[PATRONAT] Czwarty rozdział "Punk 57" Penelope Douglas

ROZDZIAŁ 4 
RYEN 

– Idę do Banana Republic. – Ten podbiega do mnie i obejmuje mnie ramieniem wokół szyi. – Chcesz iść ze mną? 
Zaprzeczam ruchem głowy, skręcając w lewo.
 – Muszę iść do domu. Dziś moja kolej na gotowanie obiadu. 
Szkoła jest pusta. Właśnie skończyliśmy trening i kiedy wszyscy są pod prysznicami lub idą tam, gdzie muszą, ja wciąż mam na sobie szorty, sportowy stanik i koszulkę bez rękawów. Jedyne, co teraz chciałabym zrobić, to wrócić do domu. Dzisiejsze zdarzenia wytrąciły mnie z równowagi. Muszę dojść do siebie. 
Ten nowy chłopak, Masen, jest naprawdę ciężkim przypadkiem. Musiałam wyłączyć telefon, by ignorować powiadomienia z Facebooka, które zaczęły spływać po lunchu. Dzięki Bogu nikt nie zdążył zrobić mi zdjęcia, gdy Masen zrzuca mnie z kolan, a ja ląduję dupą na podłodze, ale i tak Lyla wrzuciła nawiązujący do tej sytuacji mem i nie omieszkała mnie w nim oznaczyć. 
Oczywiście „to tylko żarty”. Nieważne. I tak muszę iść do domu. Podczas przerwy na lunch udało mi się odrobić algebrę, lecz wciąż zostało mi parę zadań z angielskiego i wiedzy o społeczeństwie, do których będę musiała przysiąść wieczorem. 
– Wow, to twoja szafka? – znowu słyszę głos Tena. Patrzę wzdłuż korytarza i widzę na podłodze przy mojej szafce sporo rzeczy.
Ten mnie puszcza i szybko tam podbiegamy. Drzwiczki są otwarte i lekko wygięte. Wyglądają tak, jakby ktoś wyważył je łomem lub innym narzędziem. Co, do diabła? Klękam. Nie mogę złapać tchu, kiedy przeglądam swoje ubrania, iPoda i mnóstwo rozrzuconych papierów. Wyciągnięte są z teczek, w których tak starannie je posegregowałam.
 – Co tu się stało, do cholery? – mówi Ten rozgniewanym głosem. – Niczego nie brakuje? Otwieram na oścież drzwi szafki i oglądam jej zawartość. Małe różowe półeczki, które sama zamontowałam, i górna lampka wciąż są na swoim miejscu. Tak samo jak parasolka i trzymana tu na wszelki wypadek polarowa kurtka. Ponownie klękam i przyglądam się rzeczom na dole szafki. Nie brakuje żadnej książki. Są też moje Louboutiny i koszulki, które ukrywam przed mamą. 
– Nie sądzę – odpowiadam.  
Wciąż jestem roztrzęsiona i nie mogę złapać oddechu. Po co ktoś się włamywał, skoro nic nie zabrał? Rozglądam się nerwowo dookoła. Nie widzę, żeby komuś innemu też to się przytrafiło. 
– Zastanawiam się, co to może znaczyć – odzywa się Ten. 
– Co? – Spoglądam do góry, podążając za jego wzrokiem. 
Zamyka drzwi mojej szafki i pokazuje mi słowo, które ktoś napisał czarnym markerem na ich zewnętrznej stronie. 
Pustka. 
Patrzę na nie, nic nie rozumiejąc. Co? 
Moje płuca nagle robią się ciężkie. Myślę intensywnie, usiłując pojąć, co tu się do diaska stało.
 Co to ma znaczyć i dlaczego ktoś włamał się tylko do mojej szafki? Zbieram z podłogi swoje rzeczy i wkładam je do torby – przerażona, że ktoś to zrobił, kiedy byłam na treningu. Sekretariat jest już zamknięty, ale jutro z samego rana na pewno zgłoszę to włamanie.
Wkładam czarną polarową kurtkę i wychodzę na parking razem z Tenem. Wsiadamy do swoich samochodów, ja natychmiast blokuję u siebie drzwi.
 Jutro będę musiała poprosić o przydzielenie nowej szafki. Nie mogę przez cały dzień nosić ze sobą wszystkich rzeczy, nawet jeśli do końca szkoły zostało niewiele ponad miesiąc. 
Niech to szlag. Kto mógłby mi to zrobić? Wiem, że nie każdy mnie lubi. Ten jest chyba jedyną osobą, która nie ma powodu, by się na mnie wkurzać, ale nikt szczególny nie przychodzi mi do głowy. Co będzie, jeśli to się znowu stanie? 
Szybko jadę do domu. Wjeżdżam na podjazd, po czym parkuję w garażu. Nie ma w nim innych aut. Moja siostra pewnie wciąż jest na zajęciach, a samochód mamy stoi zaparkowany na lotnisku, gdzie go zostawiła, żeby mieć czym jutro wrócić do domu. 
Patrzę w ekran telefonu i piszę krótką odpowiedź na wiadomość, którą wysłała mi dziś o świcie. 

Jutro wrócę późno. Mam trening i pływanie – piszę. 

OK. Obiad będzie czekał – odpisuje mama. – Nie zapomnij o spakowaniu dodatkowych kanapek.

