręką uderzył mnie w twarz. I wtedy krzyknęłam. Krzyknęłam jak nigdy wcześniej.
            – Ej, koleś! Zostaw ją!
To wystarczyło, żeby Maciek mnie puścił. Zdążyłam zauważyć, że w naszą stronę szedł jakiś mężczyzna.
Co ty robisz?
To twoja szansa!
Uciekaj!
Puściłam się biegiem, odpychając od siebie Maćka.
– Odpierdol się, kutasie!
– To nie było grzeczne.
Gdy byłam na końcu ulicy, dotarł do mnie odgłos szamotaniny i głuchych uderzeń. Nie potrafiłam odróżnić, czy to jęki Maćka, czy tamtego chłopaka, który stanął w mojej obronie. Nie mogłam się zatrzymać. Nie teraz.
Złapałam pierwszą lepszą taksówkę i niecałe pięć minut później wysiadłam na ulicy Mazowieckiej. Serce miałam w gardle, gdy prosiłam kierowcę, by poczekał chwilę na zapłatę, i w duchu się modliłam, by Malwina była w domu. Zadzwoniłam domofonem, a gdy przez kilka pierwszych sekund nikt nie odpowiadał, zaczęłam panikować.
Co teraz zrobię? Jak zapłacę taksówkarzowi? Przecież miałam tylko trzydzieści złotych…
– Tak?
– Malwina! J-ja… P-przepraszam za porę…
– Lilka? Już otwieram, wejdź!
Furtka zabrzęczała i ustąpiła, gdy lekko ją pchnęłam. Malwina stała w otwartych drzwiach, na ramionach miała wełniane ponczo. Widząc mnie z dzieckiem na rękach, zacisnęła z całej siły szczęki i głośno wciągnęła powietrze. Zmrużyła oczy, łapiąc mnie za ramiona i wciągając do domu.
– Co on ci zrobił…
– T-taksówkarz… – wybąkałam, gdy chciała zamknąć drzwi. – Mam tylko trzydzieści złotych…
Ściągnęłam torebkę z ramienia. Zaczęłam szamotać się z zamkiem, ale się zaciął. Nie mogłam odpiąć torebki, a zapięcie co chwilę wyślizgiwało się spomiędzy moich zimnych palców. Przestałam dopiero, gdy Malwina położyła dłoń na moich zlodowaciałych rękach i lekko je ścisnęła.
– Zaraz wrócę – powiedziała cicho.
Podeszła do białej komody stojącej przy drzwiach i otworzyła szkatułkę, z której wyciągnęła pięćdziesięciozłotowy banknot. Przysiadłam na ławie stojącej na korytarzu i po raz pierwszy otoczyła mnie cisza. Miarowe tykanie starego zegara wydawało się tak powolne w porównaniu do serca dudniącego w mojej piersi. Oskar zasnął jakiś czas temu w taksówce. Był zmęczony, wyczerpany strachem i płaczem.
Zacisnęłam powieki. Jeszcze nie. Nie teraz. Nie masz prawa płakać…
Poderwałam się nerwowo, gdy Malwina weszła do domu. Widząc, jak tulę do siebie śpiące dziecko, zamknęła ostrożnie drzwi i najciszej, jak mogła, ściągnęła buty. Przekręciła zamek w drzwiach.
Właśnie dotarło do mnie, co zrobiła. Zapłaciła za moją taksówkę i jeszcze wpuściła mnie do domu w nocy… Co ja sobie myślałam, przyjeżdżając do niej! Nie powinnam tu zostawać! Jeszcze ściągnę na nią niebezpieczeństwo. Co ja sobie myślałam…
– Przepraszam. Nie powinnam. – Wstałam, ciężko nabierając powietrza. Czułam, jak duszę się z każdym słowem. – Coś wymyślę, pójdę do domu samotnej matki, nie mogę zwalać ci się na głowę, i to jeszcze z dzieckiem, coś wymyślę…
– Po pierwsze, nigdzie nie idziesz – przerwała twardo. Widząc, że lekko się wzdrygnęłam, wyciągnęła rękę w moją stronę i palcami starła łzy z mojej opuchniętej twarzy. – Po drugie, zostajesz. Po trzecie, pójdziesz spać. A resztą zajmiemy się jutro – dodała, uśmiechając się pokrzepiająco, po czym podeszła do panelu na ścianie obok gabinetu i coś wstukała na ekranie dotykowym. – Uzbroiłam alarm. Wie, gdzie pojechałaś? – Zaprzeczyłam jednym ruchem głowy. Malwina odetchnęła z ulgą i zrobiła krok w moją stronę. – Tu będziecie bezpieczni.
Czułam, że zaraz nadejdzie ten moment. Chwila, w której przestanę nad sobą panować. Poszłam do salonu i najostrożniej, jak umiałam, położyłam na kanapie twardo śpiącego Oskara. Wróciłam do Malwiny, przyciskając pięść do ust. Nie mogłam powstrzymać łez. Nie mogłam powstrzymać tego rozdzierającego serce szlochu. Czując, że drżące nogi dłużej nie utrzymają mojego ciężaru, upadłam boleśnie na kolana. Obok mnie usiadła Malwina, mocno mnie do siebie przytulając.
Przestałam myśleć o tym, jak wyglądam, jak pachnę, jaka odrażająca jestem, bo pierwszy raz od dawna poczułam się bezpieczna. Właśnie tutaj. W domu mojej przyjaciółki.
Nic nie mówiąc, wzmocniła uścisk wokół moich ramion, gładząc mnie po włosach i pozwalając, bym wyrzuciła z siebie cały strach, ból i wstyd.

I poniżenie.



Komentarze

Popularne posty