Pierwszy rozdział "Posłańca burzy" J.C Cervantes




WITAJCIE W WULKANIE 

Zane Obispo ma całkiem fajne życie. Od ubiegłego roku uczy się w domu, co oznacza, że dzieciaki w szkole nie mają okazji się nad nim znęcać. Może też włóczyć się godzinami po pustyniach, których jest wiele w stanie Nowy Meksyk, ze swoim wiernym psem, dalmakserką Rosie. Jego mama kocha go nade wszystko, a wujek Hondo to fajny współlokator, choć może faktycznie jest trochę za bardzo uzależniony od zawodowego zapaśnictwa i pikantnych chipsów. Jeśli chodzi o sąsiadów, mają ich tylko dwoje. Sympatyczny pan Ortiz uprawia w ogrodzie ściśle tajne odmiany papryki chili, pani Cab zaś pracuje jako telefoniczna wróżka i płaci Zane’owi za pomoc. Nieźle, prawda? A wspominałem już o wulkanie za domem Zane’a? Tak właśnie – Zane ma własny wulkan. Razem z Rosie spędza na nim mnóstwo czasu. Ostatnio znaleźli nawet ukryte wejście do środka… O tak, życie jest piękne! No może poza tym, że Zane urodził się z nogami, które do siebie nie pasują. Jedną zawsze miał krótszą od drugiej, więc utyka 8 i musi opierać się na lasce. Uczy się jednak sobie z tym radzić i potraf kuśtykać naprawdę szybko. O, i jeszcze coś… Zane właśnie został przyjęty do nowej prywatnej szkoły. Nie chce tam chodzić, ale jego mamie bardzo na tym zależy. Lekcje zaczynają się następnego dnia. A potem dochodzi do katastrofy lotniczej – Zane jest świadkiem, jak prywatny samolot rozbija się w kraterze wulkanu. Znajduje się tak blisko, że widzi twarz pilota… ale albo jest to znakomita maska halloweenowa, albo za sterami siedzi zombie z innej planety. Do tego wszystkiego w szkole pojawia się nowa, ładna dziewczyna – Brooks – i ostrzega Zane’a, że grozi mu śmiertelne niebezpieczeństwo. Tymczasem według szkolnego rejestru uczniów Brooks nie istnieje. A tak w ogóle skąd ona zna nazwisko Zane’a? Niebawem Zane odkrywa, że nic w jego życiu nie jest takie, jak sądził. Istnieje powód, dla którego urodził się z krótszą nogą. Istnieje powód, dla którego nigdy nie poznał swojego ojca – tajemniczego faceta, w którym mama zakochała się podczas wyjazdu na Jukatan. Coś bardzo dziwnego dzieje się w wulkanie Zane’a, a Brooks twierdzi, że to wszystko jest związane z jakąś starożytną przepowiednią. Ile wiecie o mitach Majów? A wiedzieliście, że Majowie mają boginię czekolady? (I dlaczego u Greków nie ma bogini czekolady? To naprawdę niesprawiedliwe!) Majowie mają również zmiennokształtnych, demony, czarowników, olbrzymy, półbogów i podziemne zaświaty, do których wejście znajduje się być może na tyłach miejscowego baru taco (a może jednak gdzieś indziej). J.C. Cervantes zabierze Was na wyprawę, której nigdy nie zapomnicie – przez najmroczniejsze, najdziwniejsze i najzabawniejsze zakątki majańskiej mitologii. Poznacie najstraszliwszych bogów, jakich można sobie wyobrazić, najbardziej przerażających mieszkańców zaświatów oraz wyjątkowych – i zupełnie nieoczywistych – bohaterów, którzy muszą ocalić nasz świat przed zniszczeniem. Mity i magia Majów są bliżej, niż sądzicie – bo tak właściwie czekają tuż za domem. 
Witajcie w wulkanie. 
Poznajcie Posłańca Burzy.






