Recenzja Ryan Cahill „Na światło i mrok”
Za potężnymi murami Belduaru Calen Bryer i jego towarzysze stają w obronie miasta oraz jego nowego króla. Od ponad tysiąca lat twierdza nie została zdobyta – była bastionem nadziei. Lecz oto imperium loriańskie ponownie staje u jej bram.
Na dalekiej północy Ella, siostra Calena, przybywa do portu Antiquar, mając u
boku Faenira. Nie zna lęku przed nieznanym i nie zawaha się przed niczym, by
doprowadzić swą misję do końca – bez względu na to, kto stanie jej na drodze.
Tymczasem w ambasadzie Kręgu Magii w Al’Nasla Rist Havel doskonali nowo odkryte
moce, przygotowując się do prób. Nie wie jednak, że jest bacznie obserwowany i
oceniany. Nie trafił do Kręgu przypadkiem – drzemie w nim wielkość, lecz bywa
ona bardzo mroczna. Gdy wojska imperium loriańskiego zaczynają inwazję, tylko
Rycerze Achyrona dostrzegają prawdziwe niebezpieczeństwo. W ciemności budzi się
bowiem coś, czego nie sposób powstrzymać – nadciągający cień, który pragnie
jedynie krwi i ognia, gotów pochłonąć wszystko na swej drodze.
Na światło i mrok Ryana Cahilla to drugi tom cyklu O więzach i rozłamach.
Niniejszy tom zawiera również nowelę Wygnaniec – opowieść o Daynie, który
wyrusza przez Epherię ścieżką krwi, by dokonać bezwzględnej zemsty za śmierć
rodziny.
Wydawnictwo: Vesper
Rok wydania: 2026
Format: Książka
Liczba stron: 848
Cykl: O więzach i rozłamach
Tom II
Po pierwszym tomie cyklu „O więzach i rozłamach” miałam ochotę jak najszybciej wrócić do świata stworzonego przez Ryana Cahilla. „Na światło i mrok” okazało się dokładnie taką kontynuacją, na jaką liczyłam bardziej rozbudowaną i nieprzewidywalną. Mamy więcej bohaterów, więcej miejsc, więcej tajemnic, a przede wszystkim znacznie poważniejsze konsekwencje decyzji podejmowanych przez postacie. To już nie jest historia, w której można mieć nadzieję, że wszystko jakoś się ułoży. Tutaj bardzo szybko okazuje się, że każda wygrana może mieć swoją cenę.
Belduar, potężna twierdza, przez wieki uchodząca
za miejsce niemal niemożliwe do zdobycia, zostaje wystawiona na próbę.
Loriańskie imperium ponownie kieruje swoją uwagę w stronę miasta, a jego
mieszkańcy doskonale wiedzą, że tym razem nie będzie to kolejny konflikt, który
można przeczekać. Calen Bryer wraz ze swoimi towarzyszami musi stanąć do walki
i zrobić wszystko, aby ochronić nie tylko twierdzę, ale również nowego króla. Losy
Calena to tylko jeden z elementów tej opowieści. Równolegle obserwujemy Ellę,
której droga prowadzi ją przez kolejne niebezpieczne sytuacje. Jej towarzyszem
pozostaje Faenir, a ich relacja jest jednym z tych elementów, które dodają opowieści
dodatkowej głębi. Ella nie jest postacią, która pozwala, by inni decydowali za
nią. Ma własne cele i własne przekonania, a wydarzenia, w których uczestniczy,
sprawiają, że coraz bardziej interesowało mnie, dokąd ostatecznie zaprowadzi ją
obrana droga.
„Na światło i mrok” to dla mnie przede wszystkim bardzo udana kontynuacja. Ryan Cahill nie boi się rozwijać swojej historii, dodawać nowych elementów i komplikować sytuacji bohaterów. Im więcej poznajemy, tym więcej pojawia się pytań, a zamiast spokojnie zmierzać do rozwiązania, fabuła otwiera kolejne drzwi. Najbardziej cenię w tej książce to, że mimo rozmachu nie zgubiła emocji. Za wielkimi wydarzeniami nadal stoją konkretni ludzie, ze swoimi relacjami, stratami, nadziejami i błędami. To właśnie sprawiło, że nie traktowałam kolejnych bitew czy zwrotów akcji wyłącznie jako widowiskowych scen. Chciałam wiedzieć, co stanie się z bohaterami, którym zdążyłam już kibicować. Ryan Cahill nie skupia się przy tym wyłącznie na głównych bohaterach. Do historii dołączają nowe postacie, które wnoszą własne doświadczenia, charaktery i tajemnice. Dzięki temu fabuła nieustannie się poszerza. Nie wszyscy są łatwi do rozszyfrowania, a niektóre zachowania sprawiają, że zaczynamy zastanawiać się, komu właściwie można zaufać. „Na światło i mrok” zostawiło mnie z poczuciem, że znajdujemy się dopiero w połowie znacznie większej historii. Autor sukcesywnie odsłania kolejne fragmenty układanki, ale jednocześnie dokłada następne pytania. Tempo wydarzeń jest naprawdę dynamiczne. Czasami wręcz trzeba było zwolnić i chwilę zastanowić się nad tym, co właśnie się wydarzyło, ponieważ autor nie daje swoim bohaterom zbyt wielu okazji do spokojnego odpoczynku. Jeden problem potrafi bardzo szybko przerodzić się w kolejny. Mnie to jednak odpowiadało, bo książka dzięki temu ani przez moment nie stała się monotonna.
W s p ó ł p r a c a r e k l a m o w a





Komentarze
Prześlij komentarz