 Tak, tak. Wrzucam telefon do torby. Kilka razy w tygodniu zostaję dłużej w szkole na treningu cheerleaderek, a potem przez kilka godzin prowadzę lekcje pływania. Mam krótką przerwę, podczas której mogę coś zjeść, bo nie wracam do domu na obiad. Mogę wtedy też odrobić pracę domową. 
Zamykam garaż, zabieram torby i wchodzę do kuchni przez kolejne drzwi. Wyjmuję z lodówki butelkę wody i idę po schodach na górę. 
Poczuję się lepiej, kiedy wezmę prysznic.
Włamanie do mojej szafki i to, co wydarzyło się w stołówce, sprawiło, że wróciły uczucia, których nie było w moim sercu od dawna. Nie jestem już osobą, z której ludzie się naśmiewają. Teraz faceci tacy jak Masen traktują mnie z szacunkiem. Nie pozwolę, żeby zburzył, to, co udało mi się zbudować. Teraz jestem silniejsza. 
Otwieram drzwi swojego pokoju i wchodzę do środka. Nagle torby wypadają mi z rąk. 
Co jest kurwa???? 
– Co ty tu robisz do cholery?! – krzyczę. 
Masen, ten Nowy, siedzi na moim krześle i przechylony do tyłu, trzyma dłonie za głową. Słyszę muzykę, więc spoglądam na swojego iPoda. Włączył Stupid Girl Garbage. Rzuca mi arogancki uśmieszek i patrzy na mnie całkiem zrelaksowany, tak jakby wcale nie włamał się do mojego domu i nie posadził swojego tyłka tam, gdzie nie miał do tego prawa. 
– Halo? – syczę. – Co robisz w moim pokoju, dupku? 
Powoli wypuszcza powietrze i unosi brodę, wpatrując się we mnie. 
– Najpierw poszedłem do drugiego pokoju. Domyślam się, że należy do twojej siostry. Dziwne, był bardziej w twoim stylu. Pełen różowego syfu dla księżniczek, z pościelą w zebrę.
 Szybko zamykam drzwi. Nie chcę, żeby Carson go zobaczyła, gdy wróci do domu.
 – Jak tu wszedłeś? 
Masen ignoruje moje pytanie i mówi dalej: 
– Nie uznałem też, że imię wypisane neonowymi literami nad łóżkiem wskazywało na ciebie. – Śmieje się, prawdopodobnie z głupkowatych narcystycznych dekoracji mojej siostry. – Ryen, prawda? Muszę powiedzieć, że nie takiego pokoju się po tobie spodziewałem. 
Jeszcze wiele rzeczy cię zaskoczy, kutasiarzu. 
– Wynoś się.
– Zmuś mnie. 
– Jak się tu dostałeś? – Zaciskam dłonie w pięści. 
– Przez drzwi wejściowe. – Wstaje i do mnie podchodzi.
 – Gdzie one są?
 – Co takiego? – Marszczę brwi zaskoczona.
 – Moje rzeczy. – Uśmiech raptem znika z jego twarzy. 
Jego rzeczy? O czym on mówi? 
– Wynoś się! – wrzeszczę. – Nie mam pojęcia, o co ci chodzi. 
– Wydajesz się zdenerwowana. 
– Serio? – wypalam. – Nie lubię zastawać w domu obcych ludzi, a szczególnie nie lubię, kiedy ktoś włazi bez pozwolenia do mojego pokoju.
 – Nic mnie to nie obchodzi – odpowiada, wyglądając na znudzonego.
 – Zabrałaś coś, co należy do mnie. Dwie rzeczy. Chcę je z powrotem.
 – Nic ci nie zabrałam. A teraz won! 
Sięga za plecy i wyjmuje coś z tylnej kieszeni spodni, po czym wyciąga przed siebie dłoń. Mina mi rzednie i czuję, że dłonie zaczynają mi drżeć.
 Cholera. Mój pamiętnik.
 Trzyma w dłoni oprawiony w białą skórę duży notatnik, w którym przez ostatnie trzy lata wylewałam swoje żale i smutki. Naprawdę nie chcę, by ktokolwiek, kiedykolwiek go czytał. Są w nim wszystkie moje najgorsze myśli dotyczące mojej rodziny, przyjaciół i oczywiście mnie. Nigdy nie wypowiedziałabym ich na głos.
 Jak on go znalazł? 
– Schowanie pamiętnika pod materacem nie było zbyt oryginalnym pomysłem, wiesz? – mówi. – I tak, przeczytałem ten fragment. I tamten też. I ten kolejny również. 
Serce wali mi w uszach, a w gardle rodzi się krzyk. 
W panice ruszam w jego stronę. 
Chwytam dziennik, ale Laurent mnie odpycha. Padam na łóżko. A on na mnie.
Wydaję z siebie dziwne dźwięki i przeraźliwie krzyczę, usiłując wyrwać mu notes. Sięga po coś i nagle widzę swoje nożyczki wymierzone prosto w moją twarz. Zamieram w bezruchu, wpatrzona w ostre końce.
 – Nie martw się – drażni się ze mną mrocznym głosem. – Nie mam zamiaru pokazywać tego twojej mamusi. Zamierzam wyrwać z niego po kolei każdą pieprzoną stronę i porozklejać po całej szkole, więc słuchaj mnie uważnie, głupia pizdo. Nie będę dłużej tracił na to czasu. Chcę medalion i kawałek papieru, który zabrałaś z Cove.
 – Z Cove? – Nie mogę oddychać przygnieciona jego ciężarem. – Co… 
Przerywam w pół słowa. O czym on mówi, do cholery? I nagle mnie olśniewa. Cove.
 Ostatni wieczór. Kawałek papieru. 
Chcę cię lizać, dopóki smakujesz jak ty. 
A dziś… Smakujesz jak gówno. 
Patrzę na niego oniemiała. 
– O mój Boże. 
To był jego pokój? Miałam rację. Ktoś był wtedy w tunelu. Zobaczył nas. 
Moje oczy robią się okrągłe. To on włamał się do mojej szafki! Dlatego nic z niej nie zginęło. Nie znalazł tego, czego szukał.
 Masen pochyla się w moją stronę i podnosi nożyczki. Wykonuje szybki ruch, a ja z przerażeniem patrzę, jak kilka moich włosów frunie na pościel. 
– Przestań! – krzyczę. – Ja nie… ja…
 Jego mroczne zielone oczy zwężają się. Patrzy groźnie, przeszywając mnie wzrokiem na wylot. Wzdrygam się i sięgam do poduszki, by wyjąć spod niej złożoną, pomiętą kartkę papieru. Wciskam mu ją w pierś. Bierze ode mnie świstek.
– A teraz medalik.
– Nie wzięłam żadnego medalionu! – wrzeszczę. – Tylko tę kartkę.
 Ponownie tnie nożyczkami kolejny kosmyk moich włosów, a ja krzyczę. 
– Cholera! Przecież mówię, że go nie wzięłam! Ja… 
Ten. Ten był ze mną. To on wziął medalik. 
Psiakrew. 
– Co? – warczy Masen, prawdopodobnie zauważając nagłą zmianę wyrazu mojej twarzy. 
Oddycham głęboko, poruszając nerwowo szczęką. 
– Był ze mną ktoś jeszcze. Wezmę go od niego, dobra? Wezmę go. A teraz złaź ze mnie! 
Przez chwilę patrzy na mnie bez ruchu, ale w końcu schodzi ze mnie i z łóżka. Rzuca nożyczki na biurko, wsuwając kartkę do tylnej kieszeni spodni. Staję na równe nogi i łapię swój koński ogon. Od razu zauważam niewielki ubytek włosów. Odciął około centymetra w dwóch miejscach. Zalewa mnie wkurwienie.
 – Kutas. 
– Jutro – rozkazuje, ignorując moją obelgę. – Po szkole na parkingu. – Podnosi mój dziennik. – Zatrzymam go jako zabezpieczenie. 
– Nie ma mowy. Nie ufam ci.
 – Kto by się spodziewał, Kamyczku? – Uśmiecha się. – Mamy coś wspólnego. Ja też ci nie ufam. – Ściska notes w garści. – Nie marnuj mojego czasu. Widzimy się jutro po szkole. 
Zaciskam zęby i patrzę, jak idzie w kierunku drzwi. Zatrzymuje się w wejściu i odwraca, by jeszcze raz obrzucić wzrokiem pomieszczenie. 
– Wiesz… naprawdę podoba mi się twój pokój. – Wygląda, jakby się nad czymś zastanawiał. – Może gdybyś pokazała w szkole coś podobnego do tego, co jest tutaj, ludzie przestaliby cię obgadywać za twoimi plecami. 
Wychodzi i zatrzaskuje za sobą drzwi, a mi rzednie mina. Patrzę na nie i wypisane na nich kredą słowo, którego tam wcześniej nie było.
Pozory.