Wszystko zaczęło się od tego, że mama wrzasnęła. Myślałem, że zobaczyła skorpiona, ale kiedy dotarłem do kuchni, machała nad głową jakimś listem i tańczyła boso w kółko. Po roku nauki w domu znowu mogłem chodzić do szkoły. Zwróciliście uwagę na to słowo? „Mogłem”. W sensie, że p o z w o l o n o mi się uczyć w szkole. Co za idiotyzm! Kto w ogóle upoważnił dorosłych do decydowania o wszystkim? Tyle że sprawa wyglądała tak: ja nie chciałem iść do snobistycznej prywatnej szkoły imienia Ducha Świętego, w której zakonnice będą na mnie krzywo patrzeć. I na pewno nie chciałem, żeby szkolny bus przyjeżdżał po mnie aż tutaj, na to odludzie. Mój przystanek był ostatni, a to oznaczało, że bus prawie na pewno już będzie pełny, kiedy do nas dojedzie. A to z kolei oznaczało, że będzie się we mnie wgapiać co najmniej kilkanaście par oczu. Uśmiechnąłem się do mamy, ponieważ wyglądała, jakby była w siódmym niebie. Przez cały dzień opiekowała się chorymi w ich domach, a w dodatku za jej zgodą mieszkał z nami jej brat Hondo, który większość czasu spędzał na oglądaniu meczów . 16 zapaśniczych w telewizji i jedzeniu pikantnych chipsów, więc uśmiech nieczęsto gościł na jej twarzy.
 – Ale… – Nie wiedziałem, od czego zacząć. – Mówiłaś, że mogę się uczyć w domu.
 – Przez rok – odparła, nadal promiennie się uśmiechając. – Taka była umowa. Nie pamiętasz? Przez jeden rok. 
Byłem całkiem pewien, że n i e   t a k a była umowa, ale gdy mama sobie coś ubzdurała, tkwiło to w jej głowie przez wieki przyklejone kropelką. Sprzeczanie się z nią nie miało sensu. Poza tym chciałem, żeby była szczęśliwa. Tak naprawdę szczęśliwa. Pokiwałem więc głową szybko i mocno, bo kiedy mocno kiwałem głową, wyglądałem na bardzo podekscytowanego. Dorzuciłem też uśmiech.
 – Kiedy? – Był wrzesień, a to oznaczało, że ominął mnie już miesiąc lekcji. 
– Zaczynasz jutro. 
Cholera! 
– A może jednak w styczniu?
 – Tia, macie rację – mój optymizm sięgał szczytów. 
Mama potrząsnęła głową. 
– To niesamowita okazja, Zane. 
– Ale przecież prywatne szkoły dużo kosztują, prawda?
 – Dali ci stypendium. Patrz! – Machnęła na dowód listem. Och. Mama starannie złożyła list. – Byłeś na liście oczekujących, od kiedy… Nie dokończyła, ale nie musiała. „Od kiedy” odnosiło się do tego dnia, gdy ten idiota – idiota, którego twarz wyryła mi się w pamięci na zawsze – wytarł mną podłogę w starej szkole, a ja przysiągłem sobie, że moja noga już nigdy nie postanie w placówce oświatowej. 
– A co z panią Cab? – spytałem. – Nie poradzi sobie bez mojej pomocy. Jak mam płacić za jedzenie Rosie, skoro nie będę pracował? 
Nasza sąsiadka, pani Cab (w rzeczywistości nazywała się Caballero, ale kiedy byłem mały, nie umiałem tego wymówić i w końcu przyjęła się ta skrócona wersja), była ślepa jak ryby w jaskiniach i potrzebowała kogoś do pomocy w domu. Pracowała też jako wróżka telefoniczna, a ja odbierałem rozmowy i przekierowywałem do niej klientów. Dzięki temu była bardziej wiarygodna. Płaciła mi całkiem nieźle – tyle, że wystarczało na karmę dla mojego psa, Rosie. Rosie była dalmakserką (pół bokserką, pół dalmatyńczykiem) i jadła za trzech.
 – Możesz pracować po południu. – I mama wzięła mnie za rękę. Nienawidziłem, kiedy się do tego posuwała podczas naszych kłótni. – Zane, kochanie, proszę. Tym razem wszystko będzie mejor*. Masz teraz trzynaście lat. Potrzebujesz przyjaciół. Nie możesz żyć w tym miejscu całkiem sam z tymi…
 „To miejsce” było wąską, zakurzoną drogą na pustyni w stanie Nowy Meksyk. Poza dwojgiem sąsiadów mieliśmy tutaj kłęby krzaków niesione wiatrem, grzechotniki, kojoty, kukawki, wyschnięte koryto rzeki i wygasły wulkan. Ale o nim powiem więcej później. Większość ludzi się dziwi, dowiedziawszy się, że Nowy Meksyk ma takie masy wulkanów. (Oczywiście m ó j nie był zwykłym dziełem natury, no nie, bogowie?) 
– „Z tymi…”, czyli z kim? – zapytałem, choć wiedziałem, co miała na myśli: „dziwakami”. Ale co z tego, że pani Cab była trochę inna? A kogo obchodziło, że nasz drugi sąsiad, pan Ortiz, hodował w szklarni osobliwe odmiany papryki chili? To nie znaczyło, że są dziwakami.
 – Mówię tylko, że musisz spędzać czas z dziećmi w swoim wieku. 
– Ale ja nie lubię dzieci w moim wieku – zaprotestowałem. – I uczę się więcej bez nauczycieli. 
Nie miała na to riposty. Rzeczywiście nauczyłem się sam różnych rzeczy, na przykład nazwisk generałów z czasów wojny secesyjnej, ile jest naczyń krwionośnych w ludzkim ciele i nazw gwiazd i planet. To było właśnie najlepsze w niechodzeniu do szkoły – sam sobie byłem szefem. Mama zmierzwiła moje ciemne włosy.
 – Tak, jesteś geniuszem – westchnęła – ale nie podoba mi się, że przebywasz tylko z tłumem starych ludzi. 
– Dwoje to nie tłum. 
Chyba aż do tej pory miałem nadzieję, że mama zapomni o naszej umowie. Albo że może Duch Święty (kto w ogóle nazwał tak tę szkołę?) zniknie z powierzchni Ziemi w jakimś dziwnym kataklizmie. 
– Mamo – odezwałem się naprawdę poważnym tonem i wreszcie spojrzała mi w oczy. – Nikt nie chce się kolegować z dziwolągiem. 
Stuknąłem dwa razy laską w podłogę. Jedna moja noga była krótsza, a przez to chodząc, utykałem w głupi sposób. Inne dzieciaki obdarzały mnie przez to różnymi przezwiskami, takimi jak  „Pan Kuśtyk”, „McKulawiec”, „Laseczka Zane” i moje ulubione: „Uno” – od tego, że miałem jedną sprawną nogę.
 – N i e   j e s t eś dziwolągiem, Zane!
 I… O rany. Jej oczy wypełniły się łzami, jakby miały zatonąć w smutku.
 – No dobra, pójdę do tej szkoły – powiedziałem, ponieważ wolałem stawić czoła stu nienawistnym oczom niż dwojgu płaczącym. 
Mama się wyprostowała i otarła łzy wierzchem dłoni.
 – Mundurek jest wyprasowany, leży na twoim łóżku. O, i mam dla ciebie prezent. Zauważyliście, że do złych wieści dodała natychmiast jakąś dobrą nowinę? Powinna startować w wyborach na burmistrza. Nie było sensu kwękać na temat mundurka, chociaż od krawata na pewno dostanę wysypki na szyi. Zamiast tego postanowiłem skupić się na słowie „prezent” i wstrzymałem oddech w oczekiwaniu. Miałem nadzieję, że to nie będzie różaniec albo coś takiego. Mama podeszła do szafki i wyciągnęła wąskie pudełko długości parasola, obwiązane srebrną wstążką. 
– Co to? 
– Po prostu otwórz. 
Potrząsnęła dłońmi w radosnej niecierpliwości. Rozerwałem pudełko, żeby dobrać się do prezentu, na który nie mieliśmy pieniędzy. W środku znajdował się brązowy papier, a pod nim lśniąca, czarna, drewniana laska. Miała mosiężną końcówkę w kształcie smoczej głowy. – To jest… – Zamrugałem, zastanawiając się nad właściwym słowem.
 – Podoba ci się? – Jej uśmiech mógłby rozświetlić cały świat. 
 Obracając laskę, zważyłem ją w dłoniach i doszedłem do wnios ku, że wygląda jak coś, co mógłby nosić prawdziwy wojownik – czyli że jest najfajniejszym prezentem ma świecie. 
– Założę się, że dużo kosztowała. 
Mama potrząsnęła głową.
 – Podarowano mi ją… W ubiegłym tygodniu umarł pan Chang, pamiętasz?
 Pan Chang był bogatym klientem mamy; mieszkał w wielkim budynku w mieście i co wtorek wysyłał ją do domu z chow mein. Był także klientem pani Cab – to ona załatwiła mamie tę pracę. Nie cierpiałem tego, że spędza tyle czasu z umierającymi ludźmi, ale – jak zawsze mówiła – w końcu musieliśmy jeść. Próbowałem jeść mniej, ale im byłem starszy, tym trudniejsze się to stawało. Miałem już sto siedemdziesiąt pięć centymetrów, czyli byłem najwyższy w rodzinie. Pogładziłem mosiężną smoczą głowę z płomieniami dobywającymi się z pyska. 