Następnego dnia rano podchodzę do szafki Tena. Wcześniej zdążyłam już zgłosić w sekretariacie włamanie do mojej, a teraz czekam na otrzymanie nowej. Korytarze są pełne uczniów. Ściskam mocno książki i usiłuję nie zwracać na siebie uwagi. 
– Masz go? – pytam Tena, nawet się z nim nie witając. 
Spogląda na mnie znad drzwiczek swojej szafki i wzdycha, sprawiając wrażenie lekko zawstydzonego. Ostatniego wieczoru wysłałam mu wiadomość, w której zażądałam, by przyniósł dziś do szkoły medalion. 
Sięga do kieszeni bermudów i wyciąga z niej długi łańcuszek, na końcu którego znajduje się srebrny krążek. Biorę go od niego. Od razu czuję ulgę, choć niewielką. Mam to, czego chce ten dupek. Teraz będę mogła odzyskać swój pamiętnik. 
– Dlaczego go wziąłeś? – pytam zdenerwowana. Co on sobie myślał? Że będzie mu pasował do T-shirta?
Ten jednak tylko wzrusza ramionami.
 – Wyglądał na zabytkowy. Pomyślałem, że może być coś wart. 
Wsuwam medalion do kieszeni.
 – Jesteś kleptomanem. 
– Skąd wiedziałaś, że go wziąłem? 
Bo gorący nowy kolega z klasy, który okazuje się także mieszkać w tunelu pod opuszczonym parkiem rozrywki, włamał się wczoraj do mojego pokoju, obciął mi włosy i zagroził, że ujawni wszystkie moje paskudne przemyślenia na temat moich przyjaciół, jeśli mu go nie oddam.
Nie, dzięki. 
– Zobaczymy się na lunchu. – Ignoruję jego pytanie, po czym ruszam na zajęcia ze sztuki. 
Po drodze wyciągam z kieszeni nienależący do mnie przedmiot i obracam go w palcach. Patrzę na stare srebro i przyglądam się skomplikowanemu wzorowi, który przebiega wokół ogromnego kamienia księżycowego. Ten ma rację. Medalion rzeczywiście wygląda na zabytkowy. W kilku miejscach dostrzegam delikatne zarysowania, ale widać, że metal, z którego został wykonany jest mocny i solidny. 
Jakie znacznie ma ten wisiorek dla Masena Laurenta? Wchodząc powoli po schodach, otwieram medalion. Wokół słyszę biegających i śmiejących się ludzi, którzy stają się wkrótce zaledwie dalekim echem. 
W środku, zamiast tego, czego można byłoby się po takim przedmiocie spodziewać, czyli jakiegoś zdjęcia, znajduję złożony świstek papieru. Wyjmuję go i rozkładam, a następnie czytam zapisane na nim słowa.

Zamknij oczy. Nie ma tutaj nic, co można zobaczyć.