– Zbierał różne rzeczy – ciągnęła mama. – A jego córka zdecydowała, że powinnam to dostać. Wiedziała, że ty… – Urwała. – Powiedziała, że smok to symbol ochronny. 
A więc mama myślała, że potrzebuję ochrony. Zrobiło mi się naprawdę przykro. Ale wiedziałem, że miała dobre intencje. Oparłem się na lasce. Poczułem się z nią idealnie – jakby zrobiono ją właśnie dla mnie. Naprawdę się ucieszyłem, że będę mógł chodzić z taką niesamowitą laską zamiast mojej głupiej, skromnej brązowej – z tamtą wyglądałem, jakbym niósł transparent z napisem: „Jestem dziwolągiem”.
 – Dzięki, mamo. Naprawdę mi się podoba. 
 – Pomyślałam, że dzięki niej powrót do szkoły będzie dla ciebie… łatwiejszy – szepnęła. 
Aha. Łatwiejszy. Nic, nawet ta smocza laska wojownika, nie złagodzi mi doli nowego ucznia w klasie. Był to naprawdę fatalny moment w moim życiu i trudno było przypuścić, żeby mogło mi się przydarzyć coś gorszego. Ależ się myliłem… Tej nocy, leżąc w łóżku, myślałem o tym, co będzie nazajutrz. Żołądek miałem skręcony w supeł; tak bardzo żałowałem, że nie mogę zmienić się w pierwotną maź i przesączyć przez ziemię… Rosie czuła, że coś jest nie tak – popiskiwała cicho i delikatnie ocierała głowę o moją dłoń. Głaskałem białą plamkę między jej oczami, zataczając na niej palcami kółeczka. 
– Wiem, piesku – wyszeptałem. – Ale mama wydawała się taka szczęśliwa. 
Ciekawe, co mój tata powiedziałby o całej tej sprawie. Nie żebym kiedykolwiek miał się tego dowiedzieć – nigdy go nie widziałem na oczy. Nie pobrali się z mamą, a potem on rozpłynął się w eterze, zanim się urodziłem. Powiedziała mi o nim tylko trzy rzeczy. Był niewiarygodnie przystojny (to jej słowa, nie moje). Pochodził z regionu Jukatan w Meksyku (spędziła tam trochę czasu, zanim przyszedłem na świat, i opowiadała, że morze jest tam przejrzyste jak szkło). A trzecia rzecz? Kochała go do szaleństwa. I tyle. Wokół panowała cisza, którą przerywało tylko cykanie świerszczy i dźwięki wydawane przez moje skręcające się z niepokoju wnętrzności. Pstryknąłem włącznik lampy i usiadłem. 
 Na stoliku nocnym leżała książka o mitologii Majów, którą mama dała mi na ósme urodziny. Była częścią pięciotomowego cyklu o Meksyku, ale ten tom był najfajniejszy. Jak mi się wydawało, podarowała mi ją, żeby mi pokazać kulturę mojego taty, ale żeby sama nie musiała o nim rozmawiać. Książka miała obszarpaną zieloną okładkę z dużymi złotymi literami: Utracone mity i magia Majów. Wypełniały ją kolorowe ilustracje i opowieści o przygodach różnych bogów, królów i bohaterów. Bogowie sprawiali wrażenie niesamowitych istot, ale – jak wiadomo – autorzy bez przerwy kłamią. Otworzyłem książkę. Na wyklejce widniała ilustracja nefrytowej majańskiej maski śmierci, nadkruszonej czasem, ze zwężonymi oczami bez powiek i z kwadratowymi kamiennymi zębami przypominającymi maleńkie nagrobki. Przysięgam, że twarz się do mnie uśmiechała. 
– Na co się gapisz? – prychnąłem i gwałtownie zamknąłem książkę. Odrzuciłem kołdrę, wstałem i wyjrzałem przez okno. Były tam tylko cienie i cisza. Mieszkanie na płaskowyżu miało tylko jedną zaletę – sto metrów dalej wznosił się wygasły wulkan, czyli Bestia. Posiadanie własnego wulkanu stanowiło najbardziej interesujący element mojego krótkiego życia. (Oczywiście do pewnego momentu…) W zeszłym miesiącu znalazłem w nim nawet tajne wejście. Rosie i ja schodziliśmy z wierzchołka i w połowie drogi usłyszałem zduszony dźwięk, jakby okrzyk. Oczywiście poszedłem to zbadać; sądziłem, że to jakieś zranione zwierzę. Ale kiedy rozchyliłem zwichrzone gałęzie krzewów kreozotowych, odkryłem coś zupełnie innego – otwór w skale, na tyle duży, że można było się przez niego przeczołgać. Okazało się, że prowadzi do  jednego wielkiego labiryntu jaskiń. Przez pół sekundy myślałem, że może warto zadzwonić do „National Geographic” albo coś takiego. Zaraz jednak uznałem, że wolę mieć prywatną kryjówkę dla siebie i Rosie, niż znaleźć się na okładce jakiegoś głupiego magazynu. Rosie zeskoczyła z łóżka, widząc, że wsuwam stopy w trampki.