Zatrzymuję się i wpatruję w kartkę, powtarzając w myślach przeczytane słowa.
 Brzmią znajomo. Wydaje mi się, że już je gdzieś słyszałam. Może sama je kiedyś cytowałam albo… W korytarzu rozbrzmiewa drugi dzwonek. Do końca przerwy została tylko minuta. Składam kartkę i umieszczam ją w medalionie, który następnie zamykam.
 Wszyscy w pośpiechu wbiegają po schodach lub z nich zbiegają. Ja też pędzę na swoje zajęcia, wsuwając naszyjnik do kieszeni dżinsowych szortów. 
 Do kogo należy? Do kogoś z jego rodziny? Do jego dziewczyny? A może go ukradł? Przecież mieszka w tunelu pod lunaparkiem, a biorąc pod uwagę jego brudne dłonie i ubrania, nic nie wskazuje na to, by opiekowali się nim rodzice. Pewnie jest spłukany, a jeśli potrafił się włamać do mojego domu i nie zostawić po sobie żadnych śladów, z całą pewnością robił to już wcześniej. 
Mam ochotę od razu odszukać Masena i odzyskać pamiętnik, ale pewnie przechowuje go w swojej szafce lub w samochodzie. Nie sądzę jednak, żeby udało mi się dokonać z nim szybkiej wymiany bez niepotrzebnej widowni, która mogłaby być świadkiem tego, jak rozmawiam z kolesiem, który wczoraj zrzucił mnie z kolan na podłogę. Po tym wszystkim nie chcę już więcej być z nim widziana. Na szczęście nie ma go na dzisiejszych zajęciach. Pewnie się z nich zerwał. 
A może w ogóle nie przyszedł do szkoły? Moje serce zatrzymuje się na samą myśl o tym i nagle czuję przypływ paniki. Jeśli to oznacza, że – aby go odnaleźć – będę musiała znowu iść na tamto złomowisko, strasznie się wkurzę. Nie pozwolę mu zatrzymać mojego pamiętnika. 
Po sztuce idę na lekcję angielskiego, niosąc pracę domową, zeszyt i egzemplarz Lolity. Zauważam go od razu po wejściu do klasy. Siedzi w rzędzie po mojej lewej stronie, jedną ławkę dalej. Czuję ulgę, ale również lekką irytację. Wczoraj go tu nie było. Czy to znaczy, że zamierza chodzić na więcej moich zajęć? 
Masen wydaje się mnie nie dostrzegać. Zachowuje się identycznie jak wczoraj. Siedzi w ławce i patrzy przed siebie z lekko rozgniewanym wyrazem twarzy, jakby wszystko było dla niego ogromnym problemem. 
Siadam na swoim miejscu. Zauważam, że dzisiaj jego czarne dżinsy i T-shirt są czyste.
Pan Foster włącza projektor, żeby ekran laptopa wyświetlił się przed całą klasą na dużej białej tablicy, po czym zaczyna obchód i oddaje nam nasze eseje. Dzwoni ostatni dzwonek, a uczniowie ściszają głosy, gdy nauczyciel mija ich w alejkach między ławkami. 
– Jednego jestem ciekaw – mówi pan Foster i spogląda na mnie, kiedy zatrzymuje się przy moim stoliku z esejem w dłoniach. – Przeczytałaś książkę czy jej recenzje? 
Słyszę dobiegający z tyłu śmiech. To na pewno J.D. Uśmiecham się.
 – Poprosił nas pan o zanalizowanie tej opowieści, więc obejrzałam film – wyjaśniam, wyjmując mu z dłoni moją pracę o Annie Kareninie. – Uwaga, spoiler: było w nim strasznie dużo seksu. 
Wszyscy zaczynają się śmiać, a ja czuję szybsze bicie serca i niespodziewany przypływ adrenaliny, dzięki czemu poprawia mi się nieco nastrój – mimo mojego wczorajszego upokorzenia. 
Pan Foster i ja regularnie prowadzimy ze sobą takie dyskusje. Może i najbardziej lubię zajęcia ze sztuki, ale to właśnie on jest moim ulubionym nauczycielem. Zachęca nas do wypowiadania własnego zdania i jest jednym z niewielu dorosłych, którzy traktują swoich uczniów na poważnie.
 – Miałem na myśli analizę powieści, Ryen. 
– Próbowałam ją przeczytać – odpowiadam – ale była strasznie dołująca, i to w taki całkowicie bezsensowny sposób. Czego miałam się z niej nauczyć? Że kobiety nie powinny zdradzać swoich mężów w dziewiętnastowiecznej Rosji, bo zostaną wykluczone ze społeczeństwa i zmuszone do rzucenia się pod pociąg? – Wstaję z krzesła. – Dobrze, zrozumiałam. Gdy znajdę się w dziewiętnastowiecznej Rosji, będę o tym pamiętać.
 Słyszę, jak J.D. ponownie się śmieje za moimi plecami. Tym razem towarzyszą mu rechoty z innych miejsc w klasie. Pan Foster patrzy mi głęboko w oczy.
– Stać cię na więcej – szepcze cicho. 
Widzę jego błagalne spojrzenie. Widzę, jak bardzo ceni mój intelekt i jak bardzo jest zły, że go nie wykorzystuję. Odsuwa się i podchodzi do następnej ławki, ale wciąż mówi do mnie.
 – Przeczytaj Dziwne losy Jane Eyre i napisz esej o tej książce – żąda. 
Powinnam w ciszy zgodzić się na tę karę i być mu wdzięczna za kolejną szansę, bo mój esej o Annie Kareninie ocenił na trójkę, lecz nie potrafię się powstrzymać.
 – Mogłabym przynajmniej przeczytać coś z ostatnich stu lat? – pytam. – Jakąś książkę, w której mężczyzna w średnim wieku nie usiłuje przekonać osiemnastoletniej dziewczyny do bigamii? 
Pan Foster odwraca się i patrzy na mnie surowo. 
– Skupiałaś na sobie uwagę kolegów i koleżanek już wystarczająco długo, panno Trevarrow. – Zauważyłam pewien trend w tym semestrze – kontynuuję. – Anna Karenina, Lolita, Dziewczyna z perłą, Dziwne losy Jane Eyre… We wszystkich tych książkach starsi mężczyźni romansują z młodszymi kobietami. Czy chce pan nam coś przez to powiedzieć, panie Foster? – Mrugam dwa razy, drażniąc się z nim. Cała sala wybucha głośnym śmiechem, a pan Foster głęboko wciąga powietrze.
 – Chcę ten esej na jutro – mówi. – Zrozumiałaś? 
– Oczywiście. Na szczęście jest wiele adaptacji Dziwnych losów Jane Eyre – mamroczę pod nosem. Uczniowie parskają cicho. To przecież oczywiste, że nie zdołam na jutro przeczytać całej książki i napisać eseju na jej temat, zwłaszcza że po lekcjach mam trening i lekcje pływania. Kończę jednak się z nim droczyć z uczuciem zadowolenia. Wygrałam tę walkę. 
Przynajmniej w oczach innych uczniów. Biorę głęboki wdech. Powietrze jest świeże i chłodne.
 – A może Zmierzch? – proponuje ktoś niespodziewanie. 
Zamieram, słysząc dochodzący zza moich pleców głęboki głos. Pan Foster stoi przed swoim biurkiem i spogląda w jego kierunku.
 – Zmierzch? 
– Tak. Lubisz Zmierzch, Kamyczku? – zaczepia mnie Masen. 
Moje serce zaczyna bić szybciej. Co on wyprawia? 
– Pewnie. – Odwracam lekko głowę i spoglądam na niego znudzona, nie dając nic po sobie poznać. – Byłam zafascynowana tą historią, gdy miałam dwanaście lat. A ty? 
Kącik jego ust unosi się w uśmiechu, a ja po raz kolejny nie mogę oderwać wzroku od kolczyka w jego wardze. 
– Mogę się założyć, że miałaś obsesję na punkcie tej książki – stwierdza, a cała klasa mu się przysłuchuje. – To pewnie dzięki niej polubiłaś czytanie. Obstawiam, że byłaś na premierze wszystkich filmów. Może masz nawet koszulkę z Edwardem? 
Kilka osób chichocze. Odrobina radości, którą czułam przed chwilą, wyparowuje. Patrzę w jego błyszczące oczy i zastanawiam się, skąd mógł to wiedzieć. Kiedy miałam dwanaście lat, przeczytałam pierwszy tom Zmierzchu, bo na okładce był Robert Pattinson. No co, w końcu miałam zaledwie dwanaście lat, więc… Gdy tylko przeczytałam całość, poprosiłam mamę, żeby kupiła mi pozostałe tomy, i przez następne dwa tygodnie każdą wolną chwilę spędzałam na lekturze. Unoszę brew i patrzę na pana Fostera. 
– Jestem zafascynowana tym, że wreszcie się odezwałeś, ale nadal nie wiem, o co ci chodzi. 
– Chodzi mi o to, że – odpowiada Masen – Edward był chyba sto lat starszy od Belli, prawda? 
Nie sto, tylko osiemdziesiąt sześć. 
– Widzisz – ciągnie – szybko uznałaś, że historie, w których starszy mężczyzna wiąże się z dużo młodszą kobietą to chore męskie fantazje, podczas gdy w tamtych czasach mężczyźni często skupiali się najpierw na zdobyciu wykształcenia i zrobieniu kariery zawodowej. Dopiero wtedy byli w stanie zapewnić swojej żonie godne życie. 
Przerywa na chwilę, po czym mówi dalej:
 – Ich żony prawie zawsze były od nich młodsze, bo musiały urodzić wiele dzieci. Tego wymagało od nich społeczeństwo. Tymczasem twój ulubiony Edward Cullen miał ponad sto lat i wciąż chodził do liceum, mieszkał z rodzicami i dobierał się do nieletniej dziewczyny. I to wszystko w dwudziestym pierwszym wieku.
Klasa wybucha śmiechem, a ja czuję, że żołądek mi się zapada. Kątem oka zerkam na Masena. Wychyla się do przodu i opiera o ławkę, żebym usłyszała jego ściszony głos.
– Jednak był niezłym ciachem, a przecież tylko to się liczy, prawda? 
Patrzę przed siebie, a mój żołądek zaciska się coraz bardziej i bardziej. Pewnie, Edward był dziesiątki lat starszy od Belli, ale ona nie zakochała się w nim dlatego, że był przystojny. 
– Gdyby wyglądał tak, jak wygląda większość stuletnich mężczyzn – kontynuuje swój atak Masen – to wszystko nie byłoby już takie romantyczne, co? Nie byłoby Belli i Edwarda. – Wstaje i podchodzi do biurka pana Fostera, wskazując na jego laptop. 
– Mogę? Pan Foster przyzwalająco, choć nieufnie kiwa głową. 
Masen schyla się, lecz ja nie patrzę na słowa, które wpisuje w wyszukiwarkę. Jednak, kiedy salę ponownie wypełnia śmiech, tym razem głośniejszy, nie mogę się powstrzymać. Zerkam na ekran i natychmiast ogarnia mnie gniew. Zaciskam dłonie w pięści. Na ekranie jest zdjęcie starego pomarszczonego mężczyzny, z brakami w uzębieniu i łysiną. Jedynymi włosami na jego twarzy są twarde srebrne włosiska w nosie. Wbijam wzrok w uśmiechającego się do mnie Masena. 
– Staruszek Edward wygląda na zadowolonego – mówi z satysfakcją w głosie. – Bo niedługo czeka go rundka z Bellą.
– Tak jest! – wykrzykuje J.D.
 I wtedy już cała klasa nie wytrzymuje. Uczniowie dosłownie pokładają się ze śmiechu, a ich rozbawienie otacza mnie powoli niczym mur. Wszystko staje się coraz mniejsze, a moje płuca zaczynają się kurczyć. Oddycham z coraz większym trudem. Zaciskam zęby. Skurwysyn. 
Masen krzyżuje ramiona na piersi i patrzy na mnie jak na danie, które chciałby znowu konsumować. 
– Potrząśnij swoimi pomponikami, Kamyczku – drwi. – Właśnie nam przypomniałaś, że miłość może być bardzo płytka. 



Idę tak szybko, jak tylko potrafię. Czuję spływający mi po karku zimny pot. Wbiegam do damskiej szatni, a ciężar na piersiach zwiększa się z każdym krokiem. Mijam przebierające się na lekcję WF-u dziewczyny i wchodzę do jednego z pryszniców, po czym zasuwam za sobą zasłonę i odkręcam wodę.
 Staję tak, by nie znaleźć się pod strumieniem. Dźwięk lejącej się wody chroni mnie przed ciekawskim nasłuchiwaniem, więc wyjmuję z kieszeni inhalator i robię dwa szybkie wdechy. Opieram się o ścianę i zamykam oczy. 
Cztery lata. Przez tyle czasu nie dostałam ataku wywołanego paniką. Całe cztery lata. Jeżeli już się zdarza to z powodu zbyt wielkiego wysiłku. 
Wreszcie czuję, że moje płuca powoli się rozluźniają, a ja wdycham i wypuszczam powietrze, starając się uspokoić. 
Co się ze mną dzieje, do cholery? Przecież ten gość nie jest dla mnie zagrożeniem. Poradzę sobie z nim. Rzucił mi wyzwanie, ale co z tego? Czy będę tak reagować za każdym razem, gdy to zrobi? Prędzej czy później wyjadę z Falcon’s Well i przestanę być najpopularniejszą jędzą na tych korytarzach. Naprawdę zachowuję się jak małe dziecko. 
 Jednak nie mogę zaprzeczyć, że przez jeden krótki moment cały świat stał się czarny. Wszystko robiło się coraz mniejsze i mniejsze, jakbym była w tunelu i jechała do tyłu. Światło, które za sobą zostawiałam, Masen, pan Foster i inni uczniowie – wszyscy stawali się coraz mniejsi, kiedy powoli ciemność pochłaniała całą przestrzeń. Nie było już nikogo. Zostałam tylko ja. Tak jak wtedy...

– No dobrze – mówi pani Wilkens, nauczycielka z czwartej klasy, gdy stoimy w rzędzie przed drzwiami do sali, które za chwilę się otworzą, żeby uczniowie mogli wyjść na upragnioną przerwę. – Jeśli zostajecie w klasie, to nie ma żadnych rozmów. Macie pracować. – Lustruje nas wzrokiem. – A reszta… wychodzi, a nie biegnie.
 Jeden z chłopaków otwiera drzwi i dzieciaki wybiegają tabunem na zewnątrz, prosto na plac zabaw. Niektórzy uczniowie pędzą do piłek na sznurkach, inni do drabinek, a reszta spaceruje po asfalcie, zastanawiając się, na co właściwie mają ochotę. 
Wszyscy mnie mijają. Idę wolnym krokiem, denerwując się i przyglądając łączącym się w grupy i zaczynającym zabawę uczniom. Słońce niemiłosiernie praży. Powoli wkraczam w ten chaos i rozglądam się dookoła. Nie wiem, gdzie powinnam pójść ani do kogo się odezwać.
 I tak każdego dnia. 
Dziewczynki podbiegają ze śmiechem do innych dziewczynek i zaczynają rozmawiać, a chłopcy bawią się z innymi chłopcami, rzucając do siebie piłkę i wspinając się na drabinki. Niektórzy siadają na trawniku z zabawkami, które przynieśli do szkoły. Wszyscy połączyli się w pary lub grupy. 
Tylko do mnie nikt nie podbiegł.
 Szuram nogami i czuję, jak mój żołądek zaczyna się skręcać. Nienawidzę przerw. Powinnam była zostać w klasie i kolorować kolorowankę albo pisać w pamiętniku. Chcę jednak, aby oni wiedzieli, że tu jestem. 
Chcę, aby mnie dostrzegli. 
Nie lubię, kiedy się o mnie zapomina. 
Zerkam na Shannon Bell i kilka innych dziewczynek z mojej klasy. Zawsze mają takie piękne włosy i takie czadowe ubrania. Dlaczego nie mogę być do nich podobna? Przesuwam dłońmi po spódnicy do kolan i koszulce polo, które mam na sobie. Wyglądam jak zwyczajna, grzeczna dziewczynka. Mama zawsze wiąże mi włosy w kucyk, ale ja chcę mieć takie fryzury jak koleżanki. 
Przygryzam z nerwów usta i przełykam ślinę, po czym do nich podchodzę. 
– Cześć – mówię, mając wrażenie, że nie mogę już nabrać oddechu. 
Przestają rozmawiać i spoglądają na mnie. W ogóle się nie uśmiechają. Kontynuuję, wskazując palcem na dłoń Shannon. 
– Masz fajny lakier do paznokci. 
Tak naprawdę wcale mi się nie podoba. Nie lubię żółtego koloru, ale mama mi powiedziała, że prawienie innym komplementów jest dobrym sposobem na znalezienie przyjaciół, więc… 
Shannon szyderczo parska. Sprawia wrażenie, jakby wstydziła się, tego, że coś do niej powiedziałam. Rzuca przyjaciółkom znaczące spojrzenie.
 Czuję się tak, jakby odpychała mnie od nich niewidzialna ręka. Chcą, bym zostawiła je w spokoju, prawda?
 Zmuszam się jednak do uśmiechu i próbuję jeszcze raz. 
– Hej – mówię do drugiej dziewczyny, patrząc na jej buty. – Mamy takie same buty. – Wskazuję na swoje, żeby to potwierdzić. Tymczasem ona tylko się śmieje i przewraca oczami. 
– Fuj.
 – Przestańcie – karci swoje koleżanki kolejna z dziewczyn, ale one wciąż się śmieją. 
– Co to? – Shannon pokazuje na wybrzuszenie w kieszeni mojej spódnicy. 
Moje serce na sekundę się zatrzymuje. Oprócz mnie nikt w klasie nie ma inhalatora, przez co teraz czuję się jeszcze bardziej inna niż one. 
– To tylko mój inhalator – wyjaśniam cicho. – Mam alergię, astmę i inne takie. To nic wielkiego. 
 Patrzę w dół, bo nie chcę widzieć wyrazu ich oczu oraz tego, jak na siebie patrzą. Zaciskam usta i czuję napływające łzy. Dlaczego ja też nie mogę być fajna?
 – Podoba ci się Cory Shultz? – odzywa się Shannon. 
– Nie – odpowiadam szybko i mrugam, mając się na baczności. Cory jest w naszej klasie i naprawdę mi się podoba, ale nie chcę, by ktokolwiek o tym wiedział.
 – Mi się podoba – oznajmia Shannon.
 – Cory podoba się nam wszystkim. Coś ci w nim nie pasuje? 
– Nie. – Podnoszę wzrok i kręcę głową. – On… chyba jest całkiem fajny. 
Dziewczynka stojąca za Shannon zaczyna się śmiać, a Shannon zostawia mnie i idzie w stronę boiska do koszykówki. 
Serce wali mi w piersiach. Shannon podchodzi do Cory’ego i szepcze mu coś do ucha, na co on obraca się i patrzy na mnie, wykrzywiając twarz w grymasie obrzydzenia. 
Nie. 
Wszyscy zaczynają się śmiać, więc uciekam, słysząc za sobą ich głosy: „Ryen lubi Cory’ego, Ryen lubi Cory’ego”. 
Łzy ciekną mi po twarzy. Chowam się za ścianą budynku i szlocham, drżąc. 
– Co się znowu stało? – Podbiega do mnie moja siostra, która jest już w piątej klasie. Pewnie widziała, jak daję nogę. 
– Nic – odpowiadam, płacząc. – Zostaw mnie w spokoju. 
Coś złorzeczy pod nosem tak, jakby była na mnie zła. 
– Znajdź sobie w końcu własnych przyjaciół, bo ja chcę bawić się ze swoimi, a mama ciągle każe mi bawić się z tobą. Czy to takie trudne? 
Odchodzi, a ja płaczę jeszcze bardziej. Nawet moja własna siostra się mnie wstydzi. Nie wiem, co jest ze mną nie tak. 
Ocieram łzy i wracam do klasy. Jestem pewna, że moja twarz jest cała czerwona, ale mogę się schować za książkami. 
Po cichu wchodzę do sali. Kilkoro uczniów siedzi w swoich ławkach i ślęczy nad swoimi projektami, a pani Wilkens pracuje przy komputerze, odwrócona plecami do mnie. Wślizguję się na swoje miejsce, wyciągam dwa zeszyty i ustawiam je pionowo na blacie, tworząc z nich barierę. 
Opuszczam głowę, by się ukryć. 
– Chcesz mi pomóc? – słyszę znienacka czyjś głos. Zerkam w prawo. To Delilah. Nachyla się nad brystolem, który rozłożyła na podłodze. Trzyma w dłoniach marker. Jej paznokcie są brudne, a blond włosy zasłaniają oczy. Zawsze zostaje na przerwie. 
W przeciwieństwie do mnie Delilah już dawno temu przestała starać się, zdobyć sympatię innych osób z klasy. Biorę z biurka mazak i siadam obok niej na podłodze.
 – Dziękuję – mówię i patrzę na narysowaną na papierze wieżę Eiffela. Jej rysunek jest prawie tak duży jak ja. Delilah uśmiecha się do mnie i zaczynamy kolorować wieżę. Ciężar, który wcześniej czułam w piersiach, powoli znika. Zawsze jest dla mnie miła. Dlaczego tak bardzo zależy mi na opinii innych dziewczynek? 
Dlaczego chcę się z nimi przyjaźnić?
 Też staram się być miła, ale to wciąż jest za mało. 
One są wredne, a wszyscy je kochają. 
Dlaczego?

Nachylam się i opieram dłonie na kolanach, odpychając od siebie to wspomnienie. Już nie jestem tamtą dziewczynką. Nic mi nie jest. Wszystko jest pod kontrolą. On mnie przycisnął, oni rechotali, a ja zaczęłam się dusić. Straciłam czujność. Następnym razem odpłacę mu pięknym za nadobne. W tym jestem dobra. 
Albo mogę to zignorować. To nie było nic wielkiego. Za kilka miesięcy zdanie żadnej z tych osób nie będzie się liczyć. Przeklęty Zmierzch. Jak udało mu się to zgadnąć? Wciągam powietrze i wypuszczam, a moje mięśnie nareszcie się rozluźniają. Masen Laurent wciąż wyprzedza mnie o krok. 
Chowam inhalator z powrotem do kieszeni i zakręcam wodę, po czym wychodzę spod prysznica i opuszczam szatnię. Jestem spóźniona na matematykę, ale zachowuję się tak, jakby incydent na lekcji angielskiego nigdy się nie wydarzył. 
Nikt o nim nie mówi. Nikt nie wysyła do nikogo wiadomości na ten temat. Masen Laurent wciąż nikogo nie interesuje i nikt nie wierzy w to, że jestem tą płytką dziewuchą, którą on chce ze mnie zrobić. 
Nikt.



Reszta dnia ciągnie się niewiarygodnie wolno. Podczas lunchu i wszystkich kolejnych zajęć ciągle mam wrażenie, że za chwilę znowu coś się wydarzy. Gdy tylko rozbrzmiewa ostatni dzwonek, wrzucam książki do szafki i chwytam torbę treningową ze strojami na cheerleading i pływanie, a następnie wybiegam ze szkoły na parking. 
– Ryen? – słyszę za sobą głos Lyli, ale się nie zatrzymuję. 
– Niedługo wrócę! – wołam przez ramię. 
Lyla wie, że mam trening. Pewnie się zastanawia, dlaczego wychodzę ze szkoły. 
Idę przez parking. Uczniowie wsiadają do samochodów i odpalają silniki. Szukam w tłumie Nowego i w końcu go dostrzegam. Podchodzi do czarnej półciężarówki. Nie widzę, żeby cokolwiek miał przy sobie. 
Żadnych książek, zeszytów, nic. 
Ruszam w jego kierunku. Wita się z nim kilku chłopaków i podchodzi do niego moja przyjaciółka Katelyn. Muska bok jego ciężarówki dłonią i udaje nieśmiałą. Moje nadzieje były płonne. 
Niestety Masen Laurent jest w centrum zainteresowania. 
Waham się. Patrzę na Katelyn – chichocząc, przyciska do siebie książki i usiłuje wciągnąć go w konwersację, lecz on patrzy na nią  raczej niechętnie. Zachowuje się wobec niej tak samo przyjaźnie jak wobec mnie. 
Dlaczego mnie to cieszy? 
Pewnie po prostu czuję ulgę, wiedząc, że nie jestem pod tym względem wyjątkiem. Facet traktuje w ten sposób w zasadzie wszystkich – poza tymi kilkoma chłopakami, którzy podeszli do niego chwilę temu.
A może zwyczajnie by mi się nie spodobało, gdyby uśmiechnął się do niej, a nie do mnie. Albo… Wciągam głęboki haust powietrza, niecierpliwiąc się. Nie chcę, żeby Katelyn widziała, jak z nim rozmawiam, ale muszę odzyskać pamiętnik. Podchodzę do nich i unoszę podbródek, machając ręką w stronę Katelyn.
 – Zobaczymy się na treningu. 
Katelyn przerywa rozmowę, wyglądając na zaskoczoną. Zaciskam palce wokół paska torby, którą mam na ramieniu, i patrzę na przyjaciółkę wyczekująco. W końcu przewraca oczami i odchodzi. Zostajemy sami. Nie mam wątpliwości, że Katelyn zaraz opowie o wszystkim Lyli. Sięgam do kieszeni torby, wyjmuję z niej medalion i mu go podaję. Bierze ode mnie naszyjnik z takim namaszczeniem, jakby był ze szkła i chwilę mu się przygląda, po czym chowa do kieszeni. Podnosi na mnie wzrok, a ja przez ułamek sekundy widzę w jego oczach coś, czego wcześniej w nich nigdy nie było. Wygląda, jakby był… rozczarowany. 
– A teraz oddaj mi pamiętnik – żądam. 
– Raczej słabo – mówi, patrząc mi prosto w oczy. – Niestety już go nie mam. 
– Nie wkurzaj mnie – warczę cicho. – Dałam ci to, czego chciałeś.
– To, czego chciałem… – Śmieje się cicho do samego siebie, sugerując, że czegoś tu nie rozumiem. Otwiera drzwi samochodu i wsiada do środka, lecz zanim uda mu się je zamknąć, chwytam drzwi i je przytrzymuję. 
– Mieliśmy umowę.
 – To prawda. – Kiwa głową.
 – Teraz chcę cię tylko wkurzyć. 
Szarpie drzwiami, po czym je zamyka. Odpala silnik i wciska gaz, a ja przeczesuję dłonią włosy, czując wzbierającą desperację. Waham się tylko przez chwilę. Rzucam torbę na ziemię i biegnę za nim, wskakując na stopień przy drzwiach. 
– Ty dupku – syczę. 
Masen wciska hamulec i patrzy na mnie wyraźnie poirytowany. Pewnie zwracam na siebie uwagę wszystkich dookoła, jednak mam to gdzieś. – Złaź z mojego samochodu. Potrząsam głową. 
– Nie wiem, kim jesteś ani skąd się wziąłeś – warczę – ale mną się nie pomiata, jeżeli jeszcze nie słyszałeś. Zapamiętaj to sobie.
 Z uśmiechem wskazuje brodą na coś znajdującego się za mną. – Jeszcze zobaczymy. Odwracam się. Na schodach siedzą Lyla i Katelyn, bacznie nas obserwując. Świetnie. Jak mam im to wytłumaczyć? 
– Lepiej uważaj. Właśnie cię oceniają – drwi Masen. – Tylko się nie udław. 
Schodzę ze stopnia, a on ponownie wrzuca bieg. Oczywiście nie pozwalam mu odjechać bez ostatniego słowa. 
– Mieszkasz w opuszczonym lunaparku. 
Wrzuca luz i podnosi głowę. Podchodzę do okna, odzyskując choć cząstkę mojej wewnętrznej siły, i posyłam mu lekki uśmiech. 
– Myślę, że to by było godne pochwały – mówię – gdybym powiedziała jakiejś odpowiedzialnej dorosłej osobie o tym, że jesteś bezdomny. 
 Nieruchomieje, na co ja teatralnie współczująco wzdycham. 
– Zajęłyby się tobą odpowiednie służby, dowiedziałyby się, skąd jesteś i czy nikt cię nie szuka… – kontynuuję, przytykając palec do podbródka w udawanej zadumie. – Ciekawe, czy Masen Laurent był kiedyś karany. Może właśnie dlatego się ukrywa? Założę się, że zależy ci na tym, aby nikt się o tobie nie dowiedział.
 Patrzy na mnie spode łba, zaciskając szczękę. Tak, może i ma osiemnaście lat i może sobie mieszkać, gdzie chce, ale to nie znaczy, że nikogo nie obchodzi. Może szukają go rodzice. Może rodzina zastępcza. 
A może szuka go policja. 
Ostatecznie niewielu uczniów przenosi się do innej szkoły sześć tygodni przed końcem ostatniej klasy. Na pewno przed czymś ucieka. 
Zmienia biegi i rzuca: 
– Przyniosę go dziś wieczorem.
 – Przyniesiesz go teraz. 
Odwraca głowę, by na mnie spojrzeć.
 – Jeśli mnie wydasz, nigdy go nie odzyskasz – oznajmia z naciskiem. – Mam parę spraw do załatwienia. Widzimy się wieczorem.



Komentarze

  1. Chętnie przeczytam całą książkę, bonie znam tej autorki, więc póki co sobie nie bedę spoilerować :)
    Pozdrawiam, Eli
    https://czytamytu.blogspot.com

    OdpowiedzUsuń
  2. Ooo, zapomniałam :) O książce słyszałam same plusy, także jestem ciekawa :)

    OdpowiedzUsuń

Prześlij komentarz

Popularne posty