 – No chodź, piesku. Idziemy. 
Wyszedłem na zewnątrz z moją nową laską prawdziwego wojownika i przekuśtykałem koło grobu babci (zmarła, kiedy miałem dwa lata, więc jej nie pamiętałem). Przeszedłem przez połać pustyni, zygzakiem mijając krzewy kreozotowe, okotijo i jukki. Księżyc wyglądał jak ogromne oko ryby.
 – A może mógłbym po prostu u d a w a ć, że chodzę do szkoły – powiedziałem do Rosie, kiedy zbliżyliśmy się do Bestii, czarnego, paręsetmetrowego stożka wynurzającego się z piasku na spotkanie z niebem. Rosie zatrzymała się, węsząc. Zastrzygła uszami. 
– Dobra, w porządku. Zły pomysł. Masz lepszy? 
Pisnęła i cofnęła się o krok. 
– Coś czujesz? – zapytałem. 
Miałem nadzieję, że nie grzechotnika. Nienawidziłem węży. Nie było jednak słychać charakterystycznego dźwięku grzechotki i odprężyłem się. 
– Nie boisz się chyba znowu zająca, co? 
Rosie zaskowytała.
 – B a ł a ś się, nawet się nie wypieraj.
 I w tym momencie zerwała się do biegu.
 – Hej! – zawołałem, próbując za nią nadążyć. – Czekaj na mnie! 
 Znalazłem Rosie cztery lata temu – błąkała się po pustyni. Sądziłem wtedy, że została tam porzucona. Sama skóra i kości, a w dodatku z początku zachowywała się płochliwie, jakby ktoś jej zrobił krzywdę. Kiedy błagałem mamę, aby pozwoliła mi ją zatrzymać, powiedziała, że nie stać nas na to, więc obiecałem zarabiać na karmę. Rosie, jak większość bokserów, miała cynamonowobrązową sierść, ale cała była upstrzona czarnymi plamkami, włącznie z opadającymi uszami, i dlatego byłem święcie przekonany, że płynie w niej również krew dalmatyńczyka. Miała też tylko trzy łapy, więc rozumiała mnie, a ja ją. Kiedy dotarliśmy do stóp wulkanu, zatrzymałem się jak wryty. Na piasku, w świetle księżyca, rysowały się odciski łap – ogromne, ze śladami długich pazurów. Wszedłem w jeden ze śladów i moja stopa, rozmiar 42, zajęła tylko jedną trzecią jego długości. Łapa była zdecydowanie za duża na kojota. Przebiegło mi przez głowę, że może to niedźwiedź, ale niedźwiedzie nie przechadzają się przecież po pustyni. Ukląkłem, żeby się lepiej przyjrzeć. Nawet bez blasku księżyca byłbym w stanie zobaczyć te ogromne odciski, bo w ciemności widziałem doskonale. Mama mówiła, że mój wzrok to błogosławiony dar przodków. Jasne. Ja uważałem, że to kolejna cecha świadcząca, że jestem dziwadłem. 
– Wiesz co, Rosie? Wyglądają, jakby mogły należeć do dinozaura. 
Obwąchała jeden ślad, potem drugi i zapiszczała. Podążyłem za śladami łap, ale nagle się skończyły, jakby stworzenie, które pozostawiło po sobie ten trop, po prostu rozpłynęło się w powietrzu. Dreszcz przebiegł mi po plecach. Rosie znowu zapiszczała, patrząc na mnie swoimi łagodnymi brązowymi oczami, jakby chciała powiedzieć: „Wynośmy się stąd”.
 – Okej, okej – powiedziałem. 
Ciągnęło mnie na szczyt wulkanu tak samo jak ją. Poszliśmy w górę zygzakowatym szlakiem, mijając sekretne wejście do jaskini (które zamaskowałem gałęziami krzewów kreozotowych i jadłoszynu). Kiedy dotarliśmy na szczyt, rozciągał się przed nami oszałamiający widok. Na wschodzie, nad pustynią, migotało nocne niebo, a na zachodzie znajdowała się pełna roślinności dolina rozdzielająca miasto i płaskowyż. Dalej wznosiło się potężne pasmo górskie z poszarpanymi szczytami, stojącymi ramię w ramię jak oddział żołnierzy. To naprawdę było moje ulubione miejsce na świecie. Nie żebym kiedykolwiek był poza Nowym Meksykiem, ale przecież dużo czytałem. Mama zawsze powtarzała, że wulkan jest niebezpieczny, nigdy nie tłumacząc dlaczego, ale ja przychodziłem tutaj nasycić się ciszą i spokojem. Tu także trenowałem. Kiedy lekarze powiedzieli, że nie ma sposobu, by naprawić moją kiepską nogę, zacząłem godzinami wędrować po Bestii – myślałem, że jeśli tylko uda mi się wzmocnić krótszą kończynę, moje utykanie stanie się mniej widoczne. Nic to nie dało. Ale chodząc po krawędzi krateru, stałem się mistrzem utrzymywania równowagi, a to przydatna umiejętność, gdy cię popychają dzieciaki w szkole. Odłożyłem laskę i zacząłem balansować nad kraterem, rozpościerając ręce na boki. Mama by mnie zabiła, gdyby wiedziała,  co robię. Jedno poślizgnięcie i poleciałbym kilkanaście metrów w dół po skalistym zboczu. Rosie biegała za mną tu i tam, obwąchując ziemię. 
– A może będę udawał, że jestem chory? – rzuciłem, nadal się zastanawiając, jak uniknąć Świętego Ducha. – Albo wpuszczę szczury do stołówki? Nie może być lekcji, jeśli nie ma jedzenia, prawda?
 Czy katolickie szkoły w ogóle miały stołówki? Jedynym problemem było to, że moje pomysły dawały mi tylko dzień lub dwa. Cichy grzmot przetoczył się po niebie. Ja i Rosie zatrzymaliśmy się i podnieśliśmy wzrok. Mały samolot przeleciał nad Bestią, a potem zawrócił. Odsunąłem się od krawędzi krateru i odchyliłem głowę do tyłu, żeby lepiej widzieć. Pomachałem ręką w nadziei, że pilot mnie zobaczy. Ale nie podleciał na tyle blisko. Zaczął za to posuwać się zygzakiem, jak jakiś wariat. Pomyślałem, że może jest borracho*, dopóki nie wykonał idealnego zwrotu, by znów skierować się prosto na wulkan. Tym razem podleciał niżej. Dokładnie w chwili, kiedy myślałem, że znów się uniesie, wycelował dziób samolotu w sam środek krateru. Skrzydła były już tak blisko, że w zasadzie widziałem nity na poszyciu. Siła odrzutu samolotu wstrząsnęła ziemią, aż straciłem równowagę, ale zaraz się wyprostowałem. I właśnie wtedy w kokpicie coś rozbłysło. Niesamowite żółto- -niebieskie światło. Tyle że to, co widziałem, musiało być jakąś halucynacją lub złudzeniem optycznym, ponieważ wewnątrz nie było pilota – zamiast niego było tam… c o ś. Coś, co wyglądało * . jak głowa kosmity z czerwonymi wyłupiastymi oczami, bez nosa, ale za to z pyskiem pełnym długich ostrych kłów. Tak właśnie. Jakiś demoniczny typ z innej planety leciał samolotem prosto w paszczę Bestii! Wszystko działo się w zwolnionym do mdłości tempie. Usłyszałem huk uderzenia i światem wstrząsnęła ognista eksplozja, wystarczająco wielka, by zatrzęsły się planety. Padłem na ziemię i odtoczyłem się, gdy z krateru buchnęły płomienie. Rosie zaskowytała.
 – Rosie!
 I zanim się zorientowałem, już toczyłem się w dół, w dół, z dala od krateru Bestii, z dala od mojego psa i życia, jakie znałem do tej pory.

Mejor (hiszp.) – lepiej.

Borracho (hiszp.) – pijany








Komentarze

  1. To nie jest moja 'bajka', ale nie wątpię, że znajdzie swoich fanów :)

    OdpowiedzUsuń
  2. Zapowiada się ciekawie :)
    Pozdrawiam, Pola
    www.czytamytu.